W Roztokach/Tom I/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Suhaj nie chodził po odpustach, ale pilnował swojej sprawy. Hankę za to wyprawiał serdecznie, powiadając jej na odchodnem:
— Żeby ci sie samej nie cnęło iść, to zajmij Zośkę...
Przeczuwał sprytem swoim, że zajmie i Franka. Nie wspominał o nim naumyślnie, by się nie zdradzić z pragnień swoich. Najobojętniej dodał w końcu:
— Zmów ta pacierz i za mnie...
I wyprawił ją, żegnając na drogę, jako dbały o jej duszne zbawienie rodzic.
A gdy się dowiedział od Błażeja, że Rakoczy poszedł, wtedy porwał się ochotnie i począł czynić przygotowania na jutrzejsze święto. Kazał zaprządz parobkowi konia, który jeszcze nie kulał i jechać do propinacyi po ćwiartkę piwa. Głupiego Józka z osiedla wysłał po arak, obiecując mu to piwo, co się przy nabijaniu rozleje. A sam poszedł do owczarni i wybrał barana, którego już od wiosny trapiły motylice. Przyprowadził go do izby, dał mu jeszcze soli, a potem powiązał mocno i własną ręką krtań poderznął. Wnet go rozodział ze skóry i począł krajać wnętrzności. Mówił przytem do Błażeja, który mu pomagał:
— Patrzcie, jakie zdrowe płuca. Mógłby jeszcze pożyć lat niemało...
A Błażej, przytakując, powtarzał nieustannie:
— Hej!
— Ino wątroba ladaco. Wicie, jakie strzępy... Poprzegryzały doznaku. Niedługo by on chodził po ugorach.
Błażej też począł powątpiewać, czyby mógł dożyć do jesieni.
I tak dumali nad nim oba, rachując mu życie. Wreszcie zdecydowali jedno: że mógłby żyć, gdyby go nie zarżnęli.
Po ukończeniu roboty zapytał Suhaj Błażeja:
— Pójdziecie jutro na sumę?
— Dlaczego nie? Jak trza bedzie...
— To idźcie. Rozejrzyjcie sie między ludźmi i uważcie: Komu powiedzieć można, to powiecie, a komu nie, to...
— Ja już wiem. Mnie nie trza dużo gadać.
— Ino rodowych a letnich żeby sie zeszło jaknajwięcej...
— Ja ich ta już dopilnuję...
Zebrał się, stanął przy drzwiach i pozierał na barana, który wisiał w kącie. Suhaj się wnetki pomiarkował.
— Idziecie już? — spytał. Zaczkajcież, weźmiecie se łeb na święto...
— O, nie starajcie sie...
— Jakżeby zaś było? Pomagaliście przy zabiciu...
Podał mu łeb z kąta. Błażej myślał, że choć nogę dostanie, abo plecy... Ale dziękował głośno i przyrzekał wdzięczność aż do śmierci.
— A nie zabaczcie o jutrze!
— O, nie zabaczę!
Suhaj zabrał się spokojnie do dalszych przygotowań.
Nazajutrz, o tym czasie, kiedy Franek szukał Hanki po ludźmierskim rynku, w chałupie Suhajowej było pełno ludzi. Naschodzili się, jak zwyczajnie, do wójta, przy święcie, a nawet i niezwyczajnie dużo ich przybyło. Każdy znalazł jakiś powód swojej obecności, którym się przechwalał głośno, by wszyscy słyszeli. Gwary było, co niemiara, aż izba dudniała. Suhaj był taki przystępny, jak w wilię wyboru wójta. Gadał z każdym, kto przyszedł — bogaty, czy biedny — choć, prawdę powiedziawszy, komorników tu nie było, ba sami gazdowie.
Skoro już nikt więcej nie myślał przyjść, a nieprzyjemni oczom wójta pozabierali się z izby — wtedy Suhaj wniósł barana i zaprosił naród; przyczem wygłosił mowę o braterstwie i o zwyczajach ojców. Z oporem, ale chętnie poprzysuwali się gazdowie do stołów i, nie dając się długo raczyć, jedli. Suhaj roznosił piwo, sam nalewał ludziom i zapewniał, że jest więcej, by nie żałowali. Niektórym zaś dziwno było, co on ich tak poi, i pytali się nieśmiało, czy to jaki jubileus, abo urodziny. Ale Suhaj odrzekł:
— Coby! Żadne urodziny. Kto ta może wypamiętać, kiedy sie rodził! To ino tak, zwyczajem nieboszczyków ojców, chciałech was jako uszanować, kie-ście sie tu zeszli. Nie bogato, bo nie, ale darmo. Tak dziś pomału wszystko idzie z góry. Ho! To nie drzewiej! Kiedyś mógł wołu zabić i sprosić sąsiadów...
