Tatry w dwudziestu czterech obrazach/Wiadomość o autorze

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maciej Bogusz Stęczyński
Tytuł Tatry w dwudziestu czterech obrazach
Podtytuł skreślone piórem i rylcem przez Bogusza Zygmunta Stęczyńskiego.
Wydawca Księgarnia i wydawnictwo dzieł katolickich, naukowych i rolniczych.
Data wyd. 1860
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WIADOMOŚĆ O AUTORZE
przez
PANA ANDRZEJA EDWARDA KOŹMIANA
(z „Czasu" krakowskiego).

Chill penury repressed the noble rage
And froze the genial current of the soul
Full many a gem of purest ray serene
The dark unfathomed caves of ocean bear,
Full many a flower is born to blush unseen,
And waste its sweetness in the desert air.

Thomas Gray a Country Churchyard.

I zimna nędza zapał szlachetny stłumiła,
Zmroziwszy potok płynący w ich duszy.
Jasnego blasku perła nie jedna ukryta
W ciemnych bezdennych głębiach oceanu ginie,
Nie jeden kwiat rozkoszy samotnie okwita,
Wonie swe wylewając wśród dziką pustynię.

W tych to czułych wiérszach Gray na cmętarzu wiejskim użalał się nad losem tych którzy wyższemi darami bożemi uposażeni, lecz utopieni w tłumie, bez środków rozwinięcia i wykształcenia swoich zdolności, bez możności wynurzenia się z głębi, krępowani nędzą, przechodzą po téj ziemi smutni, niepostrzeżeni, bez wsparcia i otuchy i jakby pospolici ludzie żadnego odgłosu, żadnego śladu po sobie nie zostawują. O zaprawdę! ludzi takich pielgrzymka ziemska musi być tylko ciągłą męczarnią. Musi być męczarnią czuć się obdarowanym szczególną łaską, a nie módz z niéj korzystać; czuć w sobie pewne usposobienie, zdolność, natchnienie, a widzieć się skazanym na zajęcia im przeciwne. Smutny jest ptak w klatce, lecz smutniejszy byłby jeszcze wśród wolności, gdyby był ze związanemi skrzydłami puszczony na ziemię. — Otóż tacy ludzie smutni, nieszczęśliwi, bo czują że mają skrzydła, a wznieść się nie mogą nad ziemię. — A że zwykle ci, którzy istotnie wyższe dary natury posiadają, łączą z niemi nieśmiałość skromności, więc się nie narzucają z niemi ludziom, i giną niepoznani jak perła w morzu, jak kwiat na pustyni. — Dla ludzi tego rodzaju w niższym urodzonych stanie, dla których i zupełne wykształcenie i zawód inny od tego, na który ich urodzenie skazało staje się niepodobnym, a przynajmniej trudnym, uczucie silne piękności, natchnienie poetyczne jest ze wszystkich darów przyrodzonych najzgubniejszem. — Poeta człowiek czucia, zapału i wyobraźni wśród zimnéj rzeczywistości tego świata, jakże trudno jest szczęśliwym, jakże łatwo nieszczęśliwym się staje, ten, który będąc poetą, ciągle pod przemocą téj rzeczywistości uginać się musi. Człowiek taki widzi się zawsze otoczonym ludźmi, którzy go nie rozumieją, nie pojmują, szydzą z niego. On mimowolnie kocha, zachwyca się, tęskni i marzy, chce się wznieść nad poziom, a żelazna konieczność przykuwa go do poziomu. — Sam tylko szczęśliwy przypadek jaki może go z tłumu wyrwać i dać go poznać światu, a na szczęśliwy przypadek jakże czekać długo! Jeżeli jeszcze człowiek taki urodził się w wieku jakim jest obecny, w wieku rachuby, cyfr, poniewierki ducha, w którym tylko to cenione i sam duch o tyle tylko ceniony o ile korzyść materyalną przynosi, o jakże on nieszczęśliwy! Dary przyrodzone, które go zdobią, stają się dla niego nie dobrodziejstwem lecz szkodą, odrywając go od obowiązków i zajęć jego stanu, któremu chleb powszedni dają, za temi darami przychodzi często niedostatek, nędza, zwątpienie, przyszłaby i rozpacz, gdyby święta wiara i pokora niepokrzepiały jego duszy.
O jednym z takich ludzi, chcę dziś kilka słów powiedzieć. Nazwisko jego jako autora dzieła, które przed kilkoma laty wyszło na widok publiczny, nie jest obce powszechności krajowéj, lecz się już zapewne w jéj pamięci zatarło. Chcę tu mówić o Boguszu Stęczyńskim autorze „Okolic Galicyi” które to dzieło w 4ce wraz z litografowanemi widokami, przez niego wykonanemi, ukazało się w r. 1847 u p. Kajet. Jabłońskiego księgarza we Lwowie.
