W dolinie łez/W polskim raju

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł W dolinie łez
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1920
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

W polskim raju.

Przez ulice Krakowa idzie pochód uroczysty, sztandary z białemi orłami, duchowieństwo, chorągwie, uniwersytet, akademja, szkoły, stowarzyszenia i tłum nieprzejrzany. Obok śpiewów kościelnych rozlega się hymn narodowy; w powodzi wieńców niosą jakąś trumnę.
To zwłoki Mickiewicza prowadzą na Wawel, by je złożyć w królewskich grobach.
Wielkie, wspaniałe święto narodowe i nikt mu nie przeszkadza. Skądże taka wolność w Krakowie?
W państwie austrjackiem dużo się zmieniło od klęsk pamiętnych pod Magenta i Solferino, które były wyzwoleniem Włoch północnych (1859), a potem pod Sadową (1866), gdzie Prusacy pogrozili Austrji mocną pięścią i przekonali ją na polu bitwy, że nie jest Cesarstwem Niemieckiem.
Więc czemże jest? Zlepkiem narodów. Jeżeli te narody zechcą się odłączyć, a wszystkie razem, jaką siłą utrzyma je przy sobie?
Rosja, Prusy mają jeszcze siłę pięści, ale ona jej nie posiada; jeżeli chce istnieć, muszą jej składowe części być zadowolone ze swojego losu i nie dążyć do oderwania.
Więc najsilniejsze ludy, Węgrzy, Polacy, Czesi, otrzymują pewne prawa: mają sejm własny, własne urzędy, szkoły, wolność stowarzyszeń i rozwoju narodowego.
Powinni być zadowoleni. Wtedy niech sobie cierpią Słowacy, Chorwaci i inne drobiazgi, takich, się nikt nie lęka.
Tym sposobem Polacy austrjaccy w porównaniu z zaborem pruskim i rosyjskim mają rzeczywiście wiele, tak wiele, iż chwilami zdaje im się, że są rzeczywiście wolni, że cesarz austrjacki jest ich polskim królem.
I wdzięczne polskie serca już oddają się z całą szczerością. Wszystko im jedno, jakie są przyczyny, które dały im trochę swobody; gotowe za to wiernie i gorliwie służyć tak łaskawemu monarsze, i służą, często aż zanadto wiernie.
Węgrom wciąż mało i otrzymują więcej, Polak nie upomina się o nic. Widzi tylko, co ma dobrego, i tem się nacieszyć nie może.
Ma przecież swoją szkołę, polską szkołę, gdzie dzieci się uczą w ojczystym języku od nauczycieli Polaków. Ma własny uniwersytet, akademję, rozmaite instytucje naukowe, muzea, bibljoteki. Oddano mu Wawel, gdzie były koszary wojskowe, nie odrazu, ale oddano. Ma prawo własnym kosztem go odnowić, niech przypomina przeszłość ta pamiątka.
Ma wolność słowa. Wolno przemawiać mu własnym językiem na zebraniach publicznych, wolno mówić o miłości ojczyzny, przeszłości, wolno śpiewać na ulicy i w kościele pieśni i hymny narodowe, wolno drukować i kupować książki, za które rząd rosyjski więzi i zsyła na Sybir.
Tu nie wejdzie obcy żandarm do mieszkania, nie będzie mi przewracał gratów, szukając jakiegoś papierka, austrjacki poddany wolny w mieszkaniu swojem od rewizji.
Więc czegóż jeszcze pragnąć? Tu się oddycha swobodniej. Tu jest jakieś schronienie przed zagładą ostateczną. Tu jest naprawdę lepiej.
Jest lepiej, a jednakże — dziwna rzecz, że w tem tchnieniu austrjackiej swobody krąży jakaś trucizna.
Dlaczego takiej nędzy niema w żadnym innym zaborze: chłop biedny, biedne miasta, ciężkie podatki, drożyzna.
I chociaż tu się chronią najgorętsze serca, którym w Królestwie grozi szubienica albo taczka katorgi, choć i tu są działacze, którzy rzucają ziarna wielkich myśli i uczuć w polskie dusze, — ogół jednakże — śpiewa, pięknie mówi, a mimo to jest jakiś uśpiony, drzemiący czy senny.
Kto wie, czy w wielu głowach wyrazy: Austrja, ojczyzna i cesarz nie wydają się jednoznaczne.
Skądże to?
Trochę może wytłumaczyć polska książka szkolna. — Nie podlega cenzurze, dlaczegóż więc tak mało, nic prawie w niej nie znajdujemy o bohaterskiej walce za ojczyznę i utraconą wolność? Dla młodych serc tak mało tu pokarmu, taki jakiś cmentarny, martwy, z grobów przeszłości wieje cichy smutek, a teraźniejszość — to dobrodziejstwa Habsburgów, zalety i piękne czyny tego rodu.
To książka austrjacka, choć po polsku.
Taka być musi, chociaż bez cenzury. Jest kontrola.
I serca polskich dzieci usypiają.
Na szczęście to sen tylko.

A rząd i cesarz czuwa nad losem poddanych: o Słowakach, Chorwatach nie pamięta, bo się obawia Węgrów, lecz Rusinami nagle zajął się po ojcowsku.
Ruś — pamiętamy — za Kazimierza Wielkiego, a więc w XIV wieku, połączyła się z Polską, szukając jej opieki i obrony, aby nie stać się łupem Węgrów lub Tatarów.
I odtąd dwa narody żyły w jedności i zgodzie, łączyły się w małżeństwach i na polu walki albo przy wspólnej pracy. Rusin widział w Polaku brata i za brata był zawsze uważany.
Dopiero Austrja zrobiła odkrycie, że Rusin potrzebuje cesarskiej opieki przed ciemięzcą Polakiem.
A on nic o tem nie wie. Trzeba mu to wytłumaczyć. Wierni słudzy cesarza zbierają Rusinów w cerkwi świętego Jura we Lwowie i tam mu opowiadają o krzywdach, jakich od Polaków doznaje. Ziemię mu wydarli, oświaty nie dali, gnębili narodowość, prześladują unję. Tak, tak: Polacy prześladują unję!
Takich prawd dowiadują się biedni Rusini, ale że im to jakoś wszystko jedno i niewiele mogą zrozumieć, więc trzeba sprowadzić garstkę hajdamaków, którzy lubią rżnąć, palić i mordować. Usłyszeli o krzywdach i zemsta gotowa, co się długo namyślać? Hajże, na uniwersytet! Niszczyć książki, krajać obrazy, rozpędzać profesorów, walczyć pałką i nożem. To kultura.
Namiestnik Polak — zabić go. Niech nie rządzi na ruskiej ziemi.
Tak zaczęła się walka o zniszczenie polskiej kultury na ziemi, która innej, własnej kultury nie miała; o zerwanie wiekowej zgody z Polakami, a przez to osłabienie polskiego żywiołu, żeby się nie upomniał kiedy o swoje prawa.
Ale co najdziwniejsza, że Moskal i Prusak z niezmierną gorliwością pospieszyli Rusinom na pomoc. Nie żałują pieniędzy i nauczycieli, żeby im wytłumaczyć, kto ich wrogiem, i jak mogą z tym wrogiem walczyć, mając trzech tak potężnych opiekunów.
Prawda, że dziwne rzeczy były w tym polskim raju? Dziwne, zdradzieckie, groźne. Lecz Polak ufał, a ukołysany melodją drogich pieśni, nie patrzył dość bacznie i może niedość czujnie stał na straży.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.