Na to jakiś głos cichawy odezwał się z kąta:
— Dziś telo baranem zrobi, kielo drzewiej wołem...
Suhaj bystro popatrzał w kąt, ale nie mógł zmiarkować, kto mówił. Siedzieli tam mało znani podletni gazdowie. Przy nich siedział i Gniecki. Czyżby on poszepnął? Ludzie zaś bliżsi, rodowi, chcąc zatrzeć te przykre słowa, a zarazem okazać przychylność swoją dla ojca Suhaja, poczęli mówić między sobą:
— Już ta takiego wójta drugiego Przysłop miał nie bedzie...
— O, bo nie!
— To nasz ociec, opiekun prawdziwy!
Poczęli pić jego zdrowie, najpierw między sobą, a potem całą gromadą siedzącą na ławach. Suhaj pojaśniał, widział dobrze, kielu ma przyjaciół. Wyniósł arak i częstował dookoła stołu, poił wszystkich, nie bacząc już, kto bliższy, kto dalszy. Wszystkich jednako szanował, zachęcał i prosił. Rozpowiadał przytem głośno o swoich utrapieniach, jakie przechodził dla gminy przez tyle roków.
— Za to mnie dziś zaufaniem boją się obdarzyć...
— Kto sie boi? — zawołali gromadnie od stołu. — Takiego tu nie uświadczy! My wszyscy za wami!
Poczęli się ku niemu przytaczować, bo już pijani byli setnie i całować po rękach, powiadając, że go do śmierci nie opuszczą.
— Ino wy nas, ojczaszku, nie opuśćcie... Bo co by naród bez was począł? Brońcie nas i opiekujcie, pokiela ino zdolecie, a my za wami wszyscy do jednego! Niech skrepnie, ktoby was nie słuchał!
Jęczała izba, jak jedla wypróchniała wewnątrz, gdy o nią wiatr uderzy naremny i mocny. Jednych rzewność ogarnęła, płakali po cichu, a drugich zapamiętanie takie, że pili na umór.
— Abo jest na świecie miłość, abo jej nie ma!
Całowali się grupami, obejmowali za szyje, a potem pili zdrowie swoje, całego narodu: Suhaj nawet rozrzewnił się i począł ruszać powiekami, jak gdyby myślał płakać. Skoro widział, że im już pomiękły serca, począł mówić: o gminie, o upadku rodów i o tem, za jakimi przewodnikami naród ma iść, aby nie przyszedł na biedę.
— Uważcie ludzie! — prawił — bo czas niedaleki... Trza sie gromadą wziąć za ręce, stanąć za swoimi, a nie dopuścić nikogo, co sie naprzód pcha i woła, że on najmądrzejszy. Gminie rozumu nie brak, nie, ino oparcia! Tak moi mili... O to was też proszę...
Powstali na to z ław i poczęli wołać, że cały kraj się może na nich oprzeć. A za ojcem Suhajem pójdą i do piekła. Przyrzekali mu święcie i obiecywali więcej, niż od nich żądał. Każdy z osobna zachodził przed oczy i sumitował się na wszystko: że on przyjaciel Suhajów do śmierci, rab i czeladnik jego najwierniejszy... Nikt już, choć mało kto ustać mógł, nie siedział; był ruch, jak w ciasnym koszarze. A gdy Suhaj na ostatku wspomniał o nieprzyjaciołach gminy — powstała taka zajadłość, takie wrzenie wielkie, że, zdawało się, ściany pękną i powała spadnie.
Długo w noc słyszano po wsi hałasy i śpiewy, jak się widziało, wychodzące z osiedla Sołtysów. Ludzie biedni mówili, że u wójta święto.
