Wieści z nikąd/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XVIII.

Początek nowego życia.

— W ten więc sposób — rzekłem — pozbyliście się wszelkich kłopotów. Czy lud atoli był zadowolony z nowego porządku, gdy tenże został zaprowadzony?
— Lud? spytał. — Wszyscy musieli oczywiście cieszyć się z pokoju, kiedy nastał; zwłaszcza gdy znaleźli, a znaleść musieli, że mimo wszystko — nawet ongi bogaci, nie żyli bardzo marnie. Co się zaś tyczę tych, którzy byli biedni, to w ciągu całej wojny, trwającej około dwóch lat, położenie ich pomimo walki poprawiło się; a kiedy wreszcie nastał pokój, to w przeciągu bardzo krótkiego czasu zaczęli się wielkimi krokami posuwać ku lepszemu życiu. Wielką trudność stanowiło to, że owi ongi biedni posiadali bardzo słabe pojęcie o istotnej, rozkoszy życia; wskutek czego nie domagali się jej dostatecznie, nie wiedzieli jak się domagać dosyć od nowego stanu rzeczy. Było to może dobrą raczej niż złą rzeczą, iż konieczność odzyskania bogactwa, zniszczonego podczas wojny, zniewalała ich do pracowania naprzód niemal tak ciężko jak to czynili przed rewolucyą. Wszyscy historycy zgadzają się, że nigdy nie było wojny, w czasie której nastąpiłoby tak ogromne zniszczenie towarów, oraz narzędzi do ich wytwarzania jak podczas tej wojny domowej.
— To mnie mocno dziwi — rzekłem.
— Czy tak? Nie rozumiem dlaczego? — rzekł Hammond.
— Dlaczego? — odparłem — ponieważ stronnictwo porządku uważało napewne bogactwo za swą własność, której żadna cząstka nie przeszłaby w ręce niewolników, gdyby byli odnieśli zwycięstwo, z drugiej strony „rebelanci“ walczyli właśnie o posiadanie tego bogactwa, to też sądzę, że widząc, iż zwyciężają, powinni byli starać się o to, aby zniszczyć jak najmniej tego, co miało się wkrótce stać ich posiadłością.
— A mimo to, stało się tak, jak panu mówię — odparł.
— Stronnictwo porządku ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, lub, jeżeli pan woli, spostrzegłszy, że cokolwiek się stanie, ono podlegnie ruinie, walczyło z wielkiem rozgoryczeniem, mało troszcząc się o to, co czyni, jak długo przynosiło to szkodę nieprzyjaciołom, niszczącym rozkosze ich życia. Co się zaś tycze „rebelantów“, to mówiłem panu, że wybuch wojny znieczulił ich na te strzępki posiadanego bogactwa. Powtarzali oni pomiędzy sobą, że wolą, aby kraj został pozbawiony wszystkiego z wyjątkiem dzielnych ludzi, niż żeby mieli popaść znowu w niewolę!
Siedział przez chwilę w milczeniu, a potem ciągnął dalej:
— Gdy się konflikt raz istotnie zaczął, okazało się, jak wiele posiadał wartości stary świat niewoli i nierówności. Czy nie widzisz pan, co to znaczy? W czasach, o których pan myśli, o których pan zdajesz się wiedzieć bardzo wiele, nie istniała nadzieja; nie istniało nic ponad żmudną pracę konia w deptaku, popędzanego batem; tymczasem w okresie walki zapanowała nadzieja: „rebelanci“ czuli w sobie dosyć siły do odbudowania świata z jego pierwiastków i zrobili to! — rzekł staruszek, a oczy zajaśniały mu pod krzaczastemi brwiami.
Przeciwnicy ich nauczyli się w końcu pojmować realizm życia, jakoteż jego utrapienia, o których oni — to znaczy ich klasa — nie miała ongi najmniejszego pojęcia. Krótko mówiąc, obie walczące strony robotnicy i dżentelmani. —
— Zniszczyli komercyalizm — dodałem szybko.
— Tak, tak, tak — odparł — uczynili to. Inaczej nie byłby uległ zniszczeniu; chyba żeby całe społeczeństwo stopniowo upadało na coraz niższy poziom, ażby wreszcie doszło do stanu prostego barbarzyństwa, pozbawionego jednakże i nadziei i przyjemności barbarzyństwa. Niewątpliwie ostrzejsze i krótsze lekarstwo było szczęśliwsze.
— Niewątpliwie — odparłem.
— Tak — rzeki staruszek — świat doczekał się swych drugich narodzin; jakże mogło się to stać bez tragicznego przejścia? Pomyśl pan jeno nad tem. Duch nowej epoki, naszej epoki miał polegać na rozkoszowaniu się życiem tego świata; na miłości potężnej i ogarniającej skorupę i powierzchnię ziemi, zamieszkiwanej przez człowieka, takiej miłości, jaką kochanek ogarnia nadobne kształty ukochanej przez siebie kobiety; takim oto miał być nowy duch ludzkości. Wszystkie inne z wyjątkiem tego jednego przeżyły się: nieustanny krytycyzm, nieograniczone interesowanie się postępowaniem i sposobem myślenia człowieka, stanowiące usposobienie starożytnego Greka, dla którego wszystkie te rzeczy nie tyle były środkiem, ile celem, należały do bezpowrotnej przeszłości, ani cienia z tego wszystkiego nie pozostało w tak zwanej nauce dziewiętnastego wieku, która, jak panu zapewne wiadomo, stanowiła jeno dodatek do systemu komercyalnego; ba, nawet nieraz dodatek do policyi tego systemu. Pomimo pozorów była ona ograniczona i trwożliwa, ponieważ istotnie wiary w samą siebie nie miała. Była wynikiem, jakoteż jedyną pociechą w nieszczęściu tego peryodu, czyniącego życie tak gorzkiem nawet dla bogaczy, a którą, jak to pan sam możesz widzieć, wielka zmiana zmiotła z powierzchni ziemi. Bardziej pokrewnym naszemu sposobowi patrzenia na życie był duch wieków średnich, dla których niebo i życie zagrobowe stanowiły taką realność, że stały się dla nich częścią życia ziemskiego, które też odpowiednio miłowali i ozdabiali pomimo doktryn ascetycznych i wyznania, nakazującego pogardę życie.
Lecz i to także, razem z niezachwianą wiarą w niebo i piekło, jako dwa miejsca pobytu zniknęło, a my obecnie zarówno słowem jak i czynem wierzymy w nieustające życie świata ludzkiego i czerpiemy z tego wspólnego życia zasób dni, przeznaczonych dla każdego z nas osobiście, wskutek czego jesteśmy szczęśliwi. Czy się pan temu dziