W dolinie łez/Pod Prusakiem

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł W dolinie łez
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1920
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Pod Prusakiem.

Cóż to za nowa wędrówka narodów? Z Zachodu na Wschód, ku polskiej granicy idą drogami kobiety i dzieci, starcy, mężczyźni, szereg wozów z tobołkami i chorymi, — a wszystko otacza straż zbrojna, prowadzi.
To nie przestępcy, — twarze szlachetne, spokojne, tylko ból na nich wielki.
Noc zapada i stają, rozkładają się w polu obozem, dobywają z tłumoczków pożywienie, karmią dzieci, połykają chleb ze łzami, osłaniają się przed deszczem i chłodem. Wielka wśród nich powaga i milczenie.
Któż to jest? Co to znaczy?
To z prastarej dzielnicy polskiej, z całego pruskiego zaboru wydaleni Polacy. Jest ich około czterdziestu tysięcy. Odstawiają ich do granicy: na dawnych ziemiach polskich mieszkać im niewolno.
Dlaczego? Co zawinili?
Nic zupełnie. Tylko są Polakami, a nie mają pruskiego poddaństwa. Nie przysięgli na wierność pruskiemu królowi, więc niema dla nich miejsca w jego państwie. Tutaj się urodzili, pracowali, a dziś... Precz! Do granicy!
Bo chodzi przecież o to, żeby mniej było Polaków w Poznańskiem. Gdyby można wypędzić wszystkich! Lecz na to jeszcze nie wymyślono sposobu, a Prusak musi znaleźć sobie prawo do największego nawet barbarzyństwa. Wydał najdziksze prawo i już dobrze, bo postępuje podług prawa.
Oto przykład.
Co to jest: wóz czy dom mieszkalny?
Niby dom: cztery ściany, drzwi, dach, komin, ale na kołach, może przesuwać się z miejsca na miejsce, — jest i dyszel dla konia. Wewnątrz mieszka cała rodzina właściciela kawałka ziemi, chłopa Drzymały.
Ma ziemię, lecz niewolno mu zbudować chaty. Takie zrobiono prawo, więc niewolno.
Stara się rozleciała czy spaliła, wszystko jedno, może ojciec podzielił grunt pomiędzy synów, może Drzymała kupił sobie ziemię. Lecz budować na niej nie może, niewolno.
Dlaczego? — Dlatego, żeby sprzedał grunt Niemcowi, a sam poszedł sobie, gdzie oczy poniosą. Bez dachu nad głową przecie żyć nie można.
Lecz uparte chłopisko ziemi rzucać nie chce, zbudował sobie jakieś mieszkanie na wozie i mieści się z rodziną. Nic mu nie mogą zrobić, bo jeszcze żadne prawo — nawet w Prusach — nie zakazało mieszkać nikomu na wozie.
O Drzymale piszą w angielskich gazetach, cała Europa ciekawie ogląda rysunek jego mieszkania, i Prusacy są wściekli. Chcą przed światem uchodzić za naród kulturalny, a tu taka brzydka historja.
I kto winien? Znów Polak, prosty chłop.
A to już zostanie na wieki w historji.
Biedni Prusacy z tymi Polakami: co oni cierpią przez nich! Co tu zrobić, żeby ten naród stał się inny, żeby raz zapomniał o swojej polskości i zrozumiał, że w państwie pruskiem mogą być tylko Niemcy?
Ha, trzeba go wychować po niemiecku. Stare pokolenie przecież wkońcu wymrze, a młode, w dobrej szkole wychowane, inaczej będzie myślało.
Szkoła niemiecka to przecież potęga, nigdzie jej nie brakuje i niewolno dziecka do niej nie posyłać. Musi przez szkołę przejść od 7 do 14-go roku życia. Niemcy dbają o wychowanie i naukę.
Spojrzyjmy tylko na szkolny budynek: jakie miłe wrażenie! Obszerny i wygodny, dość miejsca dla dzieci, czystość wielka, ogródek. Nauczyciel sumienny i gorliwy, lekcyj nie opuszcza, ma i wykształcenie, może wiele nauczyć.
Dlaczegóż polskie dzieci z taką trwogą spoglądają na tę szkołę? Nie biegną do niej radośnie i chętnie, o, nie! A gdy wychodzą, nieraz twarze zapłakane, ręce pokaleczone i spuchnięte, a na ciele niemało sińców.
Biją w niemieckiej szkole. Nauczyciel uderza kijem po głowie, po rękach, po plecach. Bije, wymyśla, kopie, wygraża pięściami, policzkuje. Dziecko się krwią oblewa. Naturalnie, że tylko polskie dziecko.
Dlaczego? za co? czy jest leniwe i krnąbrne?
Bardzo krnąbrne: nie chce się modlić po niemiecku. Po polsku w szkole niemieckiej nie uczą, a polskiej szkoły niema. Język ojczysty słyszy dziecko tylko w domu, ale po niemiecku, idąc do szkoły, nie umie. Trudny to język dla polskiego dziecka. A nauczyciel tylko nim przemawia, a teraz już i księdza nie wpuszczają do szkoły, nauczyciel uczy religji i pacierz każe mówić po niemiecku.
Jakże tu modlić się językiem wroga, którego dziecko nie zna, nie rozumie? A swój pacierz? Ten polski pacierz?
Czują dzieci, że ta niemiecka modlitwa chce odebrać im Boga. Nie umieją, nie mogą tym językiem do Boga przemawiać!
Polskie dzieci się zbuntowały: — Niech nas zabiją lepiej, a modlić się po niemiecku nie będziemy!
I zaczęło się bicie i prześladowanie, klątwy, rany, kułaki, — a one się modlą po polsku.
Ba, buntują się jeszcze bardziej: nie chcą wcale chodzić do szkoły, chociaż za to kara pieniężna, a nawet i więzienie.
Ale znów o tem piszą w gazetach po świecie!