Powróciła nareszcie i Hanka z odpustu. Ojciec nie obaczył jej aż rano. Zauważył odrazu, że się odmieniła; zmizerniała na twarzy i przybladła nieco. Widocznie droga ciężka tak ją utrudziła. Powoli też zauważył, że i w naturze jej zaszła niemała odmiana. Ani się popróżnicy nie śmieje, jak dawniej, ani ojcu nie dokucza — nic, ino swojej roboty pilnuje i słowa niepotrzebnego nie powie.
— Co to, widzicie — dumał — jeden odpust może. Odmieni człeka doznaku na lepsze. Musiała pewnie być u jakiego ciekawego księdza do spowiedzi i ten jej nakładł w uszy: Tak a tak, powiada, ojca swojego szanuj... Ono ta czasem, jak sie trafi, to i ksiądz nie najgorszy.
Miał się ją o Franka spytać, ale dał spokój, bo się obawiał, że ją może drasnąć jakiem słowem i odmienić znowu całkiem... leć-że ta na odpust! A tak bardzo był z niej rad i często przegadywał do niej. Mijały dni pogodne, bez dużej odmiany.
A po wsi szło... Jak woda, gdy ją wiatr pomąci w stawie, tak bulgotało. Aż głucho było od gwary naokół, takie szły fale wieści. Rozpowiadali jedni drugim o Suhajowych zabiegach, o tem, jak naspraszał gazdów, karmił ich i poił, aby ino mieć oparcie, gdy wybory przyjdą. A insi znów inaczej powiadali: że Suhaj, zmordowany latami i pracą, pragnął złożyć z ramion swoich to ciężkie jarzmo wójtowania. Jedynie na gorące prośby swoich blizkich, by gminy nie osierocał, dał się przecie namówić i ostał jeszcze na urzędzie do jakiegoś czasu. Ale niech się ino trafi jaki godny człowiek, coby mógł piastować urząd, to się zaraz zrzeknie. Wiary temu nie dawali słuchający ludzie; wielu jednak podumało w sturbowanych sercach, jakaby to była bieda dla przysłopskiej gminy, jakby, czego nie daj Boże, Suhaja zabrakło. Ktoby się umiał tak szczerze narodem zaopiekować?
Najwięcej mątu czynił po wsi Błażej. Ten nie dospał, nie dojadł, ale, co świt, gnał do chałup i gadał niezmordowanie, czy kto chciał słuchać, czy nie. Nie było we wsi chałupnika, ba, nawet i na komorze siedzącego chłopa, któregoby nie odwiedził w owym krótkim czasie. Nie ciążał se iść najdalej, na sam koniec roztok. Wszędzie go pełno było i nigdzie miejsca nie zagrzał. A miał w zapasie historyjek mnóstwo. Jak sie jedna nie widziała, to poczynał drugą, aże nareszcie natrafiał na taką, co się przyjęła, jako prawda i ostała w głowach. Sam dużej pamięci nie miał, co go wielce gryzło. Bo zdarzyło mu się nieraz, że zaszedł do chałupy, w której już był wczora, i jął to samo, a odwrotnie, opowiadać ludziom. Dopiero po śmiechu ich miarkował, że kiepsko; musiał chytrością nadrabiać i dziergać na nowo. Miał jednak swoje chwile powodzeń niemałych, zwłaszcza wśród komorników, którym dużo rozpowiadał o szczodrobliwości i dostatkach starego Suhaja.
O Rakoczym słychu dychu. Tak jakoś o nim ucichło, jakby go we wsi nie było. Nikt o nim słowa nie umiał powiedzieć. Błażej tam już nie zachodził od jakiegoś czasu, a od kogo inszego trudno się dowiedzieć. Przedumowali nad tem ludzie i suszyli głowy.
— Zląkł sie, widać, Suhaja — powiadali — abo też, kto wie...
Pytali się o niego szwagra, bo go spotykali; ten jednak ciekawości ich nie zaspokoił.
— Chodzi — powiada — po izbie i duma całymi dniami. I po nocach nie sypia. Nie wiadomo, co sie w nim dzieje... A taki jest od czasu, jak wrócił z odpustu. Musiał chyba jaki urok paść na niego.
Uwierzyli odrazu, nawet szwagra utwierdzali w tem i radzili, jakiemi sposobami odegnać może od Franka to nieszczęsne złe. Ale szwagier nie podawał chętnych uszu radom i zarzekał się wtrącania w cudze doległości.
