<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Niezabitowski
Tytuł Skarb Aarona
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia rotacyjna „Unja”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII

El Terim nie posiadał się ze złości.
Roziskrzonym, pełnym wściekłości wzrokiem mierzył postać Dżailli, spoglądającej nań pogardliwie.
Wszelkie namowy, aby dziewczyna wyjawiła mu tajemnicę rodu Tadż-el-Feher, spełzły jak dotąd na niczem.
Dżailla obojętnem milczeniem przyjmowała zarówno kuszące obietnice, jak i pogróżki, któremi chytry lekarz usiłował złamać jej upór.
El Terim zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że ani pozbycie się groźnych konkurentów, jakimi bezwątpienia okazaliby się członkowie ekspedycji naukowej w sprawie rozwikłania zagadki tabliczki, ani porwanie dziewczyny nie zbliżyło go bynajmniej nawet na jeden krok do upragnionego celu odnalezienia skarbów, ukrytych w okolicach Synaju.
Ze słów Żałyńskiego wywnioskował on, że tajemniczy, zaledwie dostrzegalny trójkąt na tabliczce oznacza według wszelkiego prawdopodobieństwa miejsce znajdowania się skarbów, lecz pomimo usilnych poszukiwań wokół Synaju, czynionych na czele swych ludzi i kilku zwerbowanych włóczęgów-rozbójników, nie udało mu się dotąd natrafić na jakikolwiek bądź ślad.
Rzecz prosta, że niska inteligencja lekarza stawała się w tym wypadku najbardziej poważną przeszkodą. Nie potrafił on dotąd wyjaśnić zagadnienia odległości znaku trójkąta od „Świętej Góry“, ba... nawet nie zdołał stwierdzić, czy punkt, oznaczony znakiem, znajduje się na wschód czy też na zachód od Synaju.
Zrozumiał teraz, że mordując członków ekspedycji, pospieszył się, popełniając tem samem kardynalne głupstwo.
Trzeba było wstrzymać się z tem do chwili, gdy wiedza Europejczyków posunie sprawę badania tabliczki do ścisłego określenia w górach punktu, odpowiadającego znakowi trójkąta na tabliczce.
Po kilka razy dziennie rozwścieczony oporem dziewczyny i niepowodzeniami poszukiwań usuwał się na ubocze od krzykliwej bandy swych towarzyszy, aby samotny wywrzeć swą złość na... sobie samym. Wówczas czynił wrażenie obłąkanego. Raz po raz targał swą rzadką bródkę, wyrywając z niej resztki włosów, i bił się pięściami w zapadnięte piersi, wyjąc przytem z wściekłości niesamowitym głosem.
Podczas jednej z takich chwil osamotnienia błysnęła mu snać jakaś szczęśliwa myśl do głowy, gdyż nagle dziki wzrok jego rozbłysnął blaskami szatańskiej radości.
— O... Allach, dziękuję ci, że oświeciłeś sługę swego, co mu czynić wypada, aby złamać opór dziewczyny! — westchnął nabożnie i pospiesznym krokiem udał się do niewielkiej jaskini w dzikim wąwozie, na którą natrafili jego ludzie podczas poszukiwań. Jaskinia ta, do której dostęp był nadzwyczaj trudny, od paru już dni służyła bandzie jego za bezpieczne i względnie wygodne schronisko, gdyż posiadała parę komór, z których najgłębiej położona była miejscem, gdzie El Terim trzymał porwaną dziewczynę.
Znalazłszy się w pierwszej komorze, El Terim skinieniem głowy przywołał do siebie najwierniejszego ze swych ludzi, okrutnego Abdullaha, i usunąwszy się z nim na ubocze, długo mu coś tłumaczył przyciszonym głosem.
Abdullah, wysłuchawszy jego słów, wybuchnął głośnym śmiechem.
— Panie, mądrość twoja równać się może śmiało z mądrością uczonych „suftich“! Bezwątpienia wieść ta złamie nareszcie upór dziewczyny, gdyż baczne oczy moje dostrzegły już dawno, ze ten niewierny pies nie jest obcy jej sercu! Zaraz, panie, uczynię tak, jak rozkazałeś!
Odszedł ku jaskini i, wywoławszy trzech włóczęgów-rozbójników, uzbrojonych w karabinki i noże, powlókł się z nimi powoli zboczami góry i wkrótce znikł z oczu lekarza i paru Arabów, wygrzewających się na słońcu przed jaskinią.
