Wesele w Porębie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Wesele w Porębie
Pochodzenie Łzy Chrystusowe
Data wydania 1928
Wydawnictwo Spółka Pedagogiczna T. A.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Wesele w Porębie


W karczmie u Siary dudniło wesele. Żenił się Staszek Szymota z Maryną od Głowniów – gospodarscy oboje – to też ci była muzyka a rzępolenie! Dwoje skrzypiec, basetle też i kozica, jak się patrzy – a ino! I było komu grać, bo z dwóch wsi nazłaziły się dziewuchy i parobasy – do tańca każdemu ochota! śwarnych też było dużo, ale najśwarniejsi chyba młodzi oboje, a i tańcowali najlepiej, że ino stać a patrzeć! Maryna zwinna była nikiej ta ryba, co się u jazu pluskocze, a gdy się jej wstążki rozpuściły w tańcu, to tak furkotały, jak gołąb, gdy leci; myślałbyś, że wszystkim frunie nad głową. Coraz to inny ją brał, a pan młody też coraz to z inną dziewuchą wywijał... inni też coraz inne brali: wiązały się pary, to znów rozbijały, niekiedy potrącając o siebie wśród śmiechu i przytupywania i coraz to inne wymyślając obroty, skoki, śpiewanki... Hej oberek! hej krakowiak!
Podłoga drzazgi sypała, trząsł się szynkfas, a po ścianach chybatały się obrazy, jakby i świątkom pilno było w tan skoczyć! Kieliszki na stołach też podrygiwały – hej ha! hejże dana!... Niech wszystko tańczy, niech wiedzą, że się żeni Stach Szymota z Maryną od Głowniów!
Raz po raz parobczak z nową jakąś wystąpił śpiewką, zawadjacką, rozhukaną, a godzącą w którąś z obecnych dziewczyn. Kiedyindziej znów starzy ojcowie, mocno już w czubie mający (Siara nie skąpił wódki) przekomarzali się z sobą lub w głos chwalili młodożeńców. Swachny chichotały po kątach, a ukradkiem zerkały na parobczaków: A pódzino do taneczka!
Czasem przycichało na chwilę... i tylko było słychać brzęk kieliszków, któremi trącano się na zdrowie, lub ktoś za wiele wypiwszy, pochrapywał za stołem. Ale za chwilę znów zgiełk wybuchał. Pary się przewijały, niby owe płomyki, co zimą jeden przez drugi harcują na ognisku. Wrzało w izbie – było duszno, niemal skwarno. Twarze i oczy rozgorzały – parobcy lgnęli do dziewuch, jak ćmy do świecy. Wszędy był szum – w izbie i w głowach... A muzykusy dudlili, dobrze podochocone, jakby im ręce same chodziły – ciewy!...
Na drodze dzwonek się ozwał, zrazu daleki, potem coraz bliższy, później było słychać i turkotanie bryczki. To jechał jegomość z Panjezusem do chorego. Organista siedział przed nim na koźle i dzwonkiem ogłaszał, żeby ludziska uklękli i pokłon oddali Panjezusowi, jak się należy – dyć Pan Jezus jest pan większy niż dziedzic i cysarz.
Wierzby przydrożne widać zrozumiały, kto hań jedzie, bo pochyliły czoła i jęły szeptać coś, niby swoje: „Niech będzie pochwalony“. Wiater, co się przódzi ś niemi zabawiał, tera też plackiem padł na drodze, a czołem bił, a wzdychał. A ona grusza Wojtkowa, co to bez płot tak ciekawie wyziera, zasuściła, przygięła się i poczęła sypać z gałęzi bieluchne płateczki, niby te dziewczęta, co idą z kobiałeczkami kwiecia przed monstrancyją na Boże Ciało. Zasie te zboża złociste, widzi się, biegły szybkim krokiem na spotkanie, jak gromada, niosąca po dożynkach dziedzicowi chleb i sól. Wśród tych falować przebłyskujące łany łubinu rozlewały dokoła zapach luby i słodki, niczem te kadzielnice nieszporne, a niby organy przygrywały pszczoły w Bartłomiejowej pasiece...
Jednem słowem, na głos organistowego dzwonka wszystko uniżyło się przed Panjezusem, jadącym pocieszyć kogoś w ostatniej godzinie. Ale w Siarowej karczmie nikt na to nie baczył. Wprawdzie któryś ze starszych wyźrał przez dźwierza i chciał oznajmić hulającej gawiedzi, ale nim przeszedł próg sieni, zniemogła go gorzałka i runął, jak długi, o ziemię. Nie troszczono się o nic – wszystko było rozbawione, rozkochane, podchmielone... Muzyka rżnęła coraz raźniej i żywiej, rzekłbyś, że niebawem karczma sama kręcić się pocznie...
Wózek przejeżdżał już przed samą karczmą. Organista zaczął dzwonić z całej siły, by go ludzie usłyszeli i opamiętali się. Wielu ta i słyszało, ale co im ta do tego! wesele to wesele!... I głośniej, jakby dla zagłuszenia dzwonka kościelnego, ozwały się skrzypki i kozice i coraz zawzieciej przytupywali parobasy: Hej!-ha! hejże! ha!... Drzazgi sypały się z podłogi, podłoga leciała w kawałki, zdawało się, że się niezadługo do cna rozleci...

Nagle stało się coś dziwnego: pod tańczącymi zaczęła się kołysać ziemia, jakby karczma była łodzią, płynącą po rzece. Ale co im do tego! przecież się bawią! hej-ha! hejże dana!... To zwykła rzecz; kiedy kto ma nieco we łbie, to mu się zdaje, że się ziemia pod nim chwieje, a to tymczasem on sam nie może ustać na nogach. Wtedy niema co stać, bo się łacno obalić – lepiej tańcować, choćby karczma pod ziemię zapaść się miała!...

...organista nagle obejrzał się — i osłupiał z dziwu. Karczma pogrążyła się już w ziemi do połowy okien...
I szedł dalej pląs opętany a zawrotny z przyśpiewkami i wywijasami... Hej-ha! hej-że dana!...

Ale karczma zaczęła się naprawdę nietylko kolebać, ale nawet osuwać i zapadać w ziemię. Kiedy wózek z księdzem już odjechał kawałek drogi, organista nagle obejrzał się – i osłupiał z dziwu. Karczma pogrążyła się już w ziemi do połowy okien i coraz więcej się zagłębiała jak ta trumna, co ją na powrozach do dołu spuszczają. Organista wskazał cud ten jegomościowi.
– Kara Boża!... – szepnął zbielałemi ustami dobrodziej...
Ledwo to wyrzekł, już ponad ziemią sterczała jeno strzecha, szamocąca się, niby topielec, chcący wychynąć się ponad wodę. Za chwilę i ona znikła, a ziemia zawarła się nad nią, jak wrota piwnicy... I nic z karczmy nie pozostało, ino ze środka wydobywały się jakieś grania i wesoły śpiew i przytupywanie.
Hej! huczne to było wesele!...
Ksiądz westchnął, przeżegnał się i pojechał dalej. Za powrotem odprawił mszę żałobną i kazał na miejscu, gdzie stała karczma Siary, postawić figurę. Jeżeli kto przechodzi tamtędy i odmawia: „Wieczny odpoczynek“ – wtedy usłyszeć może granie i śpiew i pląsy, niby brzęczenie trzmieli, co gnieżdżą się pod ziemią. Bo weselnicy tańczą i tańczą – choć im już tam pono ciało od kości odpada – a skończyć wesela nie mogą... Jak powiadają starzy ludzie, będzie to wesele trwać do końca świata.

Diwizjonnaja 1917.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.