<<< Dane tekstu >>>
Autor Anna Zahorska
Tytuł Trucizny
Rozdział XXVI
Wydawca Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVI

Pani Poluta porządkowała szufladę w swojem biurku. W ręce jej wpadła fotografja Białeckiego, kiedyś jej ofiarowana.
Przeczytała napis na odwrotnej stronie.. Odwróciła fotografję i przypatrzyła się twarzy, która wydawała się kiedyś tak drogą. Nie odczuła nic, ani rwącego żalu, ani tęsknoty. Przeszła wiosna. Rozwiał się zapach bzów. Przebolała. Przesiliło się w niej uczucie, jak choroba wewnętrzna. Myślała:
— Piszą o niespożytej, niezłomnej miłości, która jest silniejsza nad śmierć. Tak, miłość może być silniejsza nad śmierć, ale nie nad życie. Życie ściera i zużywa ją, spiłowuje kanty, wreszcie zamienia ją w szary proch. Życie, to straszne koło zębate, które miele wszystkie uczucia. Na tragedję, na tęsknoty sypie popiół codziennych potrzeb i zdarzeń: Topi porywy ku niepowszedniemu pięknu, ku romantycznym przygodom duszy w drobnych obowiązkach i pracach. Jedna jest miłość niezniszczalna, której nie zużyje nacisk troski i trudu, która nie zmarnieje w znużeniu i bólu: miłość nadziemska.
Dziwiła się, że zapomniała Białeckiego. Ot, tam w zakącie duszy porosła darnią mogiła i łagodnie łka nad nią preludjum liryczne... Nic więcej. Zrosło się straszliwe rozdarcie wszystkich wiązań duszy. Ustał pociąg zmysłów, który nieświadomie pchał ją ku niemu. Przewalczyła. Przełamała. A więc można przewalczyć? Więc niema złamanych serc na całe życie? Historje sercowe zostały pogłębione, wsugestjonowane w ludzi przez literaturę. Życie czynne i wypełnione pracą nad sobą zawsze przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Tylko, trzeba chcieć. Tylko miłość ziemską trzeba umieć roztopić w niebieskiej, jak malutką — bryłkę soli w ogromnym oceanie. Nie zostanie z niej śladu.
Do pokoju wbiegła Ania. Pani Poluta prędko wsunęła fotografię pod papiery. Ania przytuliła się do matki.
— Obiecałaś mi, że wróci tatuś. Tatuś tak długo nie wraca, — powiedziała.
Pani Poluta uczuła ściśnięcie serca. Tak, nie zrobiła jeszcze tego wysiłku. Powstrzymywała ją obrażona duma kobieca. Ale czyż to ważne, gdy trzeba uratować — Sakrament?
Trzeba walczyć. Trzeba wytężyć wolę... Zapomnieć o krwawej obrazie, o ranie zadanej. Ratować człowieka chorego.
Przyszedł ksiądz Justyn, z wylaniem witany przez Anię. Pomówiono o pannie Zosi. Ksiądz wspomniał, że porucznik Czupur otrzymał Virtuti Militari i awansował. Uspokoił się, ale panny Zosi nie zapomina.
Ania z żalem poszła do drugiego pokoju odrabiać lekcje. Ksiądz Justyn przemógł się wtedy i poruszył kwestje drażliwe.
— Niejaka panna Antonina była u księżniczki Tarachońskiej...
— Biedna! Jakże jej zdrowie?
— Umiera pomału. Męczy się bardzo. Ale lekarz obiecuje, że może nagle nastąpić zupełnie lekka śmierć, zanim rak stoczy organizm. Serce stanie z wyczerpania.
— Daj Boże. Im jestem starsza, tem lepiej rozumiem, że śmierć śmierci nierówna. I modlitwa nasza o lekką śmierć, o wybawienie od nagłej i niespodziewanej śmierci ma głębokie znaczenie.
— Otóż panna Antonina była u księżniczki w dość dziwnej sprawie...
— A mianowicie?
— Księżniczka ponoś łożyła na jej kształcenie, myśląc, że przejdzie na katolicyzm i będzie działaczką kulturalną w swojej okolicy. Otóż teraz z tego tytułu panna Antonina prosiła o pomoc w urządzeniu życia.
— Jakże ona chce życie urządzić?
— Rozwiódłszy pana Wasilewicza, osiąść z nim razem na Zabołotnem. Pan Wasilewicz zdecydował się zmienić wiarę. Podobno szarpie się jeszcze, ale już pokonany.
— Cóż na to księżniczka?
— Księżniczka przesyła pożyczkę pani, nie jej. Trzeba zwrócić te pieniądze ludziom. Zobowiązuje panią przyjęcie jej do wystawienia polskiej szkoły lub katolickiej kaplicy w swojej okolicy. Potrzeba ująć Zabołotne w swoje ręce.
— To zależy od mego męża.
— Trzeba ująć męża w swoje ręce, — dodał ksiądz ciszej, — odbudować rodzinę...
Pani Poluta siedziała zamyślona. Nagle jasna myśl zaświtała na jej twarzy.
— Dawniej już myślałam o sanatorjum. Dowiadywałam się. Było za drogo, niemożliwie. Teraz trzeba zacząć od tego. Prawda, proszę księdza.
— Prawda, droga pani.
— I ma ksiądz już pieniądze przy sobie?
— Tak.
Pani Poluta wstała z energją.
— Chodźmy, proszę księdza. Wyleczyć go, wyleczyć... Potem wszystko przez dziecko samo się zrobi.
Włożyła kapelusz i naciągnęła gorączkowo płaszcz, gdy do przedpokoju wbiegła Ania.
— Mamusiu, dokąd wychodzisz?
Pani Poluta wzięła ją za rączki.
— Idziemy po twego tatusia — słyszysz.
Ania patrzyła szeroko otwartemi oczami.
— A jeżeli nie zechce? — zapytała z trwogą, — jeżeli nie zechce?
Pani Poluta schyliła głowę i powiedziała cicho:
— Módl się, by wrócił do nas...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Anna Zahorska.