W Roztokach/Tom I/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

Franek, wypadłszy z izby, przehybnął wartko próg, a złość nim trzęsła, gdy szedł po osiedlu ku drodze.
— To są ludzie, to są urzędnicy społeczni! Niech ich wszyscy dyabli... — myślał po cichu.
Dopiero za okołem przystanął i zbaczył sobie, że właściwie, to miał się jeno z Hanką widzieć, a zobaczył się z całą radą przysłopską. Myślał więc, czyby nie wrócić do izby, może ona w piekarni... Ale się wnet przekonał, że lepiej nie. Bo znowu mógłby wpaść i do świetlicy, i kto wie, coby jeszcze mogło z tego wypaść. Złość nie pyta, nie waży, ba na oślep idzie. A czuł ją w sobie aż zanadto. Gardłem się przelewa. Lepiej nie.
— Zobaczę ją niezadługo. Pojutrze święto...
Poprawił kapelusz na głowie i ruszył na dół kamienistą drogą, wzdłuż której równolegle leciał płot wójtowego sadu. Ale już Franek i nie spojrzał weń ze złości na Suhaja.
— To jest naczelnik! — myślał. — Biednyś ty narodzie!... Głupiś ty narodzie, — poprawił — że takim ludziom dajesz władzę.
Dziś pierwszy raz naocznie przekonał się i postrzegł, że w najlepszą radę wiatr gwizda, a ludzie czynią zawdy, jak im lepiej. Choćbyś im serce położył na stole, to nie uwierzą, ale gotowi twierdzić, że to wątroba... nie inaczej! Zbaczył sobie w tej chwili, że w chałupie u matki mieli raz owcę, która wodziła insze po ugorach, a zawdy jeno ciągła na czyjąś szkodę. Ale że wełnę miała długą i mleko dość gęste, to żal ją było sprzedać. Niech się pasie. I pasała się krzywdą ludzką, aże raz wzięła i zdechła bez żadnej przyczyny. Czy się jej urok dostał? — dumali... Ale już późno było odczyniać. Z ciekawości bolesnej rozpruli jej wnętrze i znaleźli w niem serce oblane łojem doznaku...
Skąd mu to wszystko stanęło teraz przed oczyma?
— Może i ludzie miewają serca oblane łojem... — pomyślał. — Bo choroby nie uznać, a przecie...
Zadumał się tak, idąc koło krzaseł, że nie wiedział, ile już razy schylił się po kapelusz, który mu strącały, co chwila, rozłożyste konary jabłoni. Aż obudził go cienki i serdeczny śmiech tuż koło niego w sadzie.
— Franek!... Cha! cha! cha!... komu sie ty tak nizko kłaniasz?
Stanął i spojrzał ponad krzasła i rozśmiał się razem.
— To ty Hanuś?
— Juści ja! Patrzę i patrzę na ciebie, a śmiech mnie porywa. Co dwa kroki, to już: pac!... kapelusz na ziemi. Strasznie cię te konary nie rade widzą.
— Nic se z tego nie robię, kie mnie ty rada widzisz...
— Kto ci to powiedział?
— Hańte ocki śmiejące...
— Nie wierz im, nie wierz! bo one cyganią...
Śmiała się cienko i dziecinnie prawie, a tak szczególnie, że Rakoczemu grał ten śmiech w nim samym, a serce poczynało tańczyć na weselu duszy, prawie bezwiednie. Dziwne, że to on, co śmiechu nie znosił, tak się wlubił w te drgania jakichś dziwnych tonów; tak mu się rozpływały nerwami po ciele, jak te nitki palące, z płomyków samych wyprzędzione.
Stała naprzeciw niego, tuż przy krzaśle, splecionym z tylin. Ręce obie wyciągnęła nad głowę i zaplotła je palcami na cienkim konarze. Chustka jej z głowy spadła na ziemię — niech leży... Warkocze się rozplątały, lniane i długie.
Przewieszała się na wszystkie strony, zgrabnie i zwinnie, jak łaska na słońcu, umiejąc w sekundzie jednej tak ułożyć twarz i oczy i barwne spódnice, że patrzącemu zdawała się tęczą, mieniącą się bez przerwy, a zawsze wabną i ciekawą.
Rakoczy ramiona oba sparł na końcach tylin i, przychylony, zdawał się więcej barczystym, niż był. Kapelusz mały zsunął na zagłowie, i strączki włosów czarnych spadły mu na czoło. Białe, słoneczne kółka latały po twarzy, wygolonej czysto i jak z bronzu wykutej. W oczach siadały iskry, kiedy mówił — gasły zaś, gdy się zadumywał.
Słuchał i patrzał w nią, rad, że ją widzi przed sobą w pogodzie, w słonku, w śmiechu. Chwilami zdało mu się, że świat, w którym on stoi, to cień, to wieczny cień, a z tego świata jak z groty zamkniętej, wyziera on przez otwór i widzi w promieniach słonka ją, tę pliszkę małą... I raduje się serce jego tym widokiem, ale mu jakiś ciągły żal, że te dwa światy takie blizkie, a takie dalekie...
Tak mu się to chwilami zdało, choć ich płot jeno dzielił, nic więcej. Stał, pochylony, i patrzał w nią, a śmiech jej dzwonił po jabłoni.
— Nie patrz, bo cię urzeknę!
— Tyś mnie już urzekła... Teraz odczyń!
Nowe dzwonki śmiechu.
— Ja nie umiem odczyniać — żaliła się — Nikt mnie nie nauczył. Ale powiedz starej Jadze, może co pomoże...
— Hanuś! Hanuś!
— Franuś! Franuś! — przedrzeźniała dziecinnie.
Śmiali się, jak psotniki dwa pośród jabłoni.
— Co ja mam z tobą biedy! — szepnął.
— Przedaj! Kto inszy nie będzie narzekał...
— Za nic w świecie!
— Ha! To musisz cierpieć...
I pochyliła głowę z taką rezygnacyą świętą, jak małe jagnię, któremu brata wzięli na ofiarę, a ono widzi i pomódz nie może. Uściskałby ją za to...