El Terim udał się do jaskini. Przed wejściem do drugiej komory stał oparty plecami o ścianę ponury włóczęga—rozbójnik. Była to warta, strzegąca dzień i noc wyjścia z drugiej i trzeciej komory.
— Dziewczyna? — rzucił lekarz krótkie pytanie włóczędze.
— Przed chwilą zaglądałem do niej. Leży na skórach, lecz zdaje się, nie śpi! — odrzekł Arab.
El Terim, poleciwszy mu rozbudzić się za godzinę, rzucił się na stos owczych skór, próbując zasnąć, lecz głośny gwar sprzeczek Arabów, zabawiających się przy wejściu do jaskini grą w kości, spędzał sen z jego powiek.
Przewracał się z boku na bok, denerwując się coraz bardziej.
Nurtowała go niepewność, czy zdoła nareszcie natrafić na miejsce ukrytych skarbów, co jak dotąd nie zapowiadało się pomyślnie. Ogarniała go rozpacz na myśl, że niepodobieństwem jest przeszukanie setek wąwozów, rozbiegających się wachlarzowato we wszystkie strony od „Świętej Góry“. Potrzebaby było kilkunastu lat wytężonej pracy na to, aby zajrzeć w głąb każdej rozpadliny, oglądnąć każdy załom skalny, wdrapać się na każdy ze szczytów górskich, okalających wieńcem olbrzyma — Synaj.
Sądził, że w namiotach pomordowanych uczonych znajdzie jakąkolwiek podstawę do skierowania swych poszukiwań na pewne tory, lecz oprócz mapy, na której wzdłuż całego półwyspu Synaj ciągnęła się takaż sama linja, jak i na jego tabliczce, nie znalazł więcej nic.
Porwanie Dżailli wykluczyło raz na zawsze możliwość skorzystania z wiedzy Żałyńskiego. El Terim od dłuższego już czasu spostrzegł, że młody cudzoziemiec wodzi zachwyconym wzrokiem za córką Ibn Tassila, której on sam pożądał całą siłą swej starzejącej się chuci.
Piekielna zazdrość, szarpiąca nim na widok rozkochanych spojrzeń Żałyńskiego i rumieńców dziewczyny, ilekroć znalazła się ona w obecności Europejczyka, była również ważkim powodem, który skłonił go do porwania Dżailli, jakkolwiek wiedział, że czyn ten zwróci przeciwko niemu straszliwy gniew i zemstę dumnego i zaciętego Ibn Tassila i całego jego rodu, uważających, że zamach na dziewczynę jest obelgą i pohańbieniem, które dadzą się zmyć jedynie tylko krwią.
Ale bezdenna chciwość i ślepe pożądanie pięknej prawnuczki emira Tadż-el-Feher zaślepiły go zupełnie. Wiedział, że o powrocie do El Barrar niema co marzyć, chociażby nawet zdołał zgładzić ze świata Ibn Tassila, co zresztą stara się od paru dni uczynić Abdullah, jak dotąd jednakowoż bez powodzenia. Oprócz ojca Dżailli istniał przecież jego ród, z którym przecież niesposób było walczyć.
Jedyną radą było uciec z dziewczyną, aby zdala od El Barrar móc cieszyć się jej krasą i młodością.
Lecz uciec można było tylko ze skarbem.
To też lekarz budził równo ze świtaniem swą bandę i, pozostawiając zwykle na straży w jaskini Abdullaha, szperał wraz ze swymi ludźmi do zmierzchu w wąwozach i rozpadlinach w poszukiwaniu miejsca, którego znalezienie uczyniłoby go panem i pozwoliło uciec, gdzie pieprz rośnie, przed zemstą oszukanego przyjaciela.
Poza tem El Terim lękał się panicznie Żałyńskiego. Instynkt półdzikiego człowieka mówił mu, że Europejczyk wytęży wszystkie swe siły, aby oswobodzić Dżaillę.
Po nocach męczyły go straszliwe sny, w których nieodmiennie występował Żałyński, groźny i nieubłagany.
Abdullah, polujący na Ibn Tassila, doniósł mu że w otoczeniu ojca dziewczyny nie było „niewiernego psa“.
Wiadomość ta nie na żarty zatrwożyła El Terima. Odrzuciwszy początkowe przypuszczenie, że Europejczyk powrócił do El Barrar, aby udać się dalej w swą powietrzną podróż, doszedł da przekonania, że Żałyński czyni poszukiwania Dżailli na własną rękę.