Bogusz Zygmunt Stęczyński urodził się Hermanowicach, z Wojciecha i Agaty z Zawadzkich, w Przemyślskim cyrkule r 1814. Początkowe w Krośnie pod profesorami Królikowskim, Wołaszczakiem, Fedenowiczem, katechetami Wesołowskim i Serafinem odbywszy nauki, dla braku funduszów dalszego wykształcenia zaniechać musiał, tego wykształcenia jednak pragnął, poszukiwał, czując w sobie o najmłodszych lat przyrodzony pociąg do poezyi i sztuk pięknych. Rysunku uczył się najpiérw w Krośnie u malarza p. Marynowskiego, gdzie w ścisłéj przyjaźni spędzał wolne chwile z Janem Leńkiewiczem, równie młodym a szlachetnie myślącym, teraz kupcem w temże starożytném a historyczno-malowniczém mieście — nakoniec u malarza nadwornego XX. towarzystwa Jezusowego śp. Lud. Papużyńskiego. Następnie sam własną pracą i usilnością wyrabiał wrodzoną zdolność. Podobnie czynił niegdyś sławny Erazm z Roterdamu, najznakomitszy potem rysownik i poeta niemiecki. Obdarzony tkliwém czuciem, pojęciem tego co jest pięknem, rózkochany w naturze, doznawał potrzeby wyjawiania swoich wrażeń i myśli, i wylewał je w prozie i wiérszach. Nikt go jednak w sztuce pisania nie oświecił, nikt go radą nie wsparł, nikt nie wskazał jak pisać należy. Jeden tylko zamożny obywatel śp. pan Gwalbert Pawlikowski, widząc w Stęczyńskim piękne serce i zapał niepospolity, otworzywszy mu w Mędyce swoją świątynię sztuk pięknych, wspierał go materyalnie. — Chciwy nauki czytał wiele, zwłaszcza dzieła rzeczami ojczystemi zajmujące, a to co czytał zachowywał w pamięci.
Rozmiłowanie w naturze i tem wszystkiem co jest naszem rodzinnem, zachęciło go do odbycia pieszéj wędrówki po kraju; zwiedził całą Galicyę, a zachwycony wspaniałością, pięknością, wdziękiem obrazów jakie poznał, to nawyżynach Tatrów, to wśród dolin karpackich, to na żyznych brzegach Dniestru, powziął myśl odbicia ich dwojakiego i w piśmie i w rysunku ołówkiem. Ztąd powstało dość obszerne dzieło, o którem wspomnieliśmy. Marząc zapewne słynność, a może i korzyści materyalnéj spodziewając się, zebrał fundusz jedyny na jaki go stać było i zajął się wydaniem tego dzieła dość kosztownego, gdyż mieszczącego w sobie 80 kamieniorytów (litografii) wyobrażających celniejsze widoki Galicyi, do których opisy prozą przyłączył, a w nich zebrane wiadomości historyczne o każdém przedstawioném miejscu objął. Rysunki jego własną ręką na kamieniu wykonane, byłyby zupełnie piękne, gdyby litografia lwowska zdatnych miała drukarzy, którzyby tyle nadawając farby ile rysunek wymagał, nie przyczyniliby się byli do zmartwienia autora, który po wytłoczeniu drukarskiém, nie mogąc poznać się ze swoją podług zasad optyki i cieniów natury wykonaną pracą, dzieło to we 20 tomach wyjść mające, zaprzestać i stolicę kraju już to z owéj przyczyny, już z rady lekarzy dla słabości zdrowia opuścić musiał, do czego przyczyniła się także hałaśliwa gorączka kraju w roku następnym 1848 i odbyt na to dzieło wstrzymała. Nie tylko więc żadnéj korzyści z niego nie osięgnął, ale zaledwie część kosztów poniesionych mając wróconą, postradał całe mienie swoje! Niesyty dawniéj odbytych przechadzek i podróży pełnych trudów i nieprzyjemności po karczmach i chatach wiejskich dla noclegów i słoty, znowu odbywał dalsze piesze podróże, zwiedził powtórnie Karpaty galicyjskie i węgierskie, uważając obyczaje, charakter, wyobrażenia ludu, wśród którego przebywał, zbierając pieśni, podania, legendy. — Zaszedł potem i do gór szląskich, zawsze pisząc i rysując. Gdy przecięż ostatnie wyczerpały się zasoby, widział się przymuszonym przyjąć służbę prywatną. Jak sam twierdzi, aby się nie oderwać od natury: z nią żyć zawsze, przyjął obowiązki leśniczego u jednego z obywateli w cyrkule jasielskim.
Od czasu wydania okolic Galicyi, wygotował kilka prac prozą i wierszem, jako to: „Feronija z podróży po Spiżu, Węgrzech, Sławonii i t. d. czyli bluszcze B. Z. Stę.”; następnie: „Ziewonija czyli pieśni i dumania o dawnych zamkach, rozwalinach, klasztorach, świątyniach, kaplicach, pałacach, ogrodach, górach, lasach, skałach, źródłach, wodospadach, z dodatkiem o Doboszu, Janosiku, Podgórskim, Ketrarze i Waligórskim, wielkich bandytach polskich, pisane w podróżach po Galicyi od r. 1833 do 1856.
Najwięcej wartości mającym otworem, jest jego poemat „Tatry” w 24ch pieśniach. — Nie chcę ja bynajmniéj uwodzić publiczności przedstawiając naszego autora jako wielkiego poetę i znakomitego pisarza, lecz mniemam, że w każdém piśmie jego objawia się tkliwie rodzinne czucie, silna miłość natury, ujmująca prostota, a czasem uderzają cię takie błyski natchnienia, takie obrazy niektóre wdzięczne, inne wspaniałe, takie wyrażenia szczęśliwe, iż przyznać musisz, że ten wierszopis jest poetą i w duszy. — Istotną zaś wartość téj pracy stanowi to, że jest zbiorem tak wszystkich wiadomości historycznych, jak podań, legend tatrowych, opisów obyczajów ludu góralskiego i obrazów tamtejszéj natury. — Nikt bowiem w kraju niezna dokładniéj pasma karpackich gór od naszego autora! Jakby góralem się urodził, zna każdéj góry szczyt, każdą skałę, każdą przepaść, każdy potok, jest on jakby przybraném dziecięciem Karpat.
Aby usprawiedliwić powyższe twierdzenie o poetyckiém usposobieniu Stęczyńskiego, przytoczę kilka ustępów z jego poematu: np. Autor mówiąc o nagłéj wieści, która się wśród jednego z miast w górach rozeszła, o bliskim napadzie nieprzyjaciela, tak się wyraża:

Rozbiegła się wieść straszna od domu do domu,
Jak cicha błyskawica, poprzedniczka gromu. i t. d.

albo powitanie najwyższego szczytu tatrzańskiego:

Witaj z morza granitów wybiegła Łomnico! i t. d.

Pytam czyli w tych wierszach nie zdradza się silne wrażenie duszy poetycznéj. Temi obrazami i temi wiérszami najcelniejszy nie wzgardziłby poeta.

Albo zakończenie poematu, które jest pełne wdzięcznéj prostoty:

Rozstroiła się lira, więc śpiéwać przestaję i t. d.

Może zanadto przeciągnąłem mowę o naszym podróżo-śpiéwaku, lecz jakże niema obudzić zajęcia człowiek uposażony darami natury, z twardym łamiący się losem, który dziś nawet gdyby znalazł wsparcie i zdrową radę, mógł by się odznaczyć w piśmiennictwie krajowém. Człowiek który z wrodzonemi zdolnościami łączy bogobojność, skromność, a uczciwie i ciężko pracując, żadną nie odzywa się skargą na swą dolę.
Jeźli to zajęcie przelać potrafiłem choć w niektórych czytelników, jeźli do współczucia wznieconego kiedyś ze skutkiem będzie się mógł nasz Stęczyński odwołać, powinszuję sobie że wzmianką o nim umieszczoną, jak z jednéj strony przyłożyłem się do upowszechnienia wiadomości o nim, i może do ulżenia jego niedoli, tak z drugiéj podałem sposobność do spełnienia dobrego uczynku.

A. E. Koźmian.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maciej Stęczyński.