Za ten pacierz w polskiej mowie,
Co ją zdali nam ojcowie,
Co go nas uczyły matki, —
Prusak męczy polskie dziatki!


Tak pisze Konopnicka o gwałtach we Wrześni, pisze o tem Sienkiewicz, i znowu dziwią się narody.
A niech się dziwią, my zrobimy swoje.
Polacy się zbierają, radzą. Jeszcze czego! Zbierać się na narady w Niemczech pozwala prawo, ale Prusak wynajdzie sposób, żeby im zamknąć usta: na zebraniach niewolno przemawiać po polsku. Niech mówią po niemiecku.
Kiedy jesteśmy Polacy! -
Niewszyscy, — w miasteczku czy powiecie mieszka wielu Niemców, i oni mogą brać udział w zebraniach, więc przemawiać należy po niemiecku.
To lepiej się nie zbierać i nie radzić.
A lepiej.
Polacy jednak szukają sposobu, żeby się porozumieć, żeby sobie pomagać, żeby bronić się od zniemczenia.
Taki naród wytępić trzeba, bo Prusaka się z niego nie zrobi. Co się męczyć i głowę sobie łamać, „żelazny kanclerz“ Bismarck daje hasło: ausrotten! to znaczy: wytępić, jak szkodliwe robactwo w kuchni.
Nie odrazu tak było. Po roku 1848, kiedy Niemcy otrzymali konstytucję, choć zdradziecko wymordowali polskie oddziały, które sami pozwolili uzbroić do wspólnej walki z Rosją, musieli jednak i Polakom dać prawo wysyłania posłów na sejm ogólny. Na sejmie ci posłowie mogli niby bronić polskich interesów, — no, ale Niemcy mogli niewiele zważać na to, co oni mówią.
Największą dla nas wartość miało prawo zawiązywania stowarzyszeń. Niezwłocznie utworzono kółka rolnicze włościańskie, które, dążąc do ulepszenia drobnych gospodarstw wiejskich, pozwalały zarazem zbliżyć się do ludu i rozwijać go w duchu narodowym.
Lecz po zwycięstwie nad Francją w r. 1870/1 pycha pruska straciła wszelką miarę. Jak śmie pod stopą panów świata szemrać jakiś tam polski robak!
Ausrotten! — wołał Bismarck i zabrał się do dzieła. Kościół nie chciał się poddać jego woli: nie chciał odebrać dzieciom religji w języku ojczystym, nie chciał powtarzać dyktowanych kazań — a więc walka z kościołem katolickim. Arcybiskup Ledóchowski dwa lata przesiedział w więzieniu, wkońcu wydalono go z kraju.
Zakładają Komisję Kolonizacyjną, której rząd daje miljony, aby wykupywała od Polaków ziemię. Powstaje tak zwana hakata od pierwszych liter nazwisk trzech Prusaków, którzy cały naród wzywają do walki z Polakami i składają wielkie pieniądze, żeby im wydrzeć ziemię.
Dla Polaków są inne prawa, niż dla Niemców. Polakowi chłopu na własnym gruncie niewolno wybudować chaty; ale za ten grunt Niemiec zapłaci mu dobrze, byle skusić go do sprzedaży i osadzić tu kolonistę. Usuwają Polaków od urzędów, bojkotują ich w handlu, przemyśle: Niemiec nic od nich nie kupi! Przemawiać niewolno im własnym językiem; wydalają ich z kraju tysiącami.
I to wszystko jakoś niewiele pomaga: chłop polski trzyma się ziemi pazurami, a obywatel broni praw swoich na sejmie. Ten obywatel, możny, oświecony, nie da zginąć polskości, — trzeba go się pozbyć.
Więc sejm pruski większością głosów uchwala nowe prawo: wywłaszczenie.
Do polskiego dworu przychodzi papier urzędowy: majątek zakupuje rząd niemiecki.
Jakto kupuje? Nikt nie chce go sprzedać.
O to się nie pytają.
Zjeżdża komisja, z wójtem, żandarmami, aby obejrzeć, spisać i ocenić wszystko.
Wywłaszczonym niewolno się pokazać, siedzą zamknięci w pokoju, w ich imieniu przemawia urzędowy jakiś obrońca. Wszystko dzieje się urzędownie, podług prawa.
Rozległość majątku taka, — rząd daje taką cenę. Dlaczego taką? Bo uważa, że tyle warto. Właściciela nie pytają, ile dla niego warte. On może sobie śpiewać z Konopnicką:

„A kto mi zapłaci za ten dzwon, co dzwoni rankiem na pacierze? Za te lasów szumy, za te polne kwiaty, za ten krzyż pochyły, co mi strzeże chaty? za cmentarz, rozkwitły w głóg dziki, jak sady, gdzie leżą w mogiłach ojcowie i dziady?“

Tak, może sobie śpiewać i rzucać pytania, ale nikt nie odpowie. Zostaną na cmentarzu kości prapra-dziadów; zostanie dwór prastary, pełen pamiątek drogich, pełen wspomnień: w tym pokoju nocował jakiś gość drogi ojczyźnie, w tamtym umarł pradziadek-bohater; to drzewo sadził ktoś przed wiekami w ogrodzie na pamiątkę zdarzenia, które pragnął utrwalić dla wnuków; — to wszystko pozostanie, przejdzie w obce ręce, w ręce wroga narodu, na zagładę.
Bo gdzież wywiezie nieszczęsny te skarby, które wieki tu nagromadziły? Stare zbroje, szablice, hełmy, — stare księgi pergaminowe z przed wieków, dzieła cenne i rzadkie, które tak spokojnie w zacisznej bibljotece dotąd spoczywały; obrazy mistrzów polskich?
Może to zabrać wszystko, ale dokąd? — To cząstka tej całości, która zniszczeć musi rozdarta.
A przytem — rząd ogłasza, że majątek kupił, że dał wysoką cenę, stara się nawet szerzyć wieści między ludem, że właściciel za złoto sam ofiarował go kolonizacji. Tak wiele zyskuje, że pozbył się chętnie. — Ale to wszystko kłamstwo.
Na szczęście lud polski tym słuchom nie wierzy.
Właściciel otrzymuje papier urzędowy: rozkaz opuszczenia majątku w oznaczonym terminie. Jeżeli nie wyjedzie, wywiozą go żandarmi. To prawo.
Niema rady. Rzucaj, biedny człowieku, stare gniazdo, nie zobaczysz go więcej w życiu. Zmienią tu zaraz wszystko, żeby nie zostało śladu dawnych czasów. Nie będziesz patrzył już na ten kościołek, gdzie chrzczono dzieci twoje; nie usłyszysz już tego dzwonu; zachodzące słońce nie spojrzy na ciebie, kryjąc się za jezioro i las ciemny, — tego widoku nie zobaczysz więcej.
Rząd pruski ma prawo pozbawiać własności, naturalnie tylko Polaków; i nawet nie za karę, ale żeby „oczyścić z nich“ zabraną ziemię.
Pięciu obywateli zdążyli wywłaszczyć przed wojną.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.