<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Sezonowa miłość
Podtytuł powieść współczesna
Wydawca Gebethner i Wolff
Wydanie drugie
Data wyd. 1909
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXVI.

Po odjeździe Żebrowskiego nastąpiło w sadybie Obidowskiej dziwne, fatalne położenie.
Tuśka, polegając na raz powziętem postanowieniu rozstania się z mężem, z konsekwencyą dąży dalej na obranej drodze.
Pod pozorem migreny nie odprowadziła Żebrowskiego na kolej, lecz pożegnała się z nim mimo woli serdeczniej, niż chciała. Gdy zbliżył się do łóżka, na którem leżała i z jakąś nieśmiałością podał jej jeszcze dwadzieścia rubli, które »zaoszczędził« podczas pobytu w Zakopanem, uniosła się wspaniałomyślnością i pieniędzy tych przyjąć nie chciała.
— Proszę cię — weź! — mówił Żebrowski — sprawisz mi tem przyjemność.
— Nie, nie. Mogą ci być potrzebne.
— Ależ... na co? — Mnie nic nie trzeba. Za te pieniądze zabawisz jeszcze kilka dni w Zakopanem.
— Nie wezmę!
— Proszę cię.
— To ja cię proszę!
Wymieniali pomiędzy sobą te ostatnie grzeczności z bladym uśmiechem i nie patrząc sobie w oczy.
Nagle Tuśka ukryła twarz w poduszki. Coś ją dławiło w gardle... coś...
Pochylił się nad nią.
— Co ci jest?... głowa?
— Tak!
— Weź fenacetyny. Pan Porzycki, wracając z dworca, przyniesie ci kilka proszków.
— Dobrze!
Nazwisko Porzyckiego przyszło w samą porę.
Tuśka podniosła głowę.
— No — jedź, bo się spóźnisz.
— Tak, tak... Do widzenia za tydzień. Telegrafuj z Granicy. Wyjdę na kolej... Bądź zdrowa.
Pocałował ją w czoło i w rękę.
— Pito — do widzenia!
W milczeniu Pita całuje ojca w rękę.
Jeszcze raz w progu odwraca się Żebrowski:
— A więc za tydzień.
Tuśka nic nie odpowiada. Żebrowski, zajęty serdakiem, który przytroczył do pasków pledu, nie zwraca na to uwagi.
Zamykają się za nim drzwi, a Tuśce zdaje się, że ktoś zamknął jeden tom jej życia.
Lecz gdy już w tej chałupie nie stało owego »męża«, Tuśka przeraziła się myślą, iż Porzycki obecnie jest właściwem jej »wszystkiem« i że ona nie czuje pomiędzy nim a sobą jeszcze tej nierozerwalnej spójni, jakiej się spodziewała.
— To przyjdzie... — myślała — przyjdzie, gdy staniemy się dla siebie bliżsi.
Tymczasem — ta »blizkość« nie przechodziła. Tuśka była mu uległą i gdyby wyjawił jakieś żądanie, jakiś zamiar zbliżenia się większego, byłaby z szalonej chęci przywiązania go, zgodziła się na wszystko. Lecz on niemal unikał pozostania z nią sam na sam. Ciągle wysuwał Pitę i stawiał ją pomiędzy sobą a Tuśką. Dostrzegła to Tuśka i zapytała w rozdrażnieniu:
— Pita? po cóż ciągle ta Pita?
Porzycki przez chwilę milczał, szukając możliwego pretekstu.
— Nie dowierzam...
— Komu?
— Sobie.
— A!...
Tuśka była na razie zadowolona. Każda kobieta jest zadowolona, gdy mężczyzna, bodaj najbanalniej da jej do zrozumienia, iż jest dla niego »niebezpieczną«.
Wkrótce przecież Tuśka skombinowała, że teraz, po powziętem postanowieniu, cała obawa jest chyba zbyteczna.
Na aluzyę delikatną z jej strony Porzycki znalazł odpowiedź.
Och! pieśń bez słów.
Tylko spojrzenie.
Z arsenału swych najgłębszych, przepaścistych spojrzeń dobył najgłębsze, najbardziej zaprzepaszczające. Spojrzał przeciągle swemi czarnemi oczyma. Co w nich było, sam nie wiedział, ale Tuśka musiała wiedzieć, bo wydawała się zadowoloną.
