Wieści z nikąd/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.

Targ po drodze.

Natychmiast opuściliśmy bieg rzeki, znajdując się niebawem na głównej drodze, przerzynającej Hammersmith. Ale nie mógłbym wcale odgadnąć, gdzie jesteśmy, gdybyśmy nie byli zaczęli jazdy od brzegu rzeki, gdyż King Street zniknęła, a szosa przerzynała rozległe słoneczne łąki i pola jak ogród uprawne. Strumień, przez któryśmy natychmiast w poprzek przejechali, został uwolniony od sklepienia, tak, że jadąc przez piękny most, widzieliśmy jego wody nabrzmiałe jeszcze przypływem i pokryte wesołemi łodziami przeróżnych rozmiarów. Naokoło stały domy, niektóre przy drodze, niektóre wśród pól, poprzecinanych miłemi ścieżynkami, a każdy dom otaczał bujny ogród. Odznaczały się one wszystkie ładnym rysunkiem, a choć budziły zupełne zaufanie co do swej mocy to na oko miały pozór małych domków wiejskich; jedne z nich, jak te nad samą rzeką, zbudowano z cegły, inne (a te przeważały) wzniesiono z drzewa i wapna, i te z racyi swej konstrukcyi tak były podobne do średniowiecznych domków z tego samego materyału wzniesionych, że takie odniosłem wrażenie, jak gdybym został żywcem przeniesiony w czternasty wiek; wrażenie to podnosiły ubiory ludzi, których mijaliśmy lub spotykali, tak w nich nic nie było, „nowoczesnego“ (modern). Każdy niemal przechodzień był wesoło ubrany, ale szczególniej kobiety, które były tak przystojne, a nawet ładne, że zaledwie mogłem się powstrzymać od zwrócenia na to uwagi mego towarzysza. Niektóre spotykane twarze były pełne myślącego wyrazu a w tych, odzwierciedlała się wielka szlachetność; ale ani jedna nie zdradzała nieszczęścia, większość zaś (spotykaliśmy sporo ludzi) była jawnie i otwarcie wesoła.
Zdawało mi się, że rozpoznaję Broodway po położeniu ulic, które zawsze jeszcze tam się przecinały. Na północnej stronie drogi wznosił się szereg budynków, nizkich lecz ładnie zbudowanych i ozdobnych, stanowiących w ten sposób kontrast z bezpretensyonalnością okolicznych domów; powyżej tych niższych budynków wznosił się pochyły, ołowiem kryty dach, filary i wyższa część muru wielkiej hali, o wspaniałym i bujnym stylu architektonicznym, o którym nie można mniej powiedzieć, niż to, że zdawał się według mnie obejmować wszystkie najlepsze cechy gotyku północnej Europy wraz z cechami stylu maurytańskiego i bizantyńskiego, jakkolwiek nie był on kopią żadnego z tych stylów. Po drugiej zaś to jest południowej stronie drogi wznosił się ośmioboczny budynek o wysokim dachu, zewnątrz nieco podobny do baptysteryum florenckiego, z tą różnicą, że otaczały go arkady: dach ten był również nad wyraz delikatnie ozdobiony.
Cała ta masa budowli, na które wyszliśmy tak nagle z pośród pięknych pól, była nie tylko wyszukanie piękną sama w sobie, lecz co więcej nosiła cechy takiej szlachetności i wybitności życia, że rozweseliłem się do niebywałego przedtem stopnia. Poprostu chichotałem z uczucia przyjemności. Przyjaciel mój zdawał się pojmować ten stan, bo patrzył na mnie z zadowoleniem i rozrzewnieniem. Zatrzymaliśmy się w tłumie wehikułów, w których znajdowali się zdrowo wyglądający ludzie, mężczyźni, kobiety i dzieci, bardzo wesoło postrojone; były to wyraźnie wozy jarmarczne, gdyż znajdowały się w nich bardzo ponętne produkty wiejskie.
