Wśród lodów polarnych/XXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXVII.
Zakończenie.

Bezcelowem byłoby opisywanie tych cierpień jakie znieść jeszcze musieli ci ludzie. Sami oni nie potrafiliby opisać wypadków jakie zaszły w ciągu 8 dni po odkryciu resztek załogi „Forwarda“.
Resztkami energji wiedzeni, dotarli oni 9 września do przylądka Harsbourg, leżącego na krańcach północnego Devonu.
Od 48 godzin nie jedli już a ostatnia ich wieczerza składała się z kawałka mięsa psiego.
Czuli oni zbliżający się koniec. Siły opuściły ich zupełnie.
Znajdowali się wtedy na brzegu morza Baffińskiego, które w części było zamarznięte. Na trzy mile od wybrzeża morze było wolne od lodów.
Postanowiono czekać na przypadkowe zbliżenie się jakiego statku wielorybniczego, nie wiedząc jak długo trwać będzie to oczekiwanie.
Nie sądzono im było zginąć wśród lodów, bo oto dnia następnego Altamont spostrzegł na horyzoncie żagiel jakiegoś okrętu.
Co czuć mogli biedni podróżni w tych chwilach domyśli się każdy. Niepewność i trwoga że okręt nie spostrzegłszy ich, oddali się od wybrzeża sprawiała im straszne męczarnie.
Zachęcani przez doktora, dowlekli się do zachodniego krańca pola lodowego i widzieli stopniowe oddalanie zbawczego okrętu, który nie spostrzegł ich obecności.
Wówczas doktorowi wpadła do głowy myśl genialna.
Zauważywszy olbrzymią bryłę lodu, płynącą ku nim, zawołał:
— Siadajmy na tą bryłę lodu, która nadpływa, siadajmy!
Nadzieja wstąpiła we wszystkich.
— Ach panie Clawbonny! panie Clawbonny! wołał uradowany sternik, ściskając ręce doktora.
Amerykanin wraz z Bellem pobiegli do sań, wyrwali z nich jakiś słupek, ustawili na bryle jak maszt i przymocowali sznurami, z płótna namiotu zrobili coś na podobieństwo żagla. Szczęściem wiatr był pomyślny.
Po kilku godzinach nadludzkich wysiłków, ta reszta załogi „Forwarda“ przyjęta została na pokład duńskiego statku wielorybniczego „Hans Christjan“ płynącego z powrotem do cieśniny Davisa.
Kapitan tego statku, ujrzawszy te podobne do widm ludzkich istoty, od razu domyślił się ich historji. Zaopiekował się nimi serdecznie, dzięki czemu wkrótce przyszli do siebie.
Po dziesięciodniowej podróży, Clawbonny, Altamont, Johnson, Bell, wraz z nieszczęsnym Hatterasem wylądowali w Korsoer, na Zelandji, w Danii; skąd parowiec przewiózł ich do Kielu, a stamtąd przez Altonę i Hamburg odpłynęli do Londynu, gdzie stanęli 13 tegoż miesiąca.

∗                ∗

Po przyjeździe do Londynu, doktór udał się bezwłocznie do Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i prosił, aby mu wyznaczono termin na złożenie sprawozdania z odbytej wyprawy, na co się zgodzono i wyznaczono w tym celu specjalne posiedzenie.
Podziw i zapał opanował uczonych po odczytaniu dokumentu Hatterasa.
Jedyna ta w swoim rodzaju podróż, obejmowała wszystko, co dotąd w krajach podbiegunowych odkrytem zostało.
Łączyła ona wyprawy Parry’ego, Rossa, Franklina i Mac-Clure’a i uzupełniła mapę krajów północnych, a wreszcie, co najważniejsze, doprowadziła do niedostępnego dotąd punktu, do bieguna północnego.
Nigdy jeszcze nie przebiegła przez Anglię taka zdumiewająca nowina!
Z szybkością błyskawicy rozpowszechniły druty telegraficzne to wielkie odkrycie; wszystkie dzienniki wypisały na czele swych szpalt nazwisko Hatterasa, jako męczennika.
Dla doktora i jego towarzyszy wyprawiono ucztę publiczną, byli też na uroczystej audjencji przedstawieni przez lorda kanclerza królowej Anglii.
Rząd zatwierdził nadane przez naszych podróżnych nazwy: Wyspa Królowej, Góra Hatterasa i Przystań Altamonta.
Altamont nie odłączał się już od swych towarzyszy niedoli i sławy, którzy stali się jego przyjaciółmi; towarzyszył on też doktorowi, Bellowi i Johnsonowi do Liwerpoolu, gdzie ich z nadzwyczajnym przyjęto zapałem.
Doktór Clawbonny całą jednak sławę przypisywał temu, komu ona się słusznie należała.
W opisie swej podróży „Anglicy i biegun północny“, który następnego roku został wydany przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne, stawia Hatterasa w rzędzie największych podróżników, którzy poświęcili swe życie dla postępu wiedzy.
A tymczasem ta smutna ofiara szlachetnej namiętności żyła spokojnie w szpitalu Sten-Cottage, pobliżu Liwerpoolu, gdzie go umieścił przyjaciel jego doktór. Obłęd jego był łagodny, Hatteras nic nie mówił, zdawało się, że jednocześnie z rozumem utracił też i mowę.
Ze światem wiązało go tylko jedno jeszcze uczucie, mianowicie przywiązanie do Duka, który mu pozostał wiernym towarzyszem.
Choroba miała spokojny przebieg, bez objawów szczególnych. Pewnego jednak razu doktór Clawbonny, odwiedzający bardzo często chorego, uderzony został jego zachowaniem się.
Od pewnego czasu kapitan Hatteras w towarzystwie swego wiernego psa odbywał przechadzki po jednej i tej samej alei, cofał się zawsze napowrót tyłem, a gdy go kto chciał zatrzymać, wskazywał palcem na pewien punkt na niebie.
Gdy go zaś chciano obrócić, gniewał się, a Duk, który podzielał jego uczucia, szczekał zawzięcie.
Doktór uważnie obserwował tę manię i odgadł powód tego osobliwego oporu; zrozumiał dlaczego ta przechadzka odbywała się stale w jednym kierunku, jakby pod wpływem siły magnetycznej.
Kapitan Hatteras poruszał się bezustannie w kierunku północnym.





KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.