Czemprędzej sprowadził teraz do Obidowskiej sadyby dawne towarzystwo. A więc Sznapsia, aktorzy, nieodzowny embryon dekadencki, który już teraz donaszał swe wysokie kołnierzyki, przewracając je na lewą stronę. Jakby się zmówili, podwoili swą cygańską wesołość i koncepty. Weranda brzmiała śmiechem do później nocy.
Zwykle Sznapsia pozostawała na noc u Tuśki, lub ktoś z aktorów nocował u Porzyckiego.
Tak się zręcznie składało. Tuśkę ten tłum niecierpliwił i drażnił. Rzadko kiedy mogła pozostać sam na sam z Porzyckim. Przytem straciła z nim kontakt oczyma. Nigdy już nie zbierali tak swej duszy ze swych źrenic i nie pili jej u źródła wejrzenia. Pozostały tylko pocałunki, zamieniane ukradkiem.
Teraz zwłaszcza Porzycki stał się ogromnie ostrożny.
Co chwila Tuśka, gdy spragniona do ust mu się garnie — słyszy:
— Pst!... może kto zobaczyć.
Niecierpliwi ją to — odrzuca więc:
— No to cóż? — Teraz?
— Wszystko jedno. Po co mają nas brać na języki?
A dzieje się to nie dlatego, aby wydawała się mu mniej ponętną i pożądania godną. Owszem, teraz, gdy patrzy na nią z innego punku widzenia, gdy jest tą »złą, przewrotną, kłamliwą«, gdy jest tym wampirem, nalatującym na mężczyzn z pokusą swej piękności rozkwitłej blondynki, ma w sobie urok istot przewrotnych, urok, ciągnący jak magnes każdego mężczyznę.
Lecz Porzycki ma olbrzymi zapas tak zwanej silnej woli. Jest w stanie opamiętać się i cofnąć w danej chwili. Potrafi ugryźć się do krwi i w rękę, gdy traci przy Tuśce przytomność.
Zna bowiem siebie, że w brew twierdzeniu, często, może częściej, niż przypuszczają, oddanie się kobiety przywiązuje mężczyznę silniej, niż krążenie po ścieżkach flirtu. Dotycze to pewnej kategoryi kobiet, które mają ten urok wielkich rozkochanych (grandes amoureuses) i które w chwilach najbardziej ryzykownych z prób takich wychodzą zwycięzko.
A Tuśka jest właśnie taką kobietą.
— Byłbym zgubiony — myśli Porzycki — i ona, i Żebrowski i wszyscy... a głównie, nie stałaby się ta rzecz uczciwa!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jednego poranku rzuca nagle Porzycki pytanie:
— Pisała pani do męża?
Tuśka podnosi na niego zdziwione oczy.
— Ja?
— No — tak.
— Po co? Zawiadomię go później, gdy już stąd wyjedziemy...
Porzycki zasłania się dymem z cygara.
— To zła taktyka... — mówi — pan Żebrowski będzie niespokojny, gotów przyjechać.
Na twarzy Tuśki odbił się przestrach.
— Tak pan myśli?
— Ależ tak. Jestem pewny.
— To... ja napiszę.
— Chodzi o to, ażeby pani napisała zupełnie tak samo, jak dawniej, tak, jakby się nic nie miało zmienić, jakby pani miała na ulicę Warecką powrócić... rozumie pani?...
— Rozumiem!... dla uspokojenia i uśpienia podejrzeń.
— Właśnie.
— Zaraz napiszę!
— A ja list odniosę na pocztę.
Czekał na ów list, przypilnował, skontrolował, żądał, aby Pita dopisała się, włożył w kopertę, wskoczył na rower i sam odwiózł na pocztę.
— Dzieje się rzecz uczciwa! — myślał tryumfująco.
Tymczasem w sadybie Obidowskiej na werandzie siedziała Sznapsia, przybyła w odwiedziny, i patrzała swemi wielkiemi, rozumnemi oczyma na Tuśkę.
— Pani ma w sobie jakieś postanowienie! — wyrzekła nagle ze smutnym uśmiechem.
Tuśka nie odparła nic.