— Ja mu sie ta już — mówił — narażał nie bedę. Chce dumać, to niech duma, niech nie śpi, niech chodzi — ino to jedno powiem Zośce, żeby dbała o niego więcej i przypilnowała każdym razem, coby zjadł uczciwie...
I znów długo nie było o Rakoczym wieści. Aż raptem jednego dnia spotkało go ludzi wiele w takiej opresyi:
Było to w jarmark. Jak zwyczajnie przy pogodzie i o takiem czasie, naschodziło się ludu niemało zdaleka i zblizka, pełno było na kamieńcu, na rynku i w sklepach. Każdy coś zmawiał, lub sprzedawał, ale i takich było dużo, co przyszli jedynie po to, aby robić ciżbę.
Przed ratuszem wrzała bitka. A poczęła się w ratuszu, przy pijatyce. Oddawna już wojowały ze sobą dwa rody: Potaczków i Sołtysów. Ostatnio, na odpuście, Sołtysów pobito, to też honor ich ucierpiał, chodzili, jak chmury. W ratuszu pili synowie Potaczków. Jeden z Sołtysów podszedł ku nim i rozpoczął zwadę. Porwali się od stołu, a w te razy i Sołtysi wpadli. Bitka jednak zawrzała dopiero wówczas, kiedy Potaczki, uchodząc, wypadli na pole. Tu im na pomoc zbiegli się krewniacy i rozpoczęła się walka.
Z początku dwie gromady walczyły ze sobą, parły się naprzód ławą zbitych piersi i cofały się, jak fale, odbite od brzegu. Wnet jednak ustał ścisk, lud się pocofał dookoła, a walczący ślebodnie mogli się obracać. Poczęły wartko śmigać pięści, latać, jak łyskawice. Wśród zawieruchy rąk ginęły głowy, a jak się podniosły, to krwawe, niepodobne ludzkim.
Hałas jarmarczny ucichnął, słychać było ino wrzawę, jęki i przekleństwa. Wszystek ciekawy naród zgruchnął się pod ratusz i patrzył, jak na widowisko, z trwożliwą uciechą.
Ustało zwolna wrzące kotłowanie. Naremny zapał bijących się przeszedł, ale zaciekłość nie osłabła; poczęła się zawzięta walka w pojedynkę, chytra i pełna podstępów. Potaczkowie padali, jak podcięte drzewa; straszni jedynie w gromadnej zawiei, nie umieli nijako bić się po jednemu. A Sołtysi, obrotni, porozdzielali ich zwartemi ścianami, nie dając się skupić, i osaczyli każdego, jak, nieprzymierzając, gromada psów zajadłych osaczy dzika w gęstwinie. Widać było zdaleka, że Potaczki słabną; mało ich było, a co chwila to któryś się tracił. Nikt im nie szedł na pomoc. A Sołtysów przybywało coraz to więcej. Zbiegali się, zwoływani z całego jarmarku, i wnetby stanął do bitki cały prawie ród.
Na to zjawił się Rakoczy.
Widzieli go już zdaleka, jak szedł płomieniem przez tłum. Przedarł się przez gęstwię ludu i spadł na bijących się, jak jastrząb na koguci drób... Począł prać chłopami o ziem, jak snopkami zboża. W mig się uwinął z gromadą. Nie wyszło chwili, a rozeprał zwartą kupę na wszystkie strony.
I, nie dając onym czasu opamiętać się, zawołał:
— Czyście już tak doznaku zgłupieli, czy co?! Bieda was bije, nędza młóci — to wam jeszcze za mało? Sami chcecie sie do reszty zniszczyć? A któż wam zdrowie odda, jak sie straci? Czy wam już nic po niem na świecie?
Począł ich gromić w słowach ostrych, nie stając po żadnej stronie, co ich najwięcej złagodziło. Najpierw ochłonęli starzy; a potem już i młodych odpadła zawziętość, wnet ich dotkliwy ból uśmierzać począł, było bowiem wśród nich wielu ciężko poranionych, niemało srodze zbitych; niektórzy z nich odeszli, powlekli się do swoich chałup, a niektórych widziano jeszcze długo, jak świecili po jarmarku skrwawionymi łbami.
