Tajemniczy ogród/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1937
Druk F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

PANNA MARY KAPRYŚNICA.

Mary lubiła zdaleka patrzeć na swą matkę; wydawała jej się uroczą, ale nie znała jej prawie wcale, nic też dziwnego, że nie mogła jej kochać, ani tęsknić po niej, gdy ją straciła. I nie tęskniła wcale, a ponieważ była zawsze dzieckiem nader samolubnem, przeto wszystkie swe myśli skierowała ku sobie, jak zresztą zawsze zwykła była czynić. Gdyby była starsza, możeby przeraziła ją myśl, że została całkiem sama na świecie, ale przecież była jeszcze mała, i inni o niej myśleli, sądziła zatem, że tak zawsze być musi. Chciała tylko wiedzieć, czy znajdzie się teraz między ludźmi miłymi, którzy będą dla niej grzeczni i pozwolą jej na wszystkie wybryki, jak to czyniła jej Ayah i reszta służby.
Wiedziała o tem, że nie pozostanie w domu pastora, gdzie ją narazie umieszczono. Nie życzyła sobie tam pozostać. Pastor był biedny, miał pięcioro dzieci, wszystkie prawie w równym wieku; sukienki ich były brudne, a dzieciaki kłóciły się ciągle i wydzierały sobie zabawki. Mary nienawidziła brudnego domu pastora i taka nieznośna była dla wszystkich, że po dwóch dniach żadne z dzieci nie chciało się z nią bawić. Drugiego zaraz dnia dały jej przezwisko, które ją wprawiało w szaloną złość.
Pierwszy pomyślał o tem Bazyli. Był to mały chłopczyk o bladoniebieskich oczach i zadartym nosie, i Mary go niecierpiała. Bawiła się sama pod drzewami, tak samo zupełnie, jak owego dnia fatalnego. Robiła klombiki z ziemi, ścieżki — a Bazyli stał wpobliżu i przyglądał się. Naraz zajęła go zabawa, i podał projekt.
— Czemu nie ustawisz kupki kamieni, niby, żeby to były skały? — rzekł do niej. — O! tutaj, w środku — i pochylił się, by wskazać miejsce.
— Idź precz! Niecierpię chłopców, idź precz! — wołała Mary.
Przez chwilkę Bazyli był zły, potem zaczął się droczyć. Droczył się zawsze z siostrami. Zaczął około niej tańczyć i podskakiwać, śmiał się i śpiewał:

«Panno Mary, kapryśnico,
Odwróć zagniewane lico!
Czy w ogródku rosną kwiatki,
Róże, dzwonki i bławatki?»


Śpiewał dopóty, dopóki reszta dzieci nie posłyszała i nie zaczęła śmiać się z nim razem. A im gorzej Mary się złościła, tem więcej śpiewali: «Panno Mary, kapryśnico», nazywając ją tak później między sobą, a nawet i wtedy, gdy do niej się zwracali.
— W końcu tego tygodnia pojedziesz do domu — rzekł do niej Bazyli. — A my się strasznie z tego cieszymy.
— Ja też cieszę się strasznie — odparła Mary. — Ale gdzie jest «dom»?
— Ona nie wie, co znaczy «dom!» — rzekł Bazyli z oburzeniem. — To znaczy oczywiście Anglja. Nasza babunia tam mieszka, a siostra nasza, Mosel, pojechała do niej w zeszłym roku. Ale ty nie masz babuni, ty pojedziesz do wuja, który się nazywa pan Archibald Craven.
— Nie wiem nic o nim — jąkała Mary.
— Wiem, że nic nie wiesz — odparł Bazyli. — Dziewczęta wogóle nic nie wiedzą. Słyszałem, jak rodzice o nim mówili. Otóż wuj twój mieszka w ogromnym, rozległym, opuszczonym domu na wsi, i nikt u niego nie bywa. Taki jest niemiły, że nikogoby nie przyjął, a gdyby chciał przyjąć, toby znów nikt do niego nie pojechał. Jest w dodatku garbaty i okropny.
— Nic ci nie wierzę — rzekła Mary; odwróciła się tyłem i zatkała uszy palcami, bo nie chciała już nic słyszeć.
Długo jednakże myślała później o wszystkiem, co słyszała, a gdy pani Crawford powiedziała jej tegoż wieczora, że za kilka dni pojedzie do Anglji, do wuja, p. Archibalda Craven’a, mieszkającego w Misselthwaite Manor, Mary wydawała się tak kamiennie i uparcie obojętną, że nie wiedziano, co o niej myśleć. Starano się traktować ją serdecznie, lecz ona odwracała twarz, ilekroć pani Crawford usiłowała ją pocałować, i stała sztywna, jak kij, gdy pan Crawford poklepał ją po ramieniu.
— Dziwne jakieś dziecko — rzekła później pani Crawford z politowaniem. — Matka jej była taka urocza istota i takie miała miłe obejście, a Mary to najniesympatyczniejsze dziecko, jakie w życiu widziałam. Dzieci nazywają ją «panną Mary, kapryśnicą», a choć to niepoczciwie z ich strony, wcale im się nie dziwię.
— Być może, że gdyby jej matka była częściej zaglądała do dziecinnego pokoju, i Mary byłaby nabrała miłego obejścia. Smutno to wspominać obecnie, gdy to urocze stworzenie nie żyje, że większość otaczającego ją towarzystwa nie wiedziała nawet, iż ma dziecko.
— Sądzę, że nawet nie spojrzała na córkę — z westchnieniem odparła pani Crawford. — Wszak gdy jej Ayah umarła, nikt zgoła nie pomyślał o tem biedactwie. Pomyśl wszystko się rozbiegło zostawiając to maleństwo samiuteńkie w całym opustoszałym domu. Kapitan Mac Grew mówił mi, że po prostu osłupiał, gdy otworzywszy drzwi, znalazł ją samą na środku pokoju.