Ta tajemnica dławiła ją i dręczyła. Z Porzyckim nie mówiła wcale o przyszłości. Unikał widocznie tej rozmowy, odpowiadał jej wymijająco. A w każdej, choćby najrozumniejszej kobiecie tkwi niepoprawna gadulska.
Ach! jakże chętnie byłaby Tuśka wypowiedziała wszystko przed Sznapsią.
Lecz to była dawna kochanka Porzyckiego, ta, na której miejsce wstępować ma Tuśka i to wstrzymuje ją przed wybuchem zwierzeń. Jest to bardzo subtelny i delikatny wzgląd, ale wzgląd ten istnieje i nurtuje Tuśkę do głębi.
— Niezadługo się rozjedziemy — mówi Sznapsia. — Kto wie, czy się kiedy w życiu spotkamy.
— Och! za to pani ręczę — odpiera żywo Tuśka.
— Że się spotkamy?
— Tak!
— A gdzie?
— Może tam, gdzie się pani mnie nie spodziewa.
Sznapsia patrzy na Tuśkę przeciągle.
— Ja się nie mylę. Pani coś postanowiła.
— ...
— Porzycki będzie w tym sezonie we Lwowie.
— A!...
— Tak! — Wczoraj podpisał kontrakt i przezemnie odesłał. Pani nie wiedziała?
— Wiedziałam.
Tuśka kłamie, niemile dotknięta tem, że Porzycki nie powiedział jej ani słowa o zmianie miejsca pobytu scenicznego, nie poradził się, a wtajemniczył i wziął za pośredniczkę tego engagement swą dawną kochankę.
Więc we Lwowie...
Tam będzie niezadługo, z nim, z Pitą.
Nic nie wie o tem mieście — w mgłach się jej gdzieś w myślach ściele.
— Porzycki się bardzo podoba we Lwowie — mówi Sznapsia — tam brak właśnie aktora w tym rodzaju. Cieszę się, że wpłynęłam na niego dodatnio w tym kierunku.
Tuśce uderza krew do głowy. — Wpłynęła!... Od tej chwili przecież tylko ona powinna mieć wyłączny wpływ na Porzyckiego. To ją podnieca i z całą świadomością tego, co czyni, pyta:
— Czy Lwów jest drogie miasto?
— Bardzo.
— No... ale żyjąc we troje... dziecko i dwoje ludzi, to wypadnie taniej?
— To zależy.
Zapadła cisza.
Sznapsia już wie wszystko.
Ogarnęła wzrokiem Tuśkę, jej twarz zmalałą i mizerną, następnie siedzącą w milczeniu na belkach Pitę, skurczoną, zrezygnowaną, jakby w oczekiwaniu jakiejś katastrofy...
— To tak!... — pomyślała aktorka — więc doszło aż do tego.
Zdławiło ją w gardle, ogarnął żal straszny po czemś, jakby to ona miała zapaść w tę ciemnię, w którą dążyła Tuśka.
— Bierze dziecko... sama jej to doradzałam — myślała dalej — czy dobrze robi?... Tak, dla siebie, ale dla niej! dla niej!...
Zwróciła znów swój wzrok na Pitę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zachodzące słońce pod stopki dziecka się ściele. Biały posążek w rozwianych fałdach spódniczki. Posążek cichy i smutny. Sfinks zamknięty w sobie. Jest w niej zagadka życia i tych chwil majestatycznych a świętych, tej niepewności tragicznej przyszłego losu, która roztacza się skrzydłami dokoła drobnych istnień. Ręce, nieruchomo złożone na drobnych kolankach, zdają się mieć już w sobie uchwycone nici wielu przeznaczeń, które motać będą. Błękitne, ogromne źrenice patrzą przed siebie, jakby widziały całe światy tam, gdzie wzrok zmęczony dostrzega pustkę lub mgłę. Lecz nie radośnie witają młode źrenice Pity owe objawienia życia, owe przeczucia, które wibrują przed nią, grając na jej duszy hymn przyszłości z siłą niepokalanych, pierwszych wrażeń. Smutne są i jakby łzami zaszłe. Mają już wdzięk ugorów, na które kładzie się powoli konające pod mroźnym wichrem zbyt wcześnie rozwinięte ziele. Nie uciekają przed melancholią tego, co widzą one — co widzą w żałobny łuk rozkwitających za bramą cmentarną opuszczonych jarzębin, bo czują, że wszędzie dosięgnie je to, czeka na nie, nieuchronne i nieubłagane.