Podczas swych wędrówek wśród skał i wąwozów lekarz, znajdując się zdala od swych ludzi, odczuwał bojaźń, przechodzącą czasami w paniczny strach, jeżący mu resztki włosów pod turbanem.
Oto z poza pierwszego lepszego załomu skalnego wysuwa się „niewierny pies“ i z pobladłą z wściekłości twarzą, ze ściągniętemi groźnie brwiami zbliża się doń, pytając, co uczynił z dziewczyną!
W chwilach takich halucynacyj szczątki zębów arabskiego lekarza poczynały uderzać jedne o drugie z niewiarygodną wprost szybkością, obfity pot spływał mu kroplami z czoła, a nogi, jakkolwiek utrudzone wspinaniem się na skały, poczynały same biec tak szybko, że ludzie jego, obserwujący to, kręcili głowami z podziwu, że El Terim, aczkolwiek stary, posiada jednak w nogach siłę i wytrwałość dwudziestoletniego młodzieńca.
Na tych niewesołych rozmyślaniach upłynęła mu godzina.
El Terim zwlókł się z posłania i, poleciwszy wartującemu sprowadzić brankę przed jaskinię, udał się tam i, zasiadłszy na kamieniu, ponurym wzrokiem wpatrywał się w poszarpane wiszary skalne.
Za chwilę postać dziewczyny ukazała się w otworze jaskini. Za nią szedł strażujący.
Lekarz skinął głową i rzekł poważnym głosem, w którym przebijał się ton udanej pieczołowitości.
— Niedobrze jest dla takiego, jak ty, kwiatu przebywać bezustannie w ciemności! Kwiat potrzebuje słońca! Spocznij i zaczerpnij świeżego powietrza!
Dziewczyna bez słowa osunęła się na kamień i, oparłszy głowę o skalną ścianę, przymknęła oczy.
Cierpienia moralne i ciągłe przebywanie w ciemnej, zadymionej dymami ogniska i kaganków jaskini powlokły jej twarzyczkę delikatną bladością. Oczy, zmęczone płaczem, stały się jeszcze bardziej głębokie. Źrenice patrzyły przed siebie obojętnie, zasnuwając się co chwila matowym blaskiem smutku.
El Terim przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu, napawając swój wzrok jej krasą i bezbronnością.
Strażujący umieścił się poniżej dziewczyny, odcinając jej tem samem jedyną drogę do ucieczki.
— Nie widziałem cię ani wczoraj, ani też dzisiaj jeszcze, więc chcę się zapytać, czy łaska Allacha nie oświeciła twych myśli, abyś stała się posłuszną woli mej, jak przystoi być posłuszną temu, którego żoną niebawem zostaniesz — ozwał się lekarz, nadając swemu chrapliwemu głosowi brzmienie łagodności.
Dziewczyna milczała, nie zdradziwszy najlżejszym nawet ruchem powiek, że słowa jego dotarły do jej uszu.
Po śniadem obliczu Araba przebiegł nagły płomień gniewu.
Przemógł się jednak i ciągnął dalej tym samym tonem.
— Nieposłuszeństwo względem starszych smuci Allacha tak samo, jak najcięższy grzech! Upór twój o, Dżaillo, nie zyska błogosławieństwa ojca niebios i ziemi! Przyniesie ci on jedynie pogorszenie losu, który ja, jako miłujący cię całą duszą, pragnąłbym...
Umilkł nagle, dostrzegłszy, że z pod wzniesionych powiek dziewczyny wybiegły ku niemu dwa błyski nienawiści i pogardy.
— Zamilcz, nędzniku, i nie wzywaj Allacha, aby sprawiedliwe nieba nie poraziły gromem twej plugawej postaci! — przemówiła Dżailla wyniosłym tonem.
Skłonił nisko głowę, jakgdyby uderzony jej słowami, i milczał widocznie zmieszany.
Lecz rychło odzyskał snać panowanie nad sobą, gdyż po niedługiej chwili rzucił, wzruszając ramionami.
— Allach w swej mądrości i przenikliwości nie dał kobiecie duszy, więc pozbawił ją tem samem prawa rozstrzygania pytania, co jest złem, a co dobrem! Słowa twoje nie potrafią mnie dotknąć, lecz mogą snadnie wyprowadzić cierpliwość moją na manowce, gdzie się może zagubić w podmuchach gniewu i popędliwości!