*

Długą podróż do Anglii Mary odbyła pod opieką żony pewnego oficera, która dzieci swoje odwoziła do szkół. Bardzo ją absorbowały własne dzieci, toteż niezmiernie była rada, gdy w Londynie mogła oddać Mary jejmości, którą Archibald Craven przysłał po siostrzenicę. Jejmość ta była gospodynią w Misselthwaite Manor i nazywała się pani Medlock. Była to kobieta tęga, o bardzo czerwonych policzkach i przenikliwych, czarnych oczach. Miała na sobie jaskrawą, czerwoną suknię, czarną, jedwabną mantylkę z dżetową frędzlą i czarny kapelusz z czerwonymi, welwetowymi kwiatami, które przy każdym poruszeniu głową chwiały się na wszystkie strony i trzęsły. Mary nie poczuła sympatii do niej, ale ponieważ nigdy do nikogo sympatii nie czuła, przeto nie było w tym nic dziwnego; zresztą widać było od razu, że pani Medlock niewiele sobie z Mary robiła.
— Słyszeliśmy, że matka jej była piękna — odezwała się nowa opiekunka Mary. — Ale nie dała córce urody w spuściźnie, prawda, proszę pani?
— Może wyładnieje, gdy będzie starsza — odparła dobrotliwie żona oficera. — Gdyby tylko nie była taka niegrzeczna i miała trochę milszy wyraz twarzy, bo rysy jej są raczej ładne. Zresztą dzieci tak się zmieniają!
— No, będzie się musiała bardzo zmienić — odparła pani Medlock. — A nie mogę powiedzieć, by Misselthwaite wywierało dobry wpływ na dzieci!
Obie panie sądziły, że Mary ich nie słyszy, gdyż dziewczynka stała trochę z dala przy oknie w hotelu, w którym się zatrzymali. Przyglądała się ruchowi ulicznemu, lecz słyszała każde słowo i strasznie była ciekawa, jaki jest ten wuj i dom, w którym mieszkał. Co to znaczy „garbaty“? Nie widziała nigdy garbatego. Może w Indiach nie ma garbatych?
Odkąd Mary żyła między obcymi ludźmi i nie miała przy sobie swej niani, zaczęła czuć się samotna i myśleć o dziwnych rzeczach, całkiem nowych dla niej. Poczęła się teraz zastanawiać, dlaczego ona nigdy nie była czyjaś, nawet wtedy, gdy ojciec i matka jej jeszcze żyli. Inne dzieci należały zawsze do swego tatusia i swej mamusi, a tylko ona była niczyją córeczką. Miała służbę, jedzenie i sukienki. Ale nikt na nią nie zwracał uwagi. Mary nie wiedziała, że wszyscy uważali ją za niemiłe dziecko. Przeciwnie — sądziła, że inni są nieprzyjemni, lecz nigdy nie pomyślała tego o sobie.
Pani Medlock wydawała się jej najnieprzyjemniejszą ze wszystkich — raziła ją swoimi czerwonymi policzkami i niegustownym, pretensjonalnym kapeluszem. Gdy następnego dnia wyjeżdżały w dalszą drogę do Yorkshire, Mary szła przez stację do pociągu z odwróconą głową i trzymała się jak najdalej od pani Medlock, bo nie chciała, żeby widziano, że jadą razem. Była zła na samą myśl, że ludzie mogliby ją wziąć za córeczkę pani Medlock.
Ale pani Medlock nie przejmowała się ani Mary, ani tym, co ona o niej myśli. Była to kobieta, która „nie zawracała sobie głowy wybrykami dzieci“. W każdym razie, gdyby ją zapytano, tak byłaby odpowiedziała. Nie chciała jechać do Londynu nawet wtedy, gdy siostra jej, Maria, wydawała za mąż córkę, lecz zbyt ceniła sobie wygodne, dobrze płatne miejsce ochmistrzyni w Misselthwaite Manor, które mogłaby stracić, gdyby nie wykonała natychmiast rozkazu pana Archibalda Cravena. Nie śmiałaby nawet wyrazić najlżejszego sprzeciwu.
— Kapitan Lennox i żona jego zmarli na cholerę — rzekł pan Craven, jak zwykle oschle i chłodno. — Kapitan Lennox był bratem mojej żony, jestem więc opiekunem jego córki. Dziecko winno być przywiezione tutaj. Pojedzie pani do Londynu i przywiezie je do mnie.
Pani Medlock spakowała więc manatki i udała się w podróż.
Mary wtuliła się w kąt wagonu z miną kwaśną i złą. Nie miała co czytać, nie miała na co patrzeć, złożyła swoje cienkie, w czarne rękawiczki obciągnięte rączki na kolanach i siedziała cicho. Czarna jej sukienka podnosiła i uwydatniała żółtość cery, a jej sztywne, jasne włosy wymykały się kosmykami spod krepowego kapelusika.
„W życiu swoim nie widziałam takiego niemiłego dziecka jak to!“ — myślała pani Medlock. Nie mogła sobie wyobrazić, żeby dziecko siedziało tak długo na jednym miejscu w zupełnej bezczynności; toteż znużyło ją przyglądanie się dziewczynce i zaczęła mówić ostrym, twardym głosem.
— Opowiem ci coś niecoś o miejscu, do którego jedziesz — rzekła. — Czy wiesz coś o swoim wuju?
— Nie — odparła Mary.
— Nie słyszałaś nigdy, by rodzice o nim mówili?
— Nie — odrzekła Mary i zadrżała. Zadrżała przypomniawszy sobie, że ojciec i matka nigdy w ogóle o niczym z nią nie mówili. Nigdy nie opowiadali jej o niczym.
— Hm! — mruczała pani Medlock patrząc na jej zamkniętą w sobie, złą twarzyczkę. Zamilka[1] na czas jakiś, po czym mówiła dalej:

Mary wtuliła się w kąt wagonu i wyglądała kwaśna i zła (str. 17).

— Sądzę, że jednak trzeba cię przygotować. Jedziesz do miejsca bardzo dziwnego.
Mary nic na to nie rzekła, a pani Medlock, rozczarowana jej obojętnością, dopiero po chwili zaczerpnęła powietrza i ciągnęła dalej:
— Trzeba przyznać, że dom jest ogromny, lecz ponury. Pan Craven jest z niego dumny na swój sposób, to znaczy również ponury. Dom ten liczy już sześćset lat. Stoi na krańcu rozległego wrzosowiska; ma blisko sto pokoi, chociaż większość z nich jest zamknięta na klucz i od lat całych wiszą tam tylko obrazy, stoją piękne stare meble i różne antyki; wokoło jest ogromny park, ogrody i drzewa z gałęziami sięgającymi do ziemi. — Odpoczęła, zaczerpnęła oddechu. — Tyle ci chciałam powiedzieć — zakończyła nagle.
Mary mimo woli poczęła się przysłuchiwać. Wszystko, co słyszała, było odmienne od tego, co było w Indiach, a każda nowość miała dla niej urok. Lecz nie chciała dać po sobie poznać, że ją cokolwiek zaciekawia. Był to jeden z jej nieprzyjemnych, drażniących narowów. Siedziała zatem cicho.
— No i cóż? — rzekła pani Medlock. — Co panienka o tym myśli?
— Nic — odparła. — Nie znam się na takich domach.
Odpowiedź ta wywołała krótki, urywany śmiech pani Medlock.
— Ech! Panienka jest zupełnie jak staruszka — powiedziała. — Czy to wszystko panienkę nic nie obchodzi?
— Co za różnica, czy mnie obchodzi, czy nie — odparła Mary.
— Co do tego, to panienka ma rację — potwierdziła pani Medlock. — Dlaczego panienkę biorą do Misselthwaite Manor, tego naprawdę nie wiem. Może to po prostu najłatwiejszy sposób opiekuństwa. Że on się nie będzie o panienkę troszczył, to więcej niż pewne. On się nigdy o nikogo nie troszczy.
Zatrzymała się, jak gdyby sobie coś w porę przypomniała.
— On ma krzywe plecy — rzekła — dlatego jest taki zły. Jako młody człowiek był zgryźliwy i mimo swej fortuny niczego dobrego nie zaznał, dopóki się nie ożenił.
Mary zwróciła oczy na mówiącą, mimo że usiłowała udać obojętną. Nie myślała nigdy o tem, że garbus mógł się ożenić, i była nieco zdziwiona. Spostrzegła to pani Medlock, a jako niewiasta bardzo gadatliwa ciągnęła dalej z większym zapałem. Był to jedyny sposób skrócenia nudnej podróży.
— Ona — to było słodkie, śliczne stworzenie, a on byłby dla niej na kraniec świata poszedł po źdźbło trawy, gdyby tego zapragnęła. Nikt nie przypuszczał, że go zaślubi, a jednak zaślubiła. Ludzie mówili, że to zrobiła dla pieniędzy, ale to nieprawda, nieprawda! — dodała z przeświadczeniem. — Gdy umarła...
Mary mimowoli poruszyła się.
— Ach! Więc umarła! — wykrzyknęła, niewiele myśląc. Przypomniała sobie była bajkę francuską, którą niegdyś czytała «Riquet à la Houpe». Bajka mówiła o biednym garbusku i cudnej księżniczce, i naraz zrobiło jej się żal pana Archibalda Craven’a.
— Tak, umarła — powiedziała pani Medlock — i odtąd zdziwaczał jeszcze więcej. Nie dba już o nikogo. Ludzi widzieć wcale nie chce. Po największej części wyjeżdża, a gdy jest w Misselthwaite Manor, to zamyka się w skrzydle zachodniem domu i tylko Pitchera dopuszcza do siebie. Pitcher to już stary dziad, ale opiekował się nim niegdyś, gdy był dzieckiem jeszcze, i zna dobrze jego usposobienie.
Było to wszystko dziwne, jak w bajce, i Mary wcale wesoło nie usposobiło. Dom o stu pokojach, wszystkich prawie zamkniętych i zaryglowanych — dom na krańcu wrzosowiska, wszystko to było dziwnie niewesołe. I ten człowiek, garbaty, który się także zamykał na dziesięć spustów! Mary patrzyła oknem z zaciśniętemi wargami, i zdało jej się rzeczą całkiem naturalną, że w tej chwili deszcz począł siec ukośnemi strugami i bić o szyby wagonu. Gdyby żyła ta śliczna kobieta, byłaby rozweselała swoje otoczenie, tak jak jej mamusia, szczebiotem, ruchliwością, chodzeniem z jednej zabawy na drugą w cudnej, ozdobionej koronkami sukni. Ale i ta już nie żyła.
— Niech się panienka nie spodziewa ujrzeć pana, daję szyję, że go panienka nie zobaczy — rzekła pani Medlock. — I nie trzeba się spodziewać, że tam ktokolwiek będzie z panienką rozmawiał. Trzeba będzie samej się bawić i myśleć o sobie. Powiedzą panience, do których pokojów wolno jej wchodzić, a od których należy trzymać się zdaleka. Ogrodów tam poddostatkiem. Ale nie trzeba kręcić się po domu i nosa wszędzie wścibiać. Pan Craven nie życzy sobie tego.
— Wcale nie pragnę wścibiać wszędzie nosa — odparła nasza mała Mary; i jak nagle zrobiło jej się żal pana Archibalda, tak teraz nagle przestała go żałować, myślała natomiast, iż był taki niedobry, że zasłużył na to wszystko, co go spotkało.
I zwróciła twarzyczkę ku oknu, patrząc na strugi ściekającego po szybach deszczu, który padał nieprzerwanie, jakby nigdy ustać nie miał. Patrzyła tak długo i uparcie, dopóki wszystko nie zaczęło jej przed oczyma szarzeć, szarzeć, aż wreszcie znużona zasnęła.





  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Zamilkła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.