Czekają.
Aż się wypełni to, co im sądzone i z miraży w rzeczywistość wejdzie.
Obręczą żelazną w duszę się wtłoczy.
Cierniami pod stopy...
Łańcuchem u rąk...
Brylantem łez w oczy...
Niezgojoną raną w serce...
Bezsenną nocą w myśl...
Żałobnym łopotem skrzydeł w pragnienie szczęścia.
Zjawą bezlitosną w chwili zgonu.
Pogardą tragiczną w pobłażliwość dni późnych.
I tem, co ludzie zwą osiągnięciem mądrości życia, a co jest w gruncie jego... bankructwem.
Na to czeka złotowłose dziecko, siedzące tak cicho z rękoma, złożonemi na kolankach kształtnych.
Na to wszystko — i... na nic więcej.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Sznapsia wiedziała już, co grozi w niedługiej przyszłości Tuśce i Picie. Żal jej wzmógł się i czuła, że ciężko jej patrzeć na tę kobietę i na to dziecko, jakby jej było ciężko patrzeć na ludzi skazanych.
Coś, jakby wyrzut sumienia, zaczęło ją nurtować, gdy drogą ze Skibówek szła do siebie na Jaszczurówkę.
— Kto wie... gdyby nie moje słowo niebaczne, jako posiew rzucone.
I coś jeszcze tam więcej nurtuje serce Sznapsi, gdy idzie tak drogą, szarą od piasku, a bramowaną wrzosami, na które już coś z jesieni czerwonawe tony kładzie.
Nagle — poza nią pędzi rower.
— Bywaj! — woła Porzycki!
Sznapsia odwraca się szybko.
— To ty!
Pędzi ku niej, jak wicher. Zęby białe mu błyskają, twarz zarumieniona. Rower świeci się w ostatnich blaskach zachodzącego słońca.
— Dokąd jedziesz? do nas?
Zeskoczył z roweru, otarł czoło.
— Tak. Do ciebie.
Uścisnęli się za ręce i te ręce tak się wtuliły, jakby dla siebie stworzone.
Porzycki zaczął iść obok Sznapsi, prowadząc rower.
— Byłaś gdzie?
— U pani Żebrowskiej.
— A...
Spochmurniał. Coś, jakby niechęć, przysłoniła mu oczy. Sznapsia śledziła go pilnie.
I nagle, szczerze, bez żadnego wstępu, wyrzekła:
— Ucieka z tobą?
Nie odpowiedział nic. Był zmęczony. Nie umiał przed nią kłamać. Podczas całego z nią pożycia, gdy spojrzała mu rozumnie w oczy, mówił jej zawsze prawdę.
Zrozumiała jego milczenie.
— Będziecie nieszczęśliwi! — wyrzekła znów ostro i głosem pewnym.
— Wiem o tem.
— I pomimo tego...
— Co?
— Uciekasz?
Wzruszył ramionami. Nie wiedział, co począć. Ten plan ziszczenia projektowanego przez Tuśkę rozstania się z mężem krył do tej chwili, lękając się przyznać głośno do tego, co postanowił. Znał Sznapsię, wiedział, że ma charakter, że można jej zawierzyć, a przecież...
Odparł więc wymijająco:
— To jeszcze nic pewnego!
— Nie rób tego — zawołała aktorka z żywością — ty nie jesteś urobiony na człowieka, który może się obarczać kimś tak niezdecydowanym i bez wyrazu, jak Tuśka... Ja ciebie znam! Zjesz ją i zjesz siebie... Potrzebujesz całej siły, swobodnej myśli... Co ty z nią zrobisz? co?
— Mówię ci, że to jeszcze nic pewnego.
— Tem lepiej, tem lepiej. Bo to stać się nie może, to stać się nie powinno! Ja cię o to proszę!...
Gorący był ton jej głosu.
Usta jej drżały. Ogarnęło ją wzruszenie. Coś z tego wzruszenia udzieliło się Porzyckiemu. Spojrzał na nią i odnalazł ją całą taką, jaką była przed laty, gdy tak wracali razem do tej Jaszczurówki, spędzając w Zakopanem letnie ferye pierwszego roku wspólnego w Krakowie engagement.