— Nie potrzebuję pytać, czy to targ — zauważyłem — bo widzę to dostatecznie jasno; ale cóż to za rodzaj targu, że wygląda tak świetnie? I cóż to za przepyszna hala, co za budynek na południowej stronie?
— Oh! — odparł — to jest nasz targ w Hammersmith; cieszy mnie, że się panu tak bardzo podoba, bo istotnie dumni jesteśmy z niego. Wewnętrzna hala jest miejscem naszych zebrań zimowych; w lecie bowiem zbieramy się po największej części wśród pół nad rzeką naprzeciwko Barn Elms. Budynek po prawej ręce, to nasz teatr; ufam, że się panu podoba.
— Byłbym idyotą, gdyby mi się nie podobał — odparłem. Zarumienił, się nieco, gdy tak mówił dalej: — Z tego też się mocno cieszę, bo jest w tem nieco i mojej ręki; ja sam bowiem wykonałem wielkie drzwi z damasceńskiego bronzu. Może nieco później obejrzymy je, bo teraz musimy iść dalej. Co do targu, to to nie jest wcale jeden z naszych ruchliwych dni; to też lepiej będzie przyjrzeć się mu innym razem, ponieważ wtedy zobaczymy więcej ludzi.
Podziękowałem mu i zauważyłem: — Czy to są zwyczajni wieśniacy? Jakież wśród nich ładne są dziewczyny.
Mówiąc to, spostrzegłem oblicze pięknej kobiety, wysokiej, ciemnowłosej, o białej skórze, ubranej w ładną jasno-zieloną suknię na cześć pory roku i upalnego dnia; kobieta owa uśmiechnęła się do mnie uprzejmie, a jeszcze jak mi się zdało, uprzejmiej do Dicka; to też przerwałem na chwilę, ale potem zaraz ciągnąłem dalej:
— Pytam, ponieważ nie widzę ani żywej duszy po wiejsku wyglądającej, jakich mógłbym się spodziewać na targu — to jest sprzedających towary.
— Nie rozumiem — odparł — jakiego rodzaju ludzi mogłeś się pan tu spodziewać; albo co pan rozumie przez wieśniaków. To są sąsiedzi i w ten sposób noszą się w dolinie Tamizy. Są też części tej wyspy surowsze i bardziej dżdżyste, niż nasza część, i tam ludzie noszą się grubiej niż my; oni zaś sami są nieco surowsi od nas. Niektórzy atoli wolą ich wygląd niżeli nasz; powiadają, że mają więcej charakteru w rysach — oto wyrażenie. Zresztą jest to rzecz gustu. — W każdym razie mieszane małżeństwa między nimi a nami dają zawsze dobre wyniki — dodał w zamyśleniu.
Słyszałem go dobrze jakkolwiek wzrok mój odwrócony był od niego, gdyż owa ładna dziewczyna znikła właśnie we furtce z wielkim koszem wczesnego grochu, a ja doznałem tego niemiłego uczucia, jakiego się doznaje, ujrzawszy na ulicy interesującą lub miłą twarz, której się prawdopodobnie już nigdy w życiu drugi raz nie spotka; milczałem więc przez chwilę. W końcu atoli odezwałem się: — Ja miałem na myśli to, że nie widzę naokoło siebie biedaków — ani jednego.
Dick zmarszczył brwi, zrobił zdziwioną minę i rzeki: — Oczywiście nie; biedacy bowiem zostają w domu lub w najlepszym razie chodzą po ogrodzie, ale nie wiem o nikim chorym w tej chwili. Dlaczegoż spodziewałeś się pan spotkać takich biedaków na ulicy?
— Ależ nie — odparłem — nie miałem na myśli chorych. Ja miałem na myśli biedaków, obżartusów.

— Na prawdę nie rozumiem pana — zawołał, śmiejąc się wesoło. — Musisz pan co najrychlej poznać mego dziadka, bo ten pana łatwiej zrozumie niż ja. Wista, siwosz! Pociągnął lejce i pojechaliśmy dalej wesoło w kierunku na wschód.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.