— Przybliż sie — poszepnął — a jak nie, to ja te krzasła zwalę i przeskoczę...
— Aha! Do cudzego sadu... wolno ci? Jaki prędki!
Zastanowił się i posmutniał odrazu.
— Dyć to prawda, że sad twojego ojca... — szepnął.
— I mój i mój! — kołysała się na gałęzi. — Kanyś ty był, Franek? — spytała.
— Byłech u was...
— Co oni tam radzą? Powiedz mi... Bo sie tylu gazdów naszło, jak na jaki odpust.
— Do wójta.
— Czy ci ociec pedzieli co, żeś taki? No gadaj-że, nie patrz tak... Przecie ja ci nic nie winowata. Nie powiesz? — zbliżyła się i spojrzała mu w oczy.
— Co ci z tego, choćbych i powiedział?
— Nic, ale ja muszę wiedzieć. Może ci o mnie co nagadali? Nie wierz im, bo oni zawdy cyganią. Ludzie myślą, że jak wójt, to już musi prawdę gadać. A ja przecie lepiej wiem...
— Nie o to poszło.
— Ino o co?
Franek się zastanowił... Jakby to powiedzieć? Doprawdy, że sam teraz nie wie już, o co im poszło. Zajadłość była, to i powód musiał być, ale jaki?
Wybory... To był niby powód oczywisty, ale po za wyborami setki rozmaitych przyczyn. Zadumał się — i znów mu się przezdało, że widzi dwa światy, ale insze... Na jednym stoi on, a ten świat: same debrze, potoki, urwiska, przez które musi iść ku halom, widnym oku poza widnokręgiem... Na drugim cała rada: gromady ludzi potracone, idą pasęcy się, jak owce siwe po ugorach, i kręcą się kołem, wciąż powracając na to samo miejsce, skąd wyszły; a czasem drzemią, usiadłszy na tłoku, jak te jałowce, gdy je mgła obsiędzie i sendzieliną oprószy.
To mu się zdało, jakby we śnie, kiedy otwartym okiem patrzał na nią, wyczekującą niecierpliwie.
— I nie powiesz do końca? — spytała.
— Zaraz, zaraz...
— Cóż ty tam widzisz? co tak patrzysz...
— Widzę te przyczyny, dziecko, o jakich trudno pedzieć.
— Matko Boska! Jakiś ty czasem dziwny... Ja cię sie pytam, o co wam z ojcem poszło?
— O to, — zawołał gniewnie — że ociec twój chciałby wszystkim nakładać swoją wolę...
— A ty swoją. No, trafiła kosa...
— Tu nie ino o mnie idzie... Zrozum-że, Hanuś!
— O, ja se ta sama z nimi dam radę... Nie bój sie!
— Ale tu idzie o całą wieś...
— A ciebie co wieś obchodzi? Widzicie wy! Przecieś ty nie wójt...
Franek wyprostował się, chciał coś powiedzieć prędko, ale się pokonał. Szepnął tylko, patrząc w nią z wyrzutem:
— To samo powiedział mi twój ociec...
Widziała, że mu sprawiła przykrość. Ale czem? Napróżno łamała sobie nad tem głowę. Nieraz, bywało, rozgniewa się w sekundzie o jedno słowo, nie wiedzieć skąd i za co... Już taką chyba musi mieć naturę.
— Bo ja nie rozumiem ciebie, mój Franuś...
— Dajmy pokój. Potem ci to wszystko wyłożę. A teraz i czasu nie mam i...
— Ty la mnie nigdy nie masz czasu!
— Hanuś! — począł serdecznie. — Wiesz przecie, co ja la ciebie...
— Nic nie wiem, nic! — zatykała dłońmi uszy z pustotą dziecka.
Jak się to na takie gniewać? Patrzał w nią, a serce mu tajało i opływało morzem pragnień gorących, rozchodząc się po całem ciele promienisto.
— Moje! — pomyślał prawie. Dosłyszała.
— Nie twoje! — odrzekła przekornie.
— No to czyje?
— A swoje!
Cofnęła się szybko ku jabłoni, gdy on rękę po nią wyciągał.
— Nie dostaniesz! Cha! cha! cha! Nie dostaniesz...
— Muszę!
— Franek! — śmiała się głośno. — Nie rozwalaj płotu...
Zatrwożył się i spojrzał, jakby rzeczywiście płotowi działa się krzywda, co ją ucieszyło niezmiernie. I on rozśmiał się z tego, że jej taką uciechę wielką sprawił, choć niechcący. Ale wnet spoważniał i głowę oparł na dłoni, łokieć położył na krzasłach, dumając nad czemś długą chwilę. To ją drażniło. Lubiała gwar, a cmentarz omijała z daleka.
— Co tak dumasz? — spytała. — Abo mów co przecie, abo jak...
— Myślę, — odrzekł — że nie wiem, jako to bedzie z nami...
— Jako ma być?
— Bo ociec twój nie rad mnie widuje.
— Wiem ci ja o tym już oddawna... A ty go jeszcze napalasz do reszty.
— Co poradzę? Kie taka już natura we mnie. Ile razy przyjdzie jaka sprawa, to ja siebie nie widzę, nie dbam na nic...
— A potem żałujesz?
— Nie żałuję, bo niech będzie, co chce — ja sprawiedliwości nie opuszczę, aże do śmierci.
— To sie ze sprawiedliwością ożeń, a mnie dej spokój!
— Chciałabyś mnie ty, jakbych sie z nią rozwiódł? No, powiedz sama...
— E! Co ja ci mam gadać? Ty sam najlepiej wiesz, jak masz z ojcem postępować, coby cię przyjęli. Oni przecie nie są tacy, jak sie wydają. Ino im trza podchlebić...
— Podchlebiać nie umiem.
— To sie naucz! Myślisz, że ci sie to nie przyda, choćby i na potem?
— No, nie żartuj, lepiej mi powiedz, czy nie gadał co kiedy ociec na mnie...
