<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Wieś i miasto
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VI.
NIECO TRAGEDJI.

Nadszedł wielki post, epoka ogólnego opamiętania. Po karnawałowych szaleństwach młodzi mężczyźni wrócili do rozwagi i nanowo poczęli wygrzewać miejsca przy zielonych stolikach, albo dreptać około bilardów. Zdesperowani ojcowie, straciwszy nadzieję wyprawiania wesel swoim córkom, jeszcze niżej niż w adwencie opuścili głowy i nosy. Młode panny wreszcie, przestawszy wzdychać po tańcujących wieczorach, poczęły zkolei wzdychać do majówek, podprawionych kwaśnem mlekiem, rzewnym śpiewem słowika i jeszcze rzewniejszem gruchaniem elegantów, którym szczupłe dochody nie pozwalają zostać twórcami domowych ognisk.
Krótko mówiąc, towarzyski ruch osłabł w całej okolicy, z wyjątkiem wilczołapskiego folwarku, w którym naodwrót znakomicie się ożywił. Na wszystkich drogach, wiodących do majątku państwa Letkiewiczów, widziano mnóstwo nieznanych osób. Czyby mieszczanie, ujęci uprzejmością dziedzicznych dobrodziejów parafji, składali im wizyty? Czy może umarł, na jakimś nieznanym punkcie ziemi, ów domyślny krewny miljoner, napędzając tym sposobem tłumy pochlebców na progi swoich sukcesorów? Gdzie tam! gdzie tam!... Owe osoby nieznane byli to wierzyciele, komornicy i woźni, którzy połączonemi siłami pod kierunkiem Gotlieba von Oschuster wydzierali Letkiewiczom ich ostatnie schronienie!
Nareszcie, pewnego dnia oznaczono stanowczo termin licytacji, a państwo Letkiewiczowie znaleźli się bez dachu i bez grosza.
W tej to krytycznej chwili, po raz pierwszy i ostatni, zajechały na podwórze ich niegdyś folwarku wygodne kryte sanie, z których wysiadł pewien czerwony, tęgo zbudowany szlachcic ze straszliwemi wąsami. Przybysz, nie meldując się, wszedł do pokoju i rzekł do wywłaszczonych:
— No i cóż, wszystko skończone, sąsiedzi?...
— Wszystko, panie Żabicki!... — odparł, załamując ręce, Letkiewicz. — Zgubił nas ten łotr von Oschuster!
— Damy i jemu radę — odparł Żabicki (on to był bowiem) — a tymczasem siadajcie i jedźmy.
I otóż stało się, że dwoje tych zepsutych dzieci, starych sierot, znaleźli na resztę dni przytułek w domu uczciwego i rozumnego człowieka. Z wielkiego majątku nie wzięli biedacy ze sobą prawie nic, oprócz wspomnień lepszych czasów, francuskiego języka, tudzież trójguzikowego fraka, ponsowej kamizelki i podartych kamaszy swego ostatniego lokaja.
Śmieszne i bolesne pamiątki!
Tymczasem we wsi z niemałem zdziwieniem dostrzeżono, że bogaty Wojciech brata się ciągle z trzymorgowym biedakiem, głupim Szymkiem. Ciągle widywano ich razem, a każdej prawie niedzieli Szymek upijał się za Wojciechowe pieniądze.
— Ho! ho! mądry chłop z tego Wojciecha! — mówili sąsiedzi. — Zachciało mu się być wójtem, to i zaczyna pomaluśku ludziom fundować.
Ale dwaj nowi przyjaciele nigdy ze sobą nie gadali o wójtowstwie, tylko o Josku i jego figlach. Wojciech przypominał ciągle bursztyn, Szymek procenta, jeden i drugi zaś utyskiwania swoje kończyli pobożnem życzeniem:
— Oj! żeby temu Żydowi już raz gdzie djabli kark skręcili.
Pewnego śnieżnego i wietrznego dnia, przyjechał Josek do wsi i zapowiedział Szymkowi, że pojedzie z nim po towary.
— A wiele zapłacita? — spytał Szymek.
— Co wy gadacie, Szymku? — krzyknął zdziwiony handlarz. — Ja wam będę płacił, a co się stanie z moim procentem?
Szymek począł się skrobać w głowę.
— No, no! — ciągnął dalej Josek. — Nie marudźta, ino koniom podsypta obroku. Ja u was dziś przenocuję, jutro skoro świt wyjedziemy, a na wieczór wrócicie do chałupy.