Dziewczyna roześmiała się pogardliwie.
— Kpię z twoich czczych pogróżek, gdyż wiem, że czy wcześniej, czy później dotknie cię zemsta mego ojca, szlachetnego Ibn Tassila, który pracuje uczciwie, a nie trudni się rozbojem jak ty!
— Ojciec twój, jak to już mówiłem, powrócił do El Barrar, pozostawiając cię swemu losowi — rzekł prędko.
— Znam lepiej swego ojca niźli ty i wiem to, że nie spocznie dotąd, dopóki jatagan jego nie zabarwi się krwią twoją! — odparła z mocą.
Lekarzowi uczyniło się przez chwilę nieco nieprzyjemnie. Przybladł nawet z wrażenia, jakgdyby jatagan, o którym wspomniała dziewczyna, znajdował się już o włos od jego serca.
Zatrząsł się przeto ze złości i pytał ostrym głosem, zatapiając w twarzy Dżailli swe sępie spojrzenie.
— Dość tego! Przebrałaś już miarę mojej cierpliwości! Po raz ostatni zapytuję cię, czy wyjawisz mi dobrowolnie tajemnicę rodu Tadż-el-Feher!
Zamiast odpowiedzi rzuciła mu drwiące pytanie:
— Tajemnicę emira? Czyżbyś już odnalazł miejsce, gdzie znajduje się skarb?
Usta lekarza bryznęły słowami brutalnego przekleństwa.
Słowa dziewczyny przywiodły mu na pamięć niepowodzenia, jakich doświadczał, poszukując skarbu.
Zerwał się jak wściekły i szybkiemi krokami począł przebiegać tam i zpowrotem niewielką płaszczyznę, rozciągającą się przed wejściem do jaskini.
Dziewczyna ironicznem spojrzeniem śledziła jego ruchy.
— Słuchaj pilnie, co powiem, El Terimie! — ozwała się po chwili. — Zastawiając sidła na innych, zaplątałeś się sam w taką matnię, że daremne będą twoje wszystkie usiłowania, aby się z niej oswobodzić. Podszedłeś nikczemnie mojego ojca, naraziłeś się na jego straszliwą zemstę, obraziłeś cały nasz ród, który umie dochodzić swych krzywd, i nie zyskałeś wzamian nic! Skarbu nie odszukasz, gdyż nie jesteś uczonym „mehendysem“, a choćbyś nawet natknął się trafem na niego, to i tak nie zdołasz wynieść stamtąd nietylko drobnej części skarbów, lecz i swego własnego życia! O tem, abym wyjawiła ci tajemnicę rodu emira, nie marz nawet i we śnie!
Umilkła nagle, zdziwiona lekką obojętnością, z jaką porywczy zazwyczaj lekarz przyjmował jej słowa.
El Terim dostrzegł tymczasem wśród załomów skalnych Abdullaha, zbliżającego się śpiesznie w towarzystwie jednego z włóczęgów-rozbójników.
Uśmiechnął się przeto jadowicie i, przybrawszy znudzony wyraz twarzy, zwrócił się do dziewczyny.
— Mów dalej! — rzekł lekceważącym tonem.
Oblicze Dżailli pokryło się rumieńcem oburzenia.
— Krótkie będą moje słowa! — mówiła gwałtownie. — Oto istnieje dla ciebie jeszcze jedyna droga ratunku! Oddaj mnie ojcu... proś go o przebaczenie i... zrzeknij się mnie na zawsze! Pod tym tylko warunkiem błagać będę ojca, aby zemstę za krzywdę mą pozostawił niebu!
Po wąskich wargach lekarza przewinął się grymas szyderczego uśmiechu.
— Rada — dobra, i kto wie, czy nie postąpię według niej — mówił słodkim głosem, zezując kątami oczu w stronę zbliżających się szybkim krokiem Arabów.
Na twarzy Dżailli odbiło się zdumienie. Nie dostrzegła szyderczego uśmiechu lekarza, więc słowa jego zdziwiły ją niepomiernie, gdyż była pewna, że zacięty El Terim odrzuci jakąkolwiek bądź myśl skruchy i upokorzenia się.
Tymczasem na płaszczyźnie ukazały się postaci zadyszanych od szybkiego biegu zaufanych lekarza.
— Co tam znów nowego? — pytał tenże, przystępując ku nim.
