Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wiatronogi
Wydawca Księgarnia J. Czerneckiego
Data wydania 1919
Druk Drukarnia J. Czerneckiego
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Tłumacz Gustaw Daniłowski
Tytuł orygin. Холстомер
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XI.

Jeżeli Wiatronogi miał tej nocy jakie wspomnienia, przerwał mu je Wasyl, który, zarzuciwszy nań derkę, popędził do miasteczka. Do rana trzymał go przy drzwiach szynku razem z chłopskim koniem, z którym srokacz się lizał. Nad rankiem, wracając do stajni, wałach poczuł świerzbienie. Jakoś dziwnie świerzbi? — pomyślał.
Po upływie pięciu dni zawołano konowała; ten z radością orzekł, że to krosta i prosił, by mu pozwolono sprzedać srokacza cyganom. Po co? — trzeba zabić, jak najprędzej — brzmiała odpowiedź.
Ranek był jasny i cichy. Tabun poszedł na paszę, a Wiatronogi pozostał w stajni. Wkrótce zjawił się jakiś dziwny człowiek, chudy, czarny, brudny, w zbryzganym krwią kaftanie. Był to hycel. Ujął kantar i wyprowadził srokacza. Wałach szedł spokojnie, bez oporu, jak zwykle, włócząc po słomie nogami. Za wrotami zawrócił w kierunku stadniny, ale hycel szarpnął uzdę, wrzeszcząc: Nie trzeba!
Hycel wraz z Wasylem, który szedł z tyłu, skierowali się do dolinki, znajdującej się za szopą z cegłą, jakby owo miejsce posiadało jakąś szczególną własność. Zatrzymali się nagle.
Hycel oddał Wasylowi uzdę, zdjął kaftan i zawinąwszy rękawy, wydobył z cholewy nóż i osełkę.
Wałach próbował dla zabicia czasu uszczypnąć trochę trawy, ale była za daleko — westchnął więc i zmrużył oczy. Po chwili obwisła mu dolna warga, ukazując spiłowane żółte zęby; wałach zaczął zasypiać przy dźwiękach ostrzącego się noża — tylko mu chora noga drgała odruchowo.
Raptem poczuł, że go biorą za szczękę i podnoszą mu głowę do góry. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą dwa psy. Jeden węszył w kierunku hycla, drugi siedział i wpatrywał się w wałacha, jakby czegoś oczekiwał od niego właśnie; srokacz popatrzał na nich i zaczął trzeć szczękę o trzymające go ręce.
— Pewno chcą mnie leczyć — pomyślał — a niech leczą; i rzeczywiście poczuł, że mu coś robią z gardłem. Uczuł ból. Drgnął, ruszył nogą, ale się pohamował, czekając, co dalej będzie...
Dalej poczuł, że ciepła ciecz polała się szeroką strugą po szyi i piersiach. Wałach westchnął obydwoma bokami i poczuł znaczną ulgę; zrobiło mu się lżej o cały ciężar życia. Zamknął oczy, opuścił głowę, nikt go nie trzymał. Zadrżały pod nim nogi, począł się chwiać całem swem ciałem. Nie tyle się przeraził, ile zdziwił. Wszystko wydało mu się tak nowe i niezwykłe, rzucił się naprzód, w górę. Ale zamiast skoku, związały mu się nogi i upadł na kolana, a później zwalił się na lewy bok. Hycel czekał, aż się skończą drgawki, poczem odpędził zbliżające się psy, wziął wałacha za nogi i przewrócił go na grzbiet. Wasylowi polecił trzymać nogi, a sam zaczął zdzierać skórę.
— I to był koń, rzekł Wasyl.
— Żeby był więcej tłusty, lepsza byłaby skóra, odparł hycel.
Wieczorem wracający tabun dostrzegł z góry w dolinie, z lewej strony drogi, jakąś czerwoną plamę, wokoło której kręciły się psy, latały wrony i jastrzębie.
Jeden z psów, opierając się łapami o ścierwo, trzęsąc pyskiem, odrywał kawały mięsa.
Bura klaczka zatrzymała się i, wyciągnąwszy szyję, wciągała w chrapy powietrze — ledwo ją zdołano z tego miejsca odpędzić.
O świcie w gęstwinie starego lasu wyły radośnie wilczęta. Było ich pięcioro. Cztery wie jednakowe, a piąte maleńkie z głową większą od tułowia.
Chuda wyliniała wilczyca, włócząc po ziemi pełny brzuch i obwisłe wymiona, wyszła z krzaków i siadła naprzeciwko swego potomstwa.
Wilczęta skupiły się wokoło matki, ona zaś, zbliżywszy się do najmniejszego i opuściwszy głowę i ogon, zrobiła kilka kurczowych ruchów i wyrzuciła z paszczy wielki kawał koniny. Większe wilczęta zbliżyły się do wilczątka, ale matka odpędziła je z groźbą, oddając wszystko małemu. Malec, jakby rozgniewany, wyjąc, zagarnął pod siebie ścierwo i jął je szarpać. W ten sam sposób matka wyrzuciła po kawałku mięsa każdemu z pięciorga swych dzieci, poczem położyła się i jęła odpoczywać.
Po tygodniu około szopy widniał tylko czerep i dwa piszczele; reszta się ulotniła.
W lecie kościarka zebrała i te resztki i zużytkowała je w odpowiedni sposób.
Błąkające się po świecie, żądne jadła i napoju martwe cielsko Sierpińskiego, znalazło się w ziemi znacznie później.
Ani jego mięso, ani kości, ani skóra nie przydały się na nic nikomu. Od dwudziestu lat to włóczące się po świecie ciało było dla wszystkich jedynie zawadą. Pogrzeb jego również nabawił ludzi zbytecznego kłopotu, bo pomimo to, że oddawna nie było nikomu potrzebne, jako bezużyteczny ciężar, żałobnicy, chowając zmarłego, uważali za niezbędne ubrać rozkładającego się trupa w nowy mundur, piękne buty, włożyć go w nową ładną trumnę z sutemi kutasami po czterech rogach, umieścić pierwszą trumnę w drugiej metalowej, zawieźć do stolicy, poruszyć stare kości umarłych i koniecznie w tym właśnie miejscu pogrzebać to zgniłe, pełne robaków ciało w nowym mundurze i wyczyszczonych butach — i wszystko ziemią zasypać.

Koniec.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: Gustaw Daniłowski.