Markotny Szymek poszedł do Wojciecha na radę.
— Wojciechu! — rzekł — pożyczta mi pięć rubli dla tego Żyda... Znowu mnie goni po towary.
— Skąd jabym wziął pięć rubli? — odparł chytry Wojciech. — Żeby tak na mnie — dodał — tobym się z nim w oczymnieniu sprawił!
— Jakżebyśta się sprawili?
— Jak?... A zagłobiłbym psiawiarę i basta!
— A bo to tak można? — spytał z powątpiewaniem Szymek.
— Co nie ma być można? Kiedy nocuje w stodole, tobym go oprawił na miejscu, a potem zawlókł do lasu. Niechby tam wilki dokończyli!
— Zawdy to grzech! — wtrącił nieśmiało Szymek.
Wojciech oburzył się.
— O dla Boga! jaki grzech? A toż ci on gorszy zbój, bo nietylko was kudła, ale i mnie jeszcze oszwabił!
Na tem skończyła się rozmowa, po której Szymek wrócił do chaty i aż do wieczora w ponurem zamyśleniu pod piecem przesiedział. Gdy noc nadeszła, zjawił się handlarz i zajął przeznaczone mu miejsce w stodole.
Około północy powstała gwałtowna zawieja. Wiatr wył, szumiące drzewa gięły się ku ziemi, a cały widnokrąg zapełniła gęsta kurzawa śniegu. Uboga Szymkowa chata trzęsła się w posadach, skrzypiały ściany, trzeszczał dach, a na kominie śnieg resztę żaru zagasił.
— W imię Ojca i Syna... a to złe tańcuje na dworze! Pewniakiem ktości się powiesił! — mówiła Szymonowa kobieta, obudziwszy się ze snu.
Mąż jej drgnął, lecz nie odezwał się ani słowa.
— A czemuż ty się, stary, nie kładziesz? — zapytała znowu.
— Muszę jeszcze wóz opatrzyć i koniom obroku dosypać — odpowiedział Szymon i wyszedł z izby.
W sieni, potykając się i zataczając, wyszukał poomacku siekiery i z nią wysunął się na dwór.
Kiedy otworzył drzwi, zawieja była tak straszna, że nie mógł nic widzieć na długość własnej ręki. Przez chwilę zdawało się Szymkowi, że mu jakaś nadludzka siła nie daje progu przestąpić, to wiatr wpychał go napowrót do chaty, to śnieg bił po twarzy i oślepiał.
Doszedłszy do środka podwórza, Szymek nagle stanął. Zdawało mu się, że wichry gwarzą ze sobą nad jego głową i radzą, aby go porwać.
Znowu począł iść naprzód, lecz bardzo powoli. Przerażał go skrzyp śniegu pod nogami, jak złodzieja, który do cudzej komory wchodzi.
Nagle, wyciągniętą przed siebie ręką uderzył o coś: były to drzwi stodoły. Szymek przeżegnał się i wszedł.
Głośne chrapanie wskazało mu dalszą drogę. Szymek wszedł na środek stodoły i nagle zatrzymał się. U nóg jego, twardym snem ujęty, leżał handlarz.
Chłop pochylił się nad nim, targnął go parę razy za ramię i rzekł:
— Wstawaj, Żydu!
— Kto to jest? — spytał rozmarzony Josek, siadając na swem lichem posłaniu.
— No, ja!...
— Jakie ja?
— No ja, Szymek!
— Czy już pora jechać? — spytał handlarz.
— Pora ci jechać na kirkut!
Josek zupełnie oprzytomniał.
— Co wy gadacie? — Zwarjowaliśta, Szymku, czy co?
— Com miał zwarjować?... Zapłacę ci twoje pięć rubli, nie bój się!
— Ja się nie boję! ja nie chcę pięć rubli! naco takie żarty?... Przez wasze głupstwo, to mi tak serce bije, że strach!
— Ja tam nie żartuję, ino naprawdę przyszedłem ci tu śmierć zrobić, bestyjo!
— Aj waj!
— Cicho, Żydu! — przerwał Szymek, potrącając go ręką w głowę. — Pomodliłbyś się lepiej w tej ostatniej godzinie.
— Będę się modlił! — odparł handlarz, trzęsąc się jak galareta. — Aj waj! niech Pan Bóg da zdrowie panu Szymonowi za jego żarty takie.