Rakoczy urósł w oczach ludzi. Garnęli się ku niemu zewsząd, każdy chciał choć słowo z nim przemówić. Tłok był taki, gdzie się ruszył, że go to poczęło drażnić, pozierał tylko, jakby się wydostać i zejść z tłocznego rynku. Nagle dojrzał z daleka Hanusię, jak wchodziła do sklepu. Czemprędzej popłynął w tę stronę, wydarł się gwałtem z ciżby i zniknął za drzwiami sklepu, napełnionego narodem.
Na rynku o nim gwara szła bez końca. Przychodzącym dopiero na jarmark opisywano całą bitkę dwóch zajadłych rodów i niespodziane wmieszanie się Franka. Opowiadano po sto razy, coraz to inaczej. Przypominano ową kłótnię, jaką miał z radnymi, pamiętliwsi powtarzali jego słowa śmiałe, tłómacząc je po swojemu wszystkim ludziom wokół. Najdonioślej ci głosili Rakoczego sławę, co zwątpili już byli o jego mocy doznaku.
— Takiby sie wam Suhaja zląkł? — mówili. — On sie ich wszystkich nie boi...
— Ale też ma siły w sobie!
— Hej!
Trafiali się zaś ludzie, którzy, widać, już od urodzenia źle byli usposobieni do świata. Albo insi zmożeni do ostatka biedą. Ci nie wierzyli nigdy wartko słowom. Ale jak posłyszeli Franka Rakoczego — pomiękli.
I niejeden z nich szepnął:
— Żeby to nie było wszystko jedno, to kto wie, czyby nie warto było uwierzyć w sprawiedliwość jaką...
W jednej z izb przytykających do sklepu siedział Franek z Hanką. Nikogo, prócz nich, tu nie było. Z przybocznej izby dolatywał gwar; tem śmielej przeto mogli mówić z sobą. Przed nimi na stole stały nienaruszone lampki wina.
— To mi zarzucasz, żem twoich krewniaków zgromił, a cożby było, jakby sie na śmierć pozabijali?
Mówił z wyrzutem, nie kryjąc swego żalu. Zabolało go to ciężko, że ona miast pochwały, wymówki mu czyni. Kiedy rozwalał całą górę chłopów, a ludzie stali dookoła — myślał przecie i o tem, że ona może z niedaleka patrzy i dziwuje się jego mocy wielkiej. Ale się zawiódł, bo ona przeoczyła, widać, jego śmiałość, a baczy ino o despecie, jaki się jej rodowi stał z jego przyczyny. To go bolało, gdy mówił:
— Tak, trza mi było stanąć zdala i nie mieszać sie w to piekło. Ale człowiek nie poradzi, jak naremność porwie. Najlepiej, żebyś między ludzi nie szedł... Nie stałoby się dużo rzeczy, których potem żałuj...
Przestał mówić, a ona wpatrzyła się w niego z uwagą, jakby dalsze myśli chciała poznać, i powiedziała z naciskiem, by słyszał:
— Ja ta zaś nigdy nie żałuję...
Zrozumiał słowa jej odrazu, podniósł ściężałą od zamyśleń głowę i długo patrzał w jej oczy. Żal, jak mroczny cień o wschodzie słońca, ustępował szybko przed promieniami jej spojrzeń i chował się w najskrytsze kąty jego serca. Natomiast południowe gorąco uczucia wiało, jak podmuch wonnych traw, na jego zmysły. Wnet już nie baczył nic po za nią. Wyciągnął rękę po jej dłoń i szepnął tkliwie:
— Hanuś... ty wiesz, żeś moją?
— Nie wiem... — odrzekła z naiwnością, patrząc ku niemu uśmiechem z po za zsuniętych na dół rzęs.
— Najdroższą moją żoną! — powtórzył.
— A kiedyż mnie tak ludzie nazwią?
Niewiedzieć czemu, pytanie to powiało, jak chłód, po jego sercu.
Po dużej chwili szepnął:
— Prawda, że to i ludzie żyją...
A obaczywszy w jej oczach zdumienie, dodał wartko:
— Ja zawdy zapominam o tem, jak jestem przy tobie... Zdaje mi sie, że nima nikogo na świecie, ino ty i ja — nas dwoje...