— Dlaczego ci tak o to chodzi? — zapytał, zniżając głos mimo woli, choć nikogo poza nimi, ani przed nimi nie było. — Czy chodzi ci o Żebrowską?
— Ach! nie... Cóż mi do niej? Jakkolwiek taka kobieta ze świata, która żyła już w prawem małżeństwie, będzie się czuła zawsze nieszczęśliwą w takiem...
— Dzikiem, naszem...
— Właśnie. Ale ona wie, co robi. Jest już niemłodą. Lecz ty! ty!... Właśnie teraz, gdy powinieneś bardzo się przygotować i obliczyć z siłami! Scena lwowska jest wymagająca — intrygować będą przeciw tobie... Ja cię poprę, ale to nic. Ty sam! sam musisz wszystko, a ty się teraz właśnie chcesz obarczyć całą jakąś domową tragedyą...
Porzycki zaczął się uśmiechać. Winszował sobie w duszy, iż postanowił ową rzecz »uczciwą« i że właśnie ta »uczciwa rzecz« tylko na dobre się dla niego odwróci.
— No... no... uspokój się; tak źle nie będzie.
— Ja... tylko ze względu na ciebie.
— Wiem. Ty byłaś zawsze dla mnie dobra. Dbałaś o mnie.
Całe to pożycie, nacechowane ogromną abnegacyą z jej strony, tą dbałością kobiety przywiązanej, stawiającej na pierwszym planie dobro ukochanego i podporządkowującej siebie jego woli, coraz silniej zarysowywało się między nimi i powstawało z oparów przeszłości. Widział ją, dzielącą jego dolę i niedolę, nie śpiącą w nocy, aby dopomagać mu do uczenia się roli, czuwającą za kulisami, aby w czas podano mu rekwizyty, biorącą dymisyę w chwili jego poróżnienia się z dyrekcyą, zastawiającą swe sukienki, aby on mógł mieć codziennie na partyę bilardu i piwo w knajpie po przedstawieniu. A potem ciąża, tak długo tajona, »aby mu nie sprawić przykrości« i to przyznanie się nieśmiałe, pokorne, z dodaniem pośpiesznem: »Ja będę na dziecko łożyła«... a następnie rozejście się ciche, pełne taktu, godności...
Wszystko to idzie teraz w ślad za nimi po tej drodze o zachodzie słońca, w obliczu gór, które zwolna już przybierają swoje widmowe kształty.
I ona o tem myśli, on wie, on to czuje, przysiągłby, tak mu w tej chwili stała się nagle blizką, jakby była nią zawsze, jakby nigdy nie była — daleką.
A teraz we Lwowie...
Czy można odgadnąć?
Zatrzymał się i ona stanęła.
— Muszę wracać.
Powiała ku niemu z pod skrzydeł kapelusza słodkim uśmiechem i smutnem zmęczonych oczu spojrzeniem.
— Idź!
Wziął ją za rękę i pocałował w tę rękę, która tak była dobrą, przyjazną i miłą.
— Bądź zdrów!
— Do widzenia. A co do Żebrowskiej... bądź spokojna. Nic z tego nie będzie.
I nagle na twarz Sznapsi jak gdyby padł promień jakiegoś światła, które było jeszcze silniejsze, niż światło słoneczne, bo rozjaśniało nawet ciemnicę duszy ludzkiej.
— Naprawdę?....
— Daję ci na to słowo.
— O!...
Szybko teraz ona przycisnęła jego rękę do ust. Nie bronił się. Był do tego przyzwyczajony. Tak zawsze dziękowała mu, gdy był dla niej dobry, gdy gra jego porwała ją, lub gdy postąpił »uczciwie«.
— I prawda — że to będzie rzecz... uczciwa? — zapytał, uśmiechając się z przymusem.
— Nie wiem — odparła — czy będzie uczciwa, ale wiem, że dla ciebie dobra i konieczna.
Rozeszli się zwolna, każde w swoją stronę, lecz już mieli znów pełne serce i duszę jedno drugiego.
Bo łączyły ich przebyta nędza, wspólny wzrost artyzmu i te »deski teatralne«... które silniejsze są, niż ślubna przysięga, niż wszelka moc.
Te napozór nic nieznaczące deski...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.