— Ho, i nieraz jeszcze! Kogo nie radzi widzą, to wciąż bedą o nim gadać. Nie po imieniu wprost, ale tak, że każdy wie dobrze, o kim myślą. I te proroctwa Saby bedą stosować do niego i wszystko złe na świecie... Taka ich natura.
— Żeby ja to ojca mógł przekonać...
— Nie potrafisz. To darmo. Co ja sie im już naopowiadam! A uwierzą mi? Oni ta mają swój rozum, nie pytaj sie. Wiesz, coby ich przekonało? — dodała po chwili. — To, żebyś miał gruntu dużo, abo jakie pieniądze wielkie...
— Ba! Ja wiem o tym... Ale skąd-że wezmę?
Pozierała na niego, czy nie powie co więcej, a gdy milczał, spytała prawie obojętnie:
— A jakże z tą połówką? Obiecali ci pono spłat... Dużo to bedzie?
— E, co tam gadać! — machnął ręką. — Ze szwagrem nie poradzi, bo to człek ściśliwy. On by za groszem i do piekła szedł...
— Taki skąpy?
— Lepiej nie mówmy o tem. Wiesz co, Hanuś...
— Jak to? — przerwała. — On cię odsunął z twojej ojcowizny, i będziesz mu darował? Przecie to grzech o pomstę...
— Aleć on mi da...
— Kto wie, kiedy! Oddalał cię bedzie z roku na rok, a potem... Ty ino o drugich ludziach myślisz, a o mnie to nic!
— Hanuś! O coż ty płaczesz? Przecie ja ci... Hanuś! Nie płacz-że, bo mi sie serce kraje... Czegoż ty chcesz, moje dziecko? Powiedz... no czego?
— To mnie... to ja mam za ciebie ciągłe swary w chałupie od ojca... Ty za mnie, to nic! Trafiają mi sie różni ludzie, sam ociec upatrują coraz to kogo inszego, a ja nie, i nie... i dokądże mam tak czekać? Jak ty sam nie stoisz o to...
— Hanuś! Bo doprawdy... Przecie ja ino o tobie zawdy myślę.
— I co mi z tego myślenia?
— A o cóż ci zachodzi? Powiedz...
— Ty wiesz, jak ludzie robią...
— No, nie płacz-że już, nie płacz — zawołał z żalem. — Bedę robił, jak ludzie, kiedy ty tak chcesz... Niech sie już odtąd wszystko do ciebie stosuje! Wezmę sie do podziału...
— Nie... niech ci dadzą wypłat — szepnęła przez łzy.
— Dobrze, niech bedzie i wypłat. Ale ja myślał o czem inszem, i powiem ci szczerze, żebych cię rad bez gruntu widzieć...
— Golusieńką?
— Tak, bo radbych cię ustroić swoją własną pracą.
— A na ten grunt ociecby sie żenili, czy jak? Bo nie rozumiem...
— A niechby zrobili, co zechcą! Mogliby i cyganowi dać. Ja o to nie stoję. Póki mam zdrowe ręce i głowę na karku...
— Łatwo to gadać, ale...
— I żyć nie trudno, jak sie ma wiarę i miłość przed sobą. Nadzieja sama przyjdzie — uśmiechnął się przytem. — No, czy nie? Powiedz, że tak, choćbyś nie wierzyła. Ufaj mi, że, co robię, to robię dla ciebie i dla sprawiedliwości ludzkiej, bo tak trzeba.
— A zajmiesz sie tem, o czem gadam?
— Zajmę.
— Zaraz jak przyjdziesz do chałupy? co? — przysunęła się ku niemu.
— Nie wiem, bo, widzisz, wybory nadchodzą...
— A cóż ty masz przy wyborach do czynienia? Przecie tam są insi...
— Tak, ale po tej stronie nikogo niema, a po tamtej stoi Suhaj... te... chciałem rzec, twój ociec z radnymi.
— I znowu będziesz wojował z nimi i większą jeszcze złość na siebie ściągniesz... Ja nie chcę! Po co ci te strony jakieś wynajdować? Przecie radni są od tego, to niech wybierają. Ty sie nie mięszaj.
— Kiedy muszę.
— Kto cię do tego zmusza?
— Jest, widzisz, taki pan mus, co mi zawdy szepce...
— Opowiadaj se dzieciom takie bajtki!
— Nie gniewaj sie... o, jaka Hanusia brzydka, pomarszczona!
— Ty! — zawołała w półśmiechu i złości. — Ja ci powiadam, żebyś mnie słuchał! Bo jak sie zgniewam...
— To co?
— Ino nie bądź taki pewny swego...
Niepokój cichy przemknął mu przed oczyma, i na twarz od niego padł cień.
— Dyć to prawda — poszepnął — że kochanie wasze, jak ten puch. Wiater wieje, coraz indziej niesie...
— To nie ulatuj za nim, jak cię nogi bolą... ty marudny człowieku! Filozofie!... O, znowu patrzy daleko przed siebie... Co ty tam ciekawego widujesz? powiedz mi...
— Co...
Patrzał na nią i prostował się, jak smrek wiatrem przygięty, kiedy się odgina.
— Słuchaj, Hanuś... ja ci to wszystko wytłómaczę i opowiem przy czasie.
— To już idziesz? — spytała.
— Do wieczora i dłużej stałbych tu przy tobie, jakbych sie nie przymusił odejść. Tak mi nogi powoli wrastają w ziemię...
— Ej, urósłby też smrek, jakby sie przyjął... Ha!...
— Ty musiałabyś jedliczką stać koło mnie blizko, bo inaczej nie ustałbych długo w jednem miejscu...
— O zaś! A jakby mnie kto okaliczył... bo+lałoby ciebie?
— Ja by cię tknąć nie dał! Pogruchotałbych takiego na miazgę...
— O ratunecku! Nie bądź-że też smrekiem, nie bądź, i ja niech jedlicą nie bedę.
Śmiali się i marzyli o sobie przecuda. Franek zabaczył o swojem odejściu i długą jeszcze chwilę czernił się przy płocie. Z jabłoni poznikały już słoneczne białe kółka, po liściach latające. Cień od okołu padł i zakrył słońcu gęstą zieleń drzew i trawnik sadu.
— Oj, trza mi iść... — pomyślał wreszcie Franek i westchnął ciężko nie lekko.
— Jeszcze chwilkę... chwilusię! — prosiła Hanka.
— Co mi dasz, jak ostanę?
— Dam ci jabłek i... czego się śmiejesz?
— Śmieszno mi, że wy nas tak jabłkami raczycie. To musiało już z matki na córkę przechodzić od praprababki Ewy. No, ostań z Bogiem, a nie kuś ludzi nadaremno.
— Franek! Mam ci jeszcze coś powiedzieć...
— No?
Parsknęła śmiechem, gdy się wrócił, i huśtała się przed nim zalotnie, wieszając ręce po konarach za płotem.
— Żebych ja to mógł dojść! — pomyślał. — Chodźno haw, Hanuś...
— Po co?
— Powiem ci cosi...
— Już ja wolę nie wiedzieć — rozśmiała się. — Jakiś ty mądry!
Zbliżyła się po chwili, ale ostrożnie, i zaciskając ząbki, śledziła ręce jego, żeby w sam czas odskoczyć. Nie udało się. Chwycił ją niepostrzeżenie za ramię.
— Franek! Bo będę krzyczeć — zawołała. — Ludzie sie zlecą...
— I opowiedzą po wsi, że całować nie umiesz po cichu, na co ci tego?
— Franek! — prosiła, udając płacz. — Puść, bo mi rękę złamiesz...
Przeląkł się naprawdę i puścił. Odskoczyła z wybuchem głośnego śmiechu, ale i żalem w sercu, że jej tak łatwo uwierzył.
— Nie, to nie! — zawołał, odchodząc. — Rada byś ty widzieć mnie tu wnetki. A na despet nie przyjdę.
— Franek! — leciała obok poza płotem.
— Już mnie nie zwiedziesz — szepnął, ale się zatrzymał.
— No naści-że, — wychyliła się ponad krzasła — pocałuj, ale tak po swojemu!
Zaszeleściły liście na jabłoni i długo jeszcze chwiały się nad ich głowami, aż wreszcie ucichły.
— Mój!
— Moja!
Ciche szepty i oddechy drżące.
Chwila dogania chwilę, omija i ginie. Cień rośnie, wydłuża się i rozszerza coraz dalej.
Niezadługo Hanka zeskoczyła na trawnik i biegła pośród jabłoni, szeleszcząc spódnicami po liściach wysokich. Co chwila odwracała twarz ku stojącemu, obiecując niebo całe w uśmiechach słodkich.
Już dawno znikła za węgłami przytykającej do sadu stodoły, a Franek jeszcze stał i patrzał za nią.
— Kogóż ty tak wypatrujesz? — ozwało się z blizka.
Zaskoczony tak znienacka, odwrócił się wartko i obaczył przed sobą Gnieckiego, który suwał kerpcami po przeciwległej stronie drogi, wspierając się na kośturze z przyzwyczajenia raczej, niż z potrzeby.
— Ja myślał, żeś ty już w chałupie — dodał drwiąco.
— A wy już od wójta? — spytał, pomijając drwiny.
Chciał się dowiedzieć, jak się ta rada skończyła. Zbliżył się więc ku niemu i począł iść obok, wyciągając słowa od starego. Ten też nie dał się długo prosić, bo był człek gwarliwy; a żal choć miał do Franka, to nie taki wielki, żeby aż gwarę cofał przed jego obliczem.
— Wójt ma czas — prawił — to niech siedzi. A na mnie roboty czekają ze wszystkich stron. Bo jak sam nie dopilnujesz, choćbyś miał i czeladnika, to już djabli po tem...
— To-ście nie doczekali końca?
— Ba, kto wie, kiedy koniec bedzie. Gada sie, gada... a tu czas leci, nie stoi, ani sie nie pyta. Każda rada ma dwa końce. Sam dobrze wiesz o tem. Jak sie ją przetnie, to może mieć i więcej. Telo wypowiesz dwoma słowami, cobyś też i cały dzień gadał. Ino trzeba umieć takie słowa, mieć dar od Boga... bo inaczej, to sie człek na wstyd i na hańbę narazi bez potrzeby.
Franek odczuł przymówkę, odrzekł też natychmiast:
— Każde słowo, moiściewy, jest, jak złoto czyste, jeśli pochodzi ze szczerego serca i z dobrej woli. Ale to najczęściej ludzie mętne mają pojęcie i pochlebstwa biorą za prawdę, a śmiałą szczerość za obrazę. Czy nie tak? powiedzcie.
— Bywa i tak, czemu nie? Ale też trza mieć i wymiarkowanie, do kogo sie prawi, bo i człek człekowi nie równy, a każdy przecie radby mieć swój honor, choć jaki taki. Najgorszy dziad, a honor swój w torbie nosi... cóż dopiero pedzieć o rodowych!
— Kogóżeście ta ustanowili? — spytał Rakoczy.
— Nikogo jeszcze, bo ja poszedł, ale mi sie widzi, że najprędzy Szymka wyprawią razem z wójtem, bo to krewniaki blizkie, to sie zgodzą.
— A wy sami, kogo-byście chcieli?
— Abo ja wiem... Niech idzie, kto chce. Ja sie ta nie dopraszam.
— Ba, ale to nie można tak lekceważyć swoich własnych praw, bo któż je bedzie szanował, jak nie wy? Przecie tu o waszą biedę idzie, zrozumcież. Taki poseł ma być obrońcą w sejmie waszych spraw, rzecznikiem waszych żądań i potrzeb piekących.
— Dyć prawił o tem i Suhaj.
— Nawet ustawy ma prawo układać razem z innymi. To, wicie, trzeba ludzi śmiałych i uczciwych, coby sie nie dali przeciągnąć na drugą stronę, nie wybierali dygnitarzy, ale swoich ludzi, sercem i duszą przywiązanych do tej ziemi nieszczęsnej, do tych chałup. Bo inaczej, powiedzcie, po co nam te prawa? Jak my nie mamy z nich korzystać, ino ci, co swoich mają już za wiele?
— No dyć prawda, rzetelna prawda — szepnął Gniecki i zastanowił się chwilę. — Ale poradzisz to z ludźmi? Jak i wójt... No dyć człowiek, zdaje się, oparty. A przecie ja nie dałbych ani złamanego dyszla za jego rzetelność. Bo nie dziwota! Człek se różnie myśli i nieraz daje sie powodować ku złej stronie z miętkości serca swego i z obawy. Ale najlepiej, żebyś słuchał, co ci tam szepce wewnątrz bezustanku, bo to jest jeden doradca prawdziwy...
— I nieomylny! — dodał Franek.
— No, to my sie zeszli — rozśmiał się Gniecki, stając. — A teraz musimy sie rozejść, bo ja haw idę, ku chałupie. Nie wiem, jak oni ta co robią. Jak nie widzą gazdy nad karkiem, to robota śpi. Tak bywa... No, ostań z Bogiem, Franuś. A niech ci nie będzie za przykro, żech sie osobą swoją przyczynił do zniewagi, jaka cie spotkała. Lepiej im ta na oczy nie właź...
Podali sobie dłonie i rozeszli się w przyjaźni ludzkiej. Rakoczy poszedł prostą drogą, a Gniecki skręcił ścieżyną ku osiedlom, na lewo.
— Mądry jest, bo jest — myślał o Franku idęcy. — Ale zastanowienia jeszcze ni ma. Ho, i nie wnet bedzie je miał, aż mu sie sadła dobrze za skórę naleje. Takim tak bywa... Z początku chyci ostro, jak ten źróbek zaprzągnięty w jarzmo, wysila sie i ciągnie, aż mu oczy krwią zachodzą, a potem puści raptem i da folgę przeciągniętym żyłom. Wtedy dopiero widzi, że on głupstwo ludzkie wiózł, nic więcej. A ono takie ciężkie... ho! niejeden już siły stargał, próbując je ruszyć.
Rakoczy zaś, idąc drogą, naodwrót myślał o nim.
— To jest chłop sprawiedliwy i niegłupi, jak widać, ino ci go bałamucą, a on też, gwoli spokojności, woli im wierzyć.
Myśląc kolejno o nich wszystkich, poznał, że właściwie, to do żadnego z nich nie czuje osobistej niechęci, nawet paru dość lubi, jako i Gnieckiego. A wszystkich, razem wziąwszy, prawie nienawidzi, tacy mu się wydają wstrętni w tej gromadzie zapleśniałej i szorstkiej. Czemu to tak? Zastanowił się... Przecie to ci sami ludzie. Musi być tej niechęci jakiś dalszy powód... I przyszedł na to, porównując, że podobnym jest stosunek jego do ludzi, których broni. Jeno stosunek odwrotny. On ich, tych biednych, razem wziąwszy, ogromnie kocha, serce by im wyjął z piersi i uraczył własną krwią, a przecie... Każdy osobiście z tych chałupników nędznych, każdy z tych komorników lamentujących głośno jest mu, co najmniej, obojętnym. Bo to są ludzie głupi, o swoim żołądku nieustannie myślący, łakomi i zazdrośni, mało co różniący się od zwierząt innego rodzaju.
Aż przystanął na drodze, tak mu się to wszystko dziwnem i niejasnem wydało. Jakto? Więc nie ma tej miłości, jaką się przechwalał? Może to ino złuda i przekorna upartość serca, a nic więcej?... Zastanawiał się nad tem długo, aż wreszcie rozumem swoim pojął jedno: Że nie miłuje ludzi, ale ich biedę jakąś smętną, załzawioną, włóczącą się po ugorach na wietrze. Powtóre, że nie czuje nienawiści do nikogo na świecie, ale całą duszą walczyłby z niesprawiedliwością, kędy się jeno gnieździ — w sercach ludzkich, czy na obłokach.
Tu się odnalazł w sobie, jakim był, i uwierzył w to skwapliwie, odkładając przemyślenie na inszy, sposobniejszy czas. Uciecha z wynalazku napełniła serce jego pewnością większą, uspokoiła złe siły, buntujące się przeciw wojującej duszy... Tak musi być! — pomyślał. I uczuł się zespolonym z armią wielką, której nie zna, ani znał nie będzie. A choć tu jest sam jeden — tam muszą być insi... Gdzie są, to nie umiałby słowami określić. Tam — daleko — na świecie — na szerokim świecie... Czuł ich tam poza sobą — i siły mu rosły. Duma, siostrzyca jego zmarła, dotknęła dłonią czoła jego; aże się wstrząsnął. Jakieś przypomnienie dalekie wychyliło się, jak cień spoza grobu, i znikło... Co to mogło być?... Szedł, jak w sennej gorączce. Nie wiedział prawie, dokąd idzie. A mrok już za nim postępował. Kto wie, jak długo tak szedł.
— Napadnie czasem człowieka — pomyślał — pojmie duszę i tak wodzi, jak pijanego we mgle...
Żal mu się zrobiło tego dnia i czasu, gdy odwrócił się i obaczył mrok za sobą idący, ale wnet poznał, że się myli, żałując tych chwil, oderwanych ustawicznej pracy; a poznał nawet i to jeszcze, że większą wagę mają te chwile dla jego duszy, niż ciągła szarość zajęć rolnych, że po nich serce bije szybciej, myśl swobodniej lata.
— Tak rzadko człowiek daje folgę myśleniu, tak wiecznie w tym tartaku życia się obraca, że gotów do krzty zabaczyć o swojej duszy. A ona przecie też ma swoje prawo i dopomina się o nie głośno, potem cicho już i coraz ciszej... Jak ucichnie doznaku — wtedy człek się stracił. Nie odnajdzie się i w tem i w następnem życiu. Amen wieczne i koniec.
Przechodził potem myślą sprawy dzienne, chcąc je utrwalić w sercu, bo czuł, że odtąd już, jak potok, wartko popłynie jego życie.
Widział ich znowu zgromadzonych, siebie jednego między nimi, a za sobą wielką procesję sprawiedliwych cieni.
— Nie ustąpię i na krok! Niech sie walka toczy. Bedziemy widzieli, kto przemoże. I wiatr, choć jeden, a jak zadmie — to sie walą buki stare, odwieczne jedle, cały las gnie sie ku ziemi przed jego mocą. Nie ustąpię i na piędź, dopóki sprawiedliwość nie zakróluje nad roztokami. Nie ustąpię.
Zacinał się i zganiał siły oporne, jak wiatr, co chmury zewsząd spędza, nim burza wstanie. Czuł ją w sobie, czuł i to, że spokojność znikła, a bojowanie jakieś targa jego duszą.
— Pocznie sie... Niech sie pocznie! Ja nie mam lęku żadnego. Nic mnie już nie stracha na tym świecie — bo jedno prawo jest i jeden kościół. Abo sie gmina przeinaczy, abo ja padnę. Rąbanica zacięta. Bedziemy to drzewo zbutwiałe podcinali, aż samo jęknie. Przywali, to przywali. Jedna śmierć — jeden koniec — taki, czy owaki... Ino czy ona bedzie ze mną?
Zamyślił się, idęcy, wracając ku niej sercem miłującem.
— To moja radość! To moje wesele słonecznego dnia, to szczęście moje! Wyleciała, jak ptaszę z ogrodu, anim ją postrzegł. I zaśmiała się głośno, rada, że mnie widzi. A ten śmiech jej coś mi przypomina. Czy to nie owiec turlikanie, jak dzwonią po lesie? Coś podobnego...
Szedł myślami uboczą, a owce się pasły, a dzwonki drobne turlikały wciąż...
Rzewność jakaś dziecinna patrzała mu z oczu i wyzierała na świat przez szkliste łzy.
— Czy ona bedzie ze mną? — powtórzył, idęcy. — Czy mnie ukocha i mój świat? Bo w inszym ona urodzona świecie, choć na tej samej ziemi, tu... A mnie z nią razem lekcej żyć, ja bażę, bo już nie bedzie takiej pustki przy mnie, zaludni mi sie świat... I choćby wszyscy zwarli sie już na mnie i nie było w gminie człeka, coby słowem potępienia nie rzucił, a ona jedna bedzie przy mnie — to sie nie zlęknę, to wieksza siła bedzie we mnie wrzeć. O Hanuś, Hanuś, moje ukochanie! Ty ani wiesz, ani przeczuwasz w sercu swojem, jaka mi z ciebie idzie wielka moc — jaka mi z ciebie idzie słodka siła, która kazuje iść i iść... i nie ustawać, choćby nie wiem co! Choćby sie na łeb kamienie staczały, choćby sie góry waliły na drogę! Wciąż, bezustanku, naprzód iść, i iść... Co ja by począł sam? Już nie wiem prawie, ani myślę o tem, bo se nie zdołam wyobrazić. Darmo. Tak moje życie z twojem sie związało na wieczne trwanie i na wieczny czas. Czy to już było przeznaczenie jakie, czy ino trafunek ziemski? Nie wiem. Ale wszystko jedno. Jest i jest. Myślałech ci ja, widząc ulatujących za kochaniem, że to zwarjowani ludzie są — światu nie widzą całego przed sobą, ino tę jednę z istot ziemskich, tę praprawnęczkę Ewy. A ono przecie nie tak jest, nie wszędy i nie u wszystkich bywa tak. Bo jakoż? Dalekowidzom oczu nie zasłoni, choćby stanęło nie wiem co, a ludziom ślepym światu nie pokaże, choćby oświecił wszystko i słońce ku ziemi im przychylił. Darmo! Są ludzie tacy i owacy...
Począł iść ku chałupie ścieżyną przez pole, wśród zbóż rozchwianych dookoła. A mrok za nim postępował szybko i zachodził mu drogę, aż wreszcie wyprzedził go i ostawił daleko za sobą. Ciemność rozsnuwała się przędzidłem szarem po zagonach, gęste miedze traciły się po jednej z przed oczu idącego, aż wreszcie poznikały wszystkie.
Przystanął na chwilę i obejrzał się. Przesłyszało mu się bowiem, że ktoś nań wołał. Ale to jeno echo puste doleciało ze wsi. Nikogo, żywej duszy niema na tych działach.
Kosmata noc zamgliła huczne roztoki, stłumiła gwar, że słychać jeno bełkoty zdala niewyraźne i szum spadającej po kamieniach wody, jakby gdzieś pod ziemią olbrzymi młyn turkotał, a wiatr przynosił odgłos jego, to silny, to słabszy...
— Gdzieś tam, daleko, huczy młyn — mielą sie sumienia ludzkie na otręby... Olbrzymi tartak idzie bezustanku — zwolna piłuje serca na trociny... A wszystkiem gazduje śmierć; może zastawić wodę na przykopie — i noc, i spokój, oddechów nie słychać, jakby nigdy nie było życia na tej ziemi... Dziwaczny świat — dziwaczne jego urządzenie.
Dumał idęcy, a widma przeróżnorodne snuły mu się poprzed oczy. Począł się dziwić sam, że świat mu się czasami przeinacza, jakby miał różne oblicza w różnych chwilach jednej i tej samej doby. Co to w tem? Nie mógł se nijak wytłomaczyć. Wiedział przecie dobrze, że w chwilach wieczornego zadumania, kiedy oczy utopi w nieprzejrzanym mroku, jakiś tajemny robak wkrada mu się w duszę i podgryza niewidomie moc, zatruwa siłę i czyni w sercu jego cmentarz, na którym grzebie to, co przez dzień żyło. I czuł, że w takich chwilach coś w nim się odzywa, coś, co we dnie drzemało zgłuszone hałasem, a dusza poczyna się, jak ptak, trzepotać, bić o ściany słabemi skrzydłami i wyrywać się do tej pustki, która wiedzie w nieznane, dalekie... Co to może być? Sam już nie wiedział, jak sobie tłómaczyć: skąd to przychodzi, gdzie się to podziewa. Może przynosi noc, a płoszy słonko. Ta noc, co świat zapełnia strachami — to słonko, co strachy wygania...