Przysunął się ku niej blizko i mówił serdecznie:
— Ja wiem, co cię niepokoi... Nie lękaj sie przecie. Sto ślubów nic nie znaczy, jak miłości nima... A czy może kto bardziej miłować odemnie? Wierz mi, ja o tem przemyśluję często, aby sie jaknajprędzej pochwalić światu, żeś moją...
— A o wypłat mówiłeś?
— Nawet parę razy. Szwagier nijak nie odpowiadał, ale widać, że jak będzie pilna potrzeba, to da. Woli przecie postarać sie o wypłat, niż odstąpić połowę gruntu i chałupy.
— No to jakże?
— Wpierw z ojcem twoim muszę dojść do rzędu. A nie, to i bez tego sie obejdzie. Niech padają pod nogi i najhrubsze kłody — nie cofnę sie i przejdę, i przewiodę cię do swojego domu...
— A kanyż twój dom?
Na to pytanie żartobliwe nie odrzekł nic, ino spojrzał na nią prędko, ale tak dziwnie, jakby to nie był jego wzrok. Za chwilę, w której, widać, bronił się czemuś, co go zlękło, szepnął:
— Pytasz sie, kany mój dom...
Wstał i przeszedł parę razy po izbie dokoła, potem wrócił, ujął obie dłonie Hanki i, ździwionej, serdecznie popatrzał w oczy...
— Jesteś moją! I nigdy już mnie nie opuścisz... No powiedz, Hanuś, tak?
— Ino sie staraj o to, com ci powiedziała...
Siadł przy niej, przysunął wino i uprosił ją, że nadpiła. Sam dopił do dna, odstawił i oparł głowę na dłoni.
— Bo, widzisz, Hanuś, mnie od jakiegoś czasu dziwny niepokój prześladuje... Bronię sie temu, jak mogę, nie daję przystępu, ale zwalczyć nie porada. Chodzi, jak cień, zdaleka i nie ustępuje. Pytasz sie, co to takiego. Czy ja wiem? Zmora jakaś... Może to i nazwy nie ma, bo nie widać nikany, a jest. Jakby człek nie odganiał, toby sie na śmierć zadumał. Taką ciężką chmurą zwali i obsiędzie myśli. Zlatują sie nieraz chwile po cichu, jak sowy, i taki czynią postrach w sercu, jakżeby już śmierć wnet nadejść miała. Tak trwożą, tak niepokoją, tak mnie z jarmarku życia wywołują. Ale jak se pomyślę, że jest naród boży, a w tym narodzie jest ktoś, co mnie czeka, i ktoś, co nigdy już mnie nie opuści...
W te razy Hanka wyrwała mu dłoń swoją, którą z uczuciem przyciskał do piersi, i podbiegła ku drzwiom.
— Czekacie na mnie, tatusiu? Zaraz idę, ino jeszcze koszyk...
Wróciła się prędko, wzięła z ławy i, przechodząc, szepnęła Frankowi:
— Nie zadumuj sie napróżno, lepiej o tem pomyśl, coby ja ich już nie musiała słuchać...
— Idziesz, czy nie? — zadudniło w sklepie, i oczy groźne, czerwone łysnęły przez drzwi.
— Ostań z Bogiem...
Poprawiła chustkę na głowie i poszła.
Rakoczym zatrząsł gniew. Zerwał się, ale wnetki usiadł.
— Co ja mu powiem? Ma prawo...
Wpatrzył się w otwarte drzwi i długo siedział nieruchomie. Widać, miał jeszcze nadzieję, że Hanka wróci. Skoro chwil minęło sporo, i nikt nie nadchodził, wtedy poczęło mu być ciężko, ale to tak bardzo, jakby się góra owiozła na piersi. Zwolna gorycz, jak źródło zamknięte pod ziemią, dobywała się, rosła i buchała warem. Pieniła się w nim i wrzała dusząca wściekłość.
— Czy ja mam na świecie jaką moc?
Trzymanym w ręku kielichem trzasnął o ziem, aż szkło na wszystkie strony prysło. Wpadł zadyszany kupiec i zalękły pytał, co się stało.
— Wina!! ni mogę sie dowołać...
Kupiec odszedł, za chwilę przyniósł dużą flaszkę. Rakoczy począł pić, jak wodę świeżą w czasie letniego upału. Ale wnet przestał, czuł wyraźnie, że mógłby tak do rana pić i dłużej, a smutku z serca nie odegna. Zwiesił głowę i popadł w martwe zamyślenie. Mrok już zalewał izbę, hałas ucichł, ze sklepu ino gwar dochodził. Przy gwarze tym, jak przy bełkocie wody po kamieniach, dumał Rakoczy w izbie.