— O... panie... wielka nowina! — krzyczał Abdullah, przykładając dłoń do piersi na znak powitania. — Oto w wąwozie, który biegnie opodal, spotkaliśmy... zgadnij, panie, kogo?
El Terim wzruszył obojętnie ramionami:
— Czy ja wiem! — mówił niedbale — tylu ludzi włóczy się po pustyni!
— Natknęliśmy się na tego niewiernego psa, który spadł z nieba i który przybył tutaj z nami z El-Barrar! — ciągnął dalej Abdullah.
Cichy okrzyk przerwał jego słowa. Wydarł się on z piersi Dżailli, której twarz mieniła się niepokojem i nadzieją zarazem.
El Terim pozostał niewzruszonym. Zdawało się, że nie dosłyszał okrzyku dziewczyny, lecz błyski źrenic, biegnące raz po raz ku niej z pod zmrużonych jego powiek, świadczyły aż nadto wyraźnie, że obserwuje on ją uważnie.
— I co? — rzucił.
— Schwytaliśmy go, gdyż pewnem jest, że szpiegował nas na własną rękę, chociaż Ibn Tassil, jak ci wiadomo, panie, dał już za wygraną i powrócił do El-Barrar. Co z nim uczynić, panie? To niebezpieczny człowiek — dopytywał się natarczywie Abdullah, ogarniając od czasu do czasu szybkiem spojrzeniem Dżaillę, która blada, z rozszerzonemi przez lęk oczami zdawała się być martwą statuą, wyobrażającą „przerażenie“.
Lekarz namyślał się przez chwilę.
— Nie bronił się? — zapytał wreszcie.
— Napadliśmy na niego tak niespodziewanie, że nie zdążył użyć broni! — wyjaśniał Arab — skrępowany sznurami i strzeżony przez trzeciego z nas oczekuje teraz kary za wtrącanie się do spraw, które obchodzić powinny jedynie nas... mieszkańców tej ziemi!
El Terim ruchem głowy potakiwał słowom swego służącego.
— Prawda przez ciebie przemawia, chociaż Allach odmówił ci bogactw i dostojeństw! — rzekł po chwili poważnym tonem. — Przeklęty cudzoziemiec nie powinien mieszać się do sporów, jakie czasami wybuchają między prawowiernymi wyznawcami jedynego Boga, Allacha, i proroka jego, Mahometa, którego pamięć oby żyła wiecznie! Więc powiadasz, że ten „inglesi“ szpiegował nas?
Abdullah skinął energicznie głową.
— Szpiegował, o, panie mój... szpiegował! Inaczej... czyż włóczyłby się po górach jak głodny szakal?
Ei Terim chwiał smutnie głową.
— Oto jak ten niewierny odpłaca mi za trudy, jakie poniosłem podczas leczenia go po upadku na ziemię!
Zamyślił się i po chwili rzekł jakgdyby do siebie.
— O... Allach... jakżeż niewdzięcznym potrafi być człowiek!
— Więc cóż z nim uczynić, panie? — powtórzył niecierpliwie Abdullah.
El Terim podniósł na niego wzrok.
— Puścić go wolno nie możemy... — zaczął po chwili.
— Nie możemy, panie! — przytwierdził gorąco Abdullah.
— Jakkolwiek brzydzę się przelewaniem krwi, nawet tak podłej, jak krew niewiernych, jednak tym razem sądzę, że musimy go..
Urwał i, zezując, obserwował chciwie twarz Dżailli.
— Zabić! — dokończył za niego wierny sługa.
El Terim skinął poważnie głową.
— Stanie się, jak rozkazałeś, panie! — zapewniał Abdullah, zabierając się do odejścia.
— Stój! — zabrzmiał zdławiony wzruszeniem głos Dżailli.
Pomarszczone oblicze lekarza rozświetliły blaski triumfu.
Zamienił szybkie spojrzenie z Abdullahem i zwrócił się ku dziewczynie, która, powstawszy z kamienia, stanęła przed nim.
El Terim milczał, oczekując jej słów.
Twarzyczka Dżailli była tak biała, jak lekki haik, wychylający się z pod burnusa. Rozchylone jej usta chwytały raz po raz powietrze, jakgdyby piersiom jej brakło oddechu. Drżącemi dłońmi przyciskała serce, trzepocące się w falującej gwałtownie piersi.