— Ty nie żartuj, paro, ino śpiewaj majufes, póki czas!
— Już będę śpiewał! — odparł handlarz.
Istotnie zaczął śpiewać, naprzód zwolna i cicho, potem, coraz prędzej i coraz głośniej.
— Nie drzyj się tak! — ostrzegł go Szymek.
— Już się nie będę darł! — odparł handlarz i począł śpiewać jeszcze głośniej.
Oryginalna to była sytuacja! Na dworze jęczał żałośnie wicher, a w stodole jeszcze żałośniej jęczał modlący się Josek. Szymon z uwagą przysłuchiwał się jednemu i drugiemu, instynktem przeczuwając, że położenie jego staje się coraz bardziej kłopotliwe. Nagle, nad jękiem wiatru i śpiewem Joska wziął górę jakiś trzeci głos, śpiewający prawie tuż obok stodoły, następną zwrotkę:

A trząchnijże, dziewko, sobą,
Bo mi ile tańcować z tobą!
Śkikasz ino kole boku,
Niby torba od obroku.


— Gewałt!... rozbójstwo!... zabijanie!... — wrzasnął handlarz, usłyszawszy tę zwrotkę, i zerwał się na równe nogi.
Najpierwsza tancerka warszawskiego baletu pozazdrościćby mogła Joskowi skoków, jakie od tej chwili w ciemnej stodole wyprawiać począł. Nie przestając krzyczeć w niebogłosy i wymyślać Szymkowi, na czem świat stoi, przestraszony Żydek biegał po całem zapolu, pięściami i nogami bił w ścianę, zsunął się z dużej sterty słomy, a wreszcie cudem jakimś dosięgnął ręką strzechy.
Schwycił się za krokiew, lecz ta pękła, a Josek spadł na głowę Szymkowi i przewrócił go na ziemię.
Leżąc na klepisku, zobaczył przypadkiem, u dołu bramy wychodzącej na pole, dość wielki otwór, przez który chciał się wysunąć.
Krzyki Joska usłyszeli powracający z karczmy włościanie, i przystąpiwszy do bramy, zapytali:
— A co się tam wyrabia, hej!
— Rozbójstwo! — krzyczał uwięziony w bramie Josek. — Wyciągnijcie mnie stąd, moi złoci.
Włościanie, zobaczywszy głowę i ręce handlarza, szarpnęli go do siebie, jednocześnie Szymek pociągnął go za nogi do stodoły. Bóg wie, jak długo trwałaby ta walka, gdyby nie interwencja Szymonowej, która usłyszawszy hałas, wpadła na pole bitwy i odprowadziła męża do chaty.
Josek, wydobywszy się z nieszczęścia, pędem pobiegł do karczmy, gdzie przez całą noc trzeźwiono go i uspakajano. Szymek zaś na drugi dzień został aresztowany i odstawiony do miasta.
Nadeszły dla nieboraka przykre chwile, był bowiem oskarżony o chęć dokonania zabójstwa na osobie „niewinnego i skądinąd uczciwego handlarza Joska.“
Bronił Szymona Goldcwejg. Wymowny adwokat zauważył przedewszystkiem, że „niewinny i skądinąd uczciwy“ jego współwyznawca Josek był wielkim intrygantem i nicponiem, który przyczepiwszy się do ciemnego i nierozwiniętego wieśniaka, wysysał go jak pijawka. Że powtóre, nękany przez handlarza Szymek powziął nierozsądny zamiar nastraszenia go wśród nocy. Że wreszcie, o usiłowaniu zabójstwa mowy nawet być nie może, nikt bowiem, chcąc kogoś zamordować, nie budzi go, a tem mniej nie daje czasu do odśpiewywania modlitw.
Najważniejszą jednak obroną była z jednej strony głupota Szymka, z drugiej zaś przestrach Joska i ciemna noc, skutkiem czego handlarz zapytywany: jaką bronią chciał go zabić podsądny? — raz odpowiadał, że drągiem, drugi raz, że fuzją, trzeci — że siekierą.
Skończyło się więc na tem, że Szymek posiedział parę miesięcy w kozie, a nastraszony Josek, w swojem i swoich następców imieniu, wyrzekł się lichwiarskich procentów, a nadewszystko stosunków „z ordynaryjnymi chłopami.“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.