Potarł czoło swe dłonią i uczuł, że jest rozpalone.
— Za dużo na jeden dzień — pomyślał. — Może sie różnie przezdawać.
Obejrzał się jeszcze na wieś, pozostawioną w dole, skąd patrzyła ku niemu czarno-wełnista noc migotliwemi światełkami okien, i przyspieszył kroku, by dojść do chałupy schowanej pod Groniem, nim się doznaku zczernią pola, nim się niebo zmrokczy na zachodzie, gdzie jeszcze cień od zorzy słonecznej błądzi i, szukając rodzicielki, co za słońcem zbiegła, spogląda: to na ziemię, to pod skrzydła chmur.
Szedł wartko, odganiając zalatujące myśli, i dyszał głośno, co w tej pustce wydawało mu się, jakby ktoś pędził za nim. Ścieżyna wiła się i podnosiła coraz wyżej, krzyżując się z jezdną drogą, wiodącą w osiedle.
Kiedy dochodził ku chałupie i sad już mógł rozpoznać przed sobą, zdało mu się, że ktoś od pola zasłonił okno świecące. Zdziwił się, ktoby tak wielki w sadzie stanął, żeby cień od niego padał na szyby... Cień to bowiem nie gruszy ani stojących śliw, lecz wyraźnie głowy ludzkiej w kapeluszu chłopskim.
Zaciekawiony, powstrzymał oddech i szedł cicho po trawniku, zginając kolana, by nie spłoszyć tej mary i zobaczyć naocznie, czy ma ciało... w istocie! Skoro już był blizko, widział dokładnie postać małego chłopiny, uwieszonego na ścianie i patrzącego pilnie w okno, skąd światło biło, promieniując po liściach jabłoni. I widział, jak ta postać, jakby przeczuła, że ktoś idzie, bo usłyszeć nie mogła żadną miarą, gdyż bardzo cicho stąpał, odwróciła twarz zalęknioną i spojrzała w mrok, a dwoje oczu zaświeciło zielonawo, podobnie, jak oczy łasicy ukrytej za strzechą; raptem zesunęła się na ziemię i pomknęła w sad.
Franek przeczuł, choć nie poznał, kto to może być — i coś w nim zapłakało litością ogromną.
— Jasiu! — ozwał się półgłosem. — Czemu ty uciekasz?
Zaszeleściały wiszące ponad ziemią liście i stanął przed nim człowieczek nieduży.
— To ja... — szepnął nieśmiało.
— Wiem... Czego sie boisz?
— Myślałech, że to szwagier wasz nadjechał z lasu... Bo ja, wiecie, niechcęcy, przechodząc, z ciekawości zajrzał. A ludziom mogłoby sie zdawać, że ja...
— Nie sprawiaj sie przedemną — przerwał Franek, kładąc dłoń na jego ramieniu.
Stali obok siebie długo, nie mówiąc nic; nareszcie Franek uczynił krok przed siebie i poprosił zwyczajnym głosem:
— Chodź do izby...
— O nie, nie, nie! — zaląkł się. — Darujcie, ale nie mam czasu. Cały dzień zbawiłech przy robocie, od samego rana, od świtu. Robi sie ludziom to i owo, i zejdzie do nocy. Tatuś w chałupie oczekują, trza iść, zaśpiewać jaką pieśnię, bo im sie ta cnie... Ja, wicie, zawdy śpiewajęcy żyję, nieprzymierzając: ten kos, co po lesie gwizda.
Mówił nerwowo, zalewając gwarę gorączką wielką, szklącą się w oczach migotliwie, jak rosa o mroku.
Nie namawiał go już Franek.
— Skoro nie masz czasu...
— Nie mam, nie, ani chwilki! Bywajcie zdrowi, a wybaczcie, a nie dziwcie sie niczemu na świecie...
Ścisnął dłoń Rakoczego i pomknął sadem na ogród niedawno skoszony. A gdy cień jego znikł w chodniku, pomiędzy zbożami, zastanowienie litosne objęło serce Franka.
— Niczemu sie nie dziwię, ino temu, za co ten człowiek pokutuje...
I przez krótki czas, gdy obchodził chałupę dokoła, by do drzwi trafić, przybaczył sobie nie tak dawne lata, gdy ten mały człowieczek był u nich w chałupie, jakoby swój. Pracował przez dzień, a wieczorem siadał i, patrząc w Zosine oczy, opowiadał bajki, albo śpiewował pieśni, jakich nikt nie umiał. Od niego to, dzieckiem jeszcze będąc, ponauczał się Franek śpiewów, które mu po dziś dzień w pamięci grają. A odkąd zapamiętał, zawdy wszyscy w chałupie nazywali go Jasiem, ludzie zaś po wsi mieli go za głupiego. Mały był już od czasu i nijak nie mógł róść, podobnie, jak ten smreczek, gdy mu się w młodych latach zerwie zielony wierch. Z latami, kiedy inni starzeli się — on smutniał, i wiecznie jednakową pacholęcą zachowywał twarz.
— Ktoś winien skonu skarlałego smreczka, ktoś, co zielony oberwał mu wierch...
Z tą myślą gniewnie popchnął drzwi przed sobą i znalazł się w oświetlonej izbie.
— Witajcież! — ozwał się cienki głos kobiecy. — Myślałach, że cię nie ujrzę przed nocą, tak cię cosi stronami wodzi...
Franek nie odpowiedział nic, zdjął kapelusz i usiadł ciężko na ławie. Rękawem ocierał spocone czoło, odgarnując palcami opadające strączki włosów.
— Mojego też nie widać. Pojechał do lasu... Żeby go ino nieszczęście nie spotkało jakie, broń Boże...
— Siostro! — zawołał Franek. Lecz wnet się pomiarkował i, nie dodając więcej ani słowa, opuścił głowę nizko i oparł ją na dłoni.
Siostra zaś pytająco patrzyła na niego, a nie słysząc nic więcej, zaciekawiła się niemało i bliżej podeszła.