Stała tak, nie mogąc wykrztusić z zaciśniętej krtani ani jednego słowa.
Była w tej chwili tak piękna, że towarzyszący Abdullahowi włóczęga począł w głos cmokać wargami, nie mogąc snać opanować swego zachwytu.
— Mówiłeś, El Terimie, że pragniesz pojąć mnie za żonę! — wyszeptała wreszcie z widocznym trudem.
Skinął głową w milczeniu.
— Wiedz o tem, że żywa nigdybym nie wstąpiła pod dach twój! Niema takiej siły na świecie, któraby mnie zmusiła do zostania twą żoną! — ciągnęła dalej, marszcząc swe czarne brwi,
— Więc ojciec twój oszukiwał mnie? — wtrącił lekarz.
Na policzki dziewczyny wybiegł płomień oburzenia.
— Ojciec mój obiecał ci mnie w dobrej wierze! — odparła dumnie. — To ja sama postanowiłam raczej zabić się, niż... należeć do ciebie.
Z warg przysłuchujących się uważnie rozmowie rozbójników zerwały się dwa okrzyki podziwu.
El Terim zmierzył obu włóczęgów surowem spojrzeniem.
— Idźcie precz! — krzyknął gniewnie.
Oblicza Arabów skurczyły się nagłym napadem wściekłości.
— Jesteśmy wolnymi ludźmi, i nie masz prawa przemawiać do nas temi słowy! — warknął jeden z nich.
— Przemawiaj tak do swych podłych sług, a nie do nas, ty stary, parszywy psie, oblazły z sierści! — huknął drugi, kładąc mimowolnym ruchem dłoń na rękojeści jataganu, zatkniętego za pasem.
Lekarz stropił się nieco.
Banda jego liczyła dwanaście głów, z tego połowę sług sprowadzonych z El Barrar, lecz pomimo równowagi sił szaleństwem byłoby zadzierać z tymi pięcioma zabijakami, których łączyła solidarność popełnionych przestępstw i ewentualnej za nie kary.
Zamilkł przeto dyplomatycznie, udając, że nie przywiązuje wagi do gburowatych i obelżywych słów włóczęgów.
— Obecnie namyśliłam się! — podjęła znów Dżailla — zostanę twoją żoną, lecz musisz spełnić jedno moje żądanie!
— Jakież to? Słucham! — wycedził przez zęby, uśmiechając się szyderczo kątami ust.
— Darujesz życie cudzoziemcowi, którego dzisiaj pojmali twoi ludzie!...
Utkwiła w jego twarzy wyczekujące, pełne niepokoju spojrzenie swych przepaścistych oczu.
El Terim namyślał się przez chwilę, poczem potrząsł przecząco głową.
— Z jakiej racji mam płacić za ciebie, skoro i tak jesteś w mem ręku! — mówił, odsłaniając w ironicznym uśmiechu bezzębne, sinością powleczone dziąsła.
Jęknęła głucho i zachwiała się na nogach.
El Terim podparł ją ramieniem.
Odsunęła się odeń ze wstrętem, który na twarzach obserwujących tę scenę włóczęgów wywołał uśmiechy złośliwego zadowolenia.
— Więc nie? — szepnęła, przeciągając dłonią po czole.
— Nie! — rzucił twardo lekarz, porozumiewając się wzrokiem z Abdullahem.
Ten skinął na swego towarzysza i uczynił ruch do odejścia.
— Zaczekajcie! — rozkazał El Terim.
— Cudzoziemiec umrze... chyba, że... — urwał w połowie zdania i wpatrzył się przenikliwie w pobladłą twarz dziewczyny.
Dżailla podniosła na niego zalane łzami oczy.
— Kocha go! — pomyślał w duchu lekarz, czując, jak zazdrość szarpie jego serce. — Chyba, że... wyjawisz mi tajemnicę waszego rodu! — dokończył głośno.
Dziewczyna szarpnęła się wtył. Przez twarz jej przelatywały w błyskawicznem tempie zmieniające się uczucia.
Zrazu w oczach jej zamigotały błyskawice zgrozy i oburzenia, które następnie zmienił wyraz wahania się i walki z samą sobą.
Wreszcie z pod jej powiek wypłynęły powoli na policzki duże łzy... łzy rezygnacji.
