W dolinie łez/Za wiarę ojców

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł W dolinie łez
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1920
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Za wiarę ojców.

  „Na Anioł Pański biją dzwony,
W niebiosach kędyś głos ich kona,
Niech będzie Chrystus pozdrowiony!
Niech będzie Marja pozdrowiona!
  Na Anioł Pański biją dzwony...“

Noc, puszcza wielka, czarna, nieprzebyta. Takich puszcz w Europie zachodniej już niema, ale na kresach Polski, na Litwie i Rusi jeszcze żyją i — są potrzebne.
Gdybyś na skrzydłach przebył bezdroża, moczary, gąszcz niezbrodzony, ujrzysz wreszcie w miejscach prawie niedostępnych wielką, jasną polanę.
Noc pochmurna i ciemna, więc trudno rozpoznać, co się tu dzieje, dziw jednak, że w tej puszczy tyle życia.
Wozy stoją między drzewami, czasem koń parsknie zcicha, jakby wiedział, że trzeba być ostrożnym; czasem słychać stąpanie, lekki i powolny turkot; ruch wszędzie, dookoła. Tu i owdzie blade i nikłe ogniska, przy nich snują się jakieś postaci, widać kobiety i dzieci uśpione; pełno musi być ludzi.
Pobladło niebo, świta. Coraz wyraźniej widać mur ciemnych sosen i świerków dokoła, a pośrodku morze głów ludzkich.
Ruch coraz większy. Pod lasem na wzgórzu krzyż błysnął w promieniach słońca: tam wznoszą ołtarz wśród świateł i kwiatów.
Wszyscy się już zbudzili, matki karmią dzieci, odziewają czysto i świątecznie, od czasu do czasu kwakanie, pogwizdywanie: hasła umówione.
Szepty, dreszcz jakiś wstrząsa tłumy zgromadzone, budzi serca radosne bicie.
— Księża przyszli!
— Misjonarz.
— Zakonnicy.
Łzy zasłaniają oczy, szloch chwyta za gardło, doczekali, ujrzeli wreszcie!
Zapłonął ołtarz od jarzących świateł, rozległ się głoś dzwonka — i wszyscy nagle padli na kolana, wszystkie ręce wzniosły się w górę, ku niebu, wszystkie serca wołają: — Panie!
Na wzgórze ksiądz wstępuje w złocistym ornacie, niesie monstrancję złotą.
Rozpoczęło się nabożeństwo. Dzwonią dzwonki, dymią kadzidła, ołtarz jaśnieje niby krzak ognisty, i płyną stamtąd modły, słowa święte, tak dawno niesłyszane, zabronione!...
Gdzieś wdali pies zaszczekał, — ktoś szepnął: Moskale! — ale oni się modlą, gotowi są umrzeć. Takie promienne twarze mieć musieli męczennicy-chrześcijanie, umierając w cyrku za wiarę.
— Święty Boże! święty, mocny! — popłynęły gorące słowa od ołtarza, i powtórzyły je tysiące piersi, i chór modłów wzbił się potężny w niebiosa, aż przed tron Przedwiecznego skargą straszną.
Bo tym nieszczęsnym modlić się niewolno. Niewolno. To unici. To „oporni“, co nie chcą przyjąć prawosławia. Ileż mąk wycierpieli, cierpią ciągle!
Są tu ludzie dorośli, dzietni, a nie chrzczeni, bo się w cerkwi ochrzcić nie dali. Inni po raz pierwszy widzą nabożeństwo, inni nie spowiadali się jeszcze, nie przyjmowali Najświętszego Sakramentu, choć krwią płacili za codzienne grzechy pod kozacką nahajką.
Chleb powszedni nie nakarmi tak głodnego, jak pokrzepia ich Słowo Boże, którego łakną, pragną, potrzebują.
Ono da im siłę wytrwać dalej w męce, w krwawej walce o duszę własną i najdroższych. Męczeństwo unitów na Litwie i w Chełmszczyźnie porównać można tylko z męczeństwem pierwszych chrześcijan. Włos powstaje na głowie, gdy czytamy te straszne opisy. W najokrutniejszy sposób mordowano ich, w kościołach, knutem i nahajką pędzono do cerkwij bito na śmierć, więziono, kaleczono, znęcano się nad kobietami, wydzierano im dzieci.
Całe księgi mamy już takich obrazów. Lud jednak walczył mężnie całe dziesięciolecia i przetrwał.
Kiedy w kościołach osadzono popów, przestał chrzcić dzieci, nie brano ślubów, zmarłych chowano w nocy na pustkowiach, żeby uniknąć prawosławnego cmentarza.
Po lasach wycinano krzyż na drzewie, i to była świątynia. Czasem zjawiał się ksiądz przebrany i spełniał święte obrzędy. Niekiedy w głębi puszczy, w miejscach niedostępnych, urządzano misję dla całych tysięcy.
Ale doczekać tego wśród codziennej męki! Byli nieszczęśliwi, którzy dobrowolnie ginęli w płomieniach własnej podpalonej chaty, śpiewając hymn pobożny. Matki traciły rozum, gdy im wydzierano dzieci, a inne zabijały je z rozpaczy. Miesiącami kryli się w lasach, kiedy Kozaków sprowadzano do wsi, ażeby nawracali.
Jakąż ożywczą siłą, krynicą pociechy dla tych znękanych była misja w puszczy! Na wieść o przybyciu księży katolickich iskra przebiegała całą okolicę. Gotowano się w drogę, zwykle dość daleką, zabierano swoje i nieswoje dzieci, bo chrzest przecie najpotrzebniejszy. A potem podróż nocą, pośród rozstawionych straży, kierując się wszędzie umówionem hasłem.
I co za szczęście ujrzeć ten ołtarz płonący, usłyszeć księdza, który nie lęka się kary, byle pocieszyć te dusze łaknące!
Po nabożeństwie trwa praca gorliwa: tyle tysięcy wysłuchać spowiedzi, dać naukę, ochrzcić, zaślubić. Kto otrzymał już wszystko, odjeżdża powoli, aby nie wszyscy razem.
Odjeżdża z pełnem sercem, silną duszą, wraca do piekła z raju, bo tam może nahajka, pika, głód i rany, a szpieg, strażnik i pop napewno.
Ale posilili się Chlebem Żywota i gotowi są umrzeć i cierpieć.
Tu Pratulin i Drelów, — Oszmiana i Kroże na Litwie, Podlasie i cała Chemszczyzna — to pomniki i cmentarzyska tysięcy, które oddały życie za wiarę swych ojców.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.