— Miałeś cosi powiedzieć...
— Nie.
— Możeś głodny, bracie?
— Abo ja wiem!
Stała jeszcze chwilę przy nim, czekając daremnie.
— Taka z tobą zawdy gwara... — szepnęła z wyrzutem, i odwróciła się niechętnie ku nalepie.
Franek po chwili, gdy przechodziła obok niego, wyciągnął rękę po jej dłoń i zmęczonym głosem wyszeptał:
— Przebacz mi, siostro, bo ja czasem dziwnie z tobą gadam. Ale, jak człowieka myśli opadną...
— Ja wiem — odrzekła, — bo ty ino temi myślami żyjesz, nie dbając na to, że człek, to nie para. I płanetnicy, a przecie jeść muszą.
— A ja żaden płanetnik. Choć, kto wie...
— Bój-że sie Boga, Franek, nie pleć takich rzeczy. Abo ja cię to nie kąpała w poświęcanej wodzie?
— Ale ta woda była z potoka?
— No jakże...
— Może sie w niej kąpała jaka płanetnica...
— I cóż to płaci? Święcenie zawdy czary odżegnuje...
— A jak ostały na dnie? Boś musiała po wierchu ino kropić.
— Kanyby zaś!... Przecie sie woda mąci...
— Oj, Zośka! Zośka!
— Nie turbuj sie nic... Ino tak żyj, jak ludzie żyją. Trza mieć uwagę na się przecie... no bo jakże?
Tłómaczyła mu długo, jak powinien żyć, a on słuchał, nie słysząc ani słowa z tego; melodja tylko cicha jej głosu miękkiego snuła mu się po sercu niby pasma lnu. Odpoczął, potem wieczerzał razem z nią, bo szwagier jeszcze nie nadjechał, a mała siostrzenica spała już oddawna na maminej pościeli w izdebce.
Powieczerzawszy, niedługo siedzieli, bo siostrę nadlatywał sen. Poszła do izdebki, a Franek wyjął z półki świecę, zapalił i, rozciągnąwszy się na równej słomie, sięgnął po książkę na ławę za łóżko, bo zwykł był czytać o tym czasie, kiedy wszystko spało.
Nie mógł jednak tym razem przykuć uwagi do czerniących się przed oczyma rządków. Myśli chodziły samopas i nie dały się pozganiać żadnym sposobem; a gdy przystrzegł się na nie, by je pasterskim przykazem zegnać w jeden kerdel, rozpierzchły się pomiędzy drzewa o dziwacznie poskręcanych konarach, lub furgnęły, jak stada ptactwa na jesieni, kiedy się je, obsiadłe na ugorze, znienacka podejdzie.
Nie mógł sobie dać rady z temi latawcami. Za krótki czas obleciały powrotnie cały dzień, przeżyty od rana, i zawracały zwolna, kołując nad każdą chwilą czynu, jak te zgłodniałe orlęta, zataczające kręgi coraz większe nad miejscem wypatrzonem z góry.
Przeżywał wszystko powtórnie, w gorączce daleko większej. Był w gromadzie u wójta, ścierał się zajadle, nie ustępując ani skiby ze swojego świata. Potem z Hanką się spotkał, ze swoją Hanusią. Droższą mu teraz jeszcze była, niż tam, przy tym sadzie. Wyciągała do niego ręce i obejmowała go za szyję, przeginając się i turlikając białymi ząbkami, jakby paciorki szklane przesypywał po zgładzonych kamykach w roztoce. Gorąc uderzał mu do głowy i zamgliwał oczy. Uciekał od niej ugorami prosto ku chałupie. Obejrzał się — a z dołu, z cichych roztok pełzała za nim, wyciągając ku miedzom włosiste, szare łapy — kosmata, czarna noc... Umykał przed nią i spotkał w sadzie przy chałupie... dziwaczne spotkanie... Jak on to obojętnie tłómaczył... Niechcęcy — powiada — zajrzałech w okno, czy sie świeci, co tam ludzie robią...
— Prosta ciekawość... Uwierzyłoby stu ludzi... powinni wierzyć! Wierzą w bajtki sto razy więcej warte śmiechu...
Otrząsnął się i podniósł głowę, zdało mu się bowiem, że ktoś za oknem płacze. Ale nie. To wiatr porywa śpiew daleki i przeciąga w płacz. Słuchał, oparty na łokciu, i oczy mu się uśmiechały do znajomej melodji z dziecinnych swoich lat — a twarz rysowała się ostro na pościeli i drgała żalem, gorzkim, żalem nad czyjąś niedolą.
Wiatr uderzał o szyby i zawiewał śpiew daleki, wyraźne słowa...

»Oj, sługował ci ja, Zosiu,
Bez niejedną wiosnę —
Powiadałaś: »Bedę twoją,::
Jak ino urosnę«...

I urosłaś taka śmigła,
Jak jedlica w borze —
A ja zmalał, jak ten smerek
W skalistym ugorze...

Oj, co mnie też przesadziło
W to samotne pole!
Wysłużyłech tobie szczęście,
A sobie niedolę...«

Wiatr uderzał o szyby, jakby chciał obudzić śpiących, by lepiej słyszeli.
— Zośka! Słyszysz? — ozwał się surowo Franek.
W izdebce powstał szmer, i odrzekł niewyraźny głos kobiety sennej:
— Zdmuchnij świecę, bo ta łazęga myśli, że ja nie śpię, i nie przestanie do rana zawodzić... Mój nie przyjechał jeszcze?
Frankiem zatrząsł gniew serdeczny. Już miał dla niej goryczne słowo na wargach, opanował się jednak prędko i nie rzekł nic. Długo leżał bez ruchu, dumając nad różnicami serc z jednej urodzonych ziemi.
— Nie warta jego śpiewu — szepnął wreszcie. — Niech i on sie wyśpi... Choć może przez tyle roków oduczył sie spać.
Powstał i zgasił światło.
Za chwilę przemknął koło ściany szmer, a za nim szelest. A potem wszystko ucichło.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.