— Tak przyjdzie... wyłamać zęby na zgrzytaniu i udławić sie nimi na ostatku. Jedyny koniec.
Poprzed jego myślą procesya szła. Za Suhajem ludzi mnóstwo, znajomych i obcych.
— Żeby też choć jeden człowiek znalazł sie w tej ciżbie.
Przyszło mu na myśl: gdzie on stoi? Kto jest koło niego? Hanusi niema. Poszła z procesyą. Nawet się nie obejrzała. Co ją tam powiodło? Czyja wola? Powinna zostać przy nim, tu... Rozgląda się dookoła... Jakaś pustka... Nie był tu jeszcze nigdy w życiu. Co go tu przywiodło? Procesya minęła i nie widać jej... Może ją jeszcze z tej górki obaczy... Wybiegł lekko, jak pióro podrzucone wiatrem. Nikany nic nie widać... ino szare piaski... Słońce domiera na zachodzie... A tu cmentarz... widocznie... jałowce porosły... Ani jednego krzyża ponad ziemią... pogniły... pozapadały się już dawno. Idzie pośród jałowców, po uschniętej trawie, i widzi grób wysoki, zarośnięty mchem... Zachodzi bliżej...
— Światła!! — zawołał takim głosem, że się aż sam wzdrygnął. — Nie opuści mnie to widmo... ten umarły Ja...

∗             ∗

Nazajutrz i przez wszystkie dni następne rozchwalali się po wsi ludzie biedni, jak ich Rakoczy uszanował w rynku.
— Zeszło nam — powiadają — na jarmarku do samego zmroku. Juścić słyszymy, ludzie mówią: Rakoczy w ratuszu... «O, to pódźmy, kiedy tak, pogwarzymy nieco». Bo z takim człekiem warto i pogwarzyć. Przychodzimy, on siedzi i duma o czemsi. Wino przed nim na stole, światło mu się świeci... Jak człek, wiecie, uczony, to go wszędy poważą. Rozradował sie, że nas widzi, bo strasznie był czemś otruty, juścić nas obsadza skraja, kazuje wina sporo, i pijemy... Jak zwykle przy pijatyce, każdy mówi o tem, co go boli. Poczynamy sie uskarżać na tę miłą biedę, a on słucha i słucha i do końca słucha... Skoro my już wygadali, po koleji każdy, co komu ino ciężyło na sercu — wtedy on wstał i powiada: «Mnie haw też nie letko, może gorzej, a nikt mi na to nie poradzi»... Trapi go, wiecie, cosi dużo niepomału. A wracając do nas, mówi: «To sie da przewalczyć, ino chciejcie!» No chciejże, jak cię niemoc gnębi? «Krzepcie sie — powiada — wzajem, bo was bieda poźre, zniszczy tak, że i śladu po was nie ostanie»... Dyć niejak! Może łacwo i do tego przyjść... «Ni mają o was starunku, to sie sami krzepcie! Ratujcie sie — powiada — bo was śmierć wytrapi»... I tak jął rozpowiadać długo a niekrótko, a wszystko, co powiadał, było sprawiedliwe. Niejeden otarł łzę po cichu, bo serce nie skała. Skoro ino zakończył, tak my: «Rakoczeńku!... Ty nas broń, ty nas wspieraj, bo nikt nie da rady. Poratuj nas w tej biedzie i nie opuść przecie»... Zgruchnęli się ku niemu zewsząd, molestują... Aże powstał na nowo i rzekł uroczyście: «Bóg świadkiem, że was nigdy w nędzy nie opuszczę!» Taka, wiecie, otucha wstąpiła w każdego, jakżeby sie na nowo na świat narodzili. Co se myślicie! Taki człowiek, to przecie nie sieczka! Widzieliście, jak na rynku Sołtysami prał? To mocarz wielgi! A uszanował nas godnie, choć ta wiecie, z nas niejeden człowiek bodaj jaki...
Tak się to rozchwalali po wsi ludzie biedni. Co było w tym rozchwały, a co prawdy — któż wie...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.