Przeciągnęła kilkakrotnie dłonią po czole, jakgdyby odganiając jakieś natrętne, dokuczliwe myśli i, opuściwszy głowę na piersi, wyrzekła cichym, zaledwie dosłyszalnym szeptem jedno tylko słowo, świadczące o bezgranicznem w swej wielkości uczuciu, tkwiącem na dnie jej serca.
— Wyjawię!
Z oczu El Terima wytrysły błyski triumfu. Starcza twarz pokryła się momentalnie krwistemi plamami chciwości.
Opanował się jednak rychło i ochrypłym ze wzruszenia głosem zapytał skwapliwie.
— Wyjawisz?
Dziewczyna skinęła głową.
— Z chwilą, gdy natrafisz na miejsce skarbu, wyjawię ci tajemnicę mojego rodu i gotowa jestem nawet okazać ci pomoc przy owładnięciu skarbem! — przyrzekała, oddychając szybko.
Lekarz stropił się.
— Dopiero wówczas wyjawisz mi swą tajemnicę? — rzekł zawiedzionym nieco tonem.
— Dopiero wówczas! wcześniej nie mogę! Nie żądaj ode mnie zbyt wiele, El Terimie! — odparła z mocą.
Namysł lekarza trwał krótko.
Wyczytał z twarzy dziewczyny, że dalsze przeciąganie struny może grozić jej zerwaniem. Znał dobrze dumę i upór kobiet rodu Tadż-el-Feher i zrozumiał, że należy skorzystać z nadarzającej się sposobności.
Podniósł przeto poważny wzrok na Dżaillę i zapytał uroczystym tonem.
— Czy gotowa jesteś przysiąc na prochy swej matki, oby spoczywała na łonie Allacha, że dotrzymasz słowa?
Dziewczyna wzniosła swe dłonie ku górze.
— Na święte prochy matki mojej przysięgam, że z chwilą odnalezienia przez El Terima skarbu wyjawię mu tajemnicę mojego rodu i okażę mu pomoc, jaka tylko leżeć będzie w mych siłach! — mówiła głośno i powoli.
El Terim skinął głową z zadowoleniem.
— Takiej przysięgi nie złamie nietylko kobieta z rodu Tadż-el-Feher, lecz i żadna kobieta w całej Arabji! — mruknął do siebie i zwrócił się do Abdullaha.
— Jeszcze jedno! — powstrzymała go Dżailla, przystępując doń. — Wyjawię ci tajemnicę, lecz pamiętaj... żoną twoją nigdy nie zostanę!
Lekarz wzruszył lekceważąco ramionami, uśmiechając się równocześnie szyderczo.
— Zobaczymy! — rzucił przez zęby i począł wydawać Abdullahowi rozkazy.
— Żałyńskiego należy oswobodzić z więzów i odprowadzić lub odwieźć do El Barrar.
Abdullah skłonił się przesadnie.
— Będzie, jako rzekłeś! — zapewniał, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
— Czy nie mogłabym pomówić z nim? — ozwała się nieśmiało Dżailla, gdy Abdullah wraz ze swym towarzyszem znikł już poza załomami skał.
El Terim nachmurzył się.
— Nie! — odparł gniewnym tonem, nie patrząc na nią.
Dziewczyna przez chwilę stała z opuszczoną smutnie głową, poczem wolnym krokiem skierowała się ku otworowi jaskini.
Strażujący Arab podążał w jej ślad jak cień.
Znalazłszy się na swem posłaniu, Dżailla w tuliła głowę w miękką sierść owczych skór i łkała cicho, potrosze dlatego, że złamała przysięgę, daną kiedyś swej matce o chronieniu tajemnicy rodu, potrosze z radości, że zdołała ocalić życie ukochanemu człowiekowi.
Bo tak było!
Kochała... niemal od pierwszego dnia tego zgrabnego, o niebieskich, wesoło śmiejących się oczach ziomka swego pradziada, sławnego emira, o którym ślepcy-żebracy śpiewają niezliczone pieśni, jak długa i szeroka jest Arabja.
Kochała... zaś przeczucie, ten najwierniejszy towarzysz zakochanych serc, zapewniało ją o takiem samem uczuciu cudzoziemca względem niej.
Zasnęła, śniąc o tajemniczej krainie Lechistanu, gdzie rodzą się śmiałkowie, którzy przybywają do Arabji tylko poto, aby zabierać w słodką niewolę serca jej cór.[1]






  1. Przypis własny Wikiźródeł Brakujące słowo uzupełniono na podstawie wydania z 1935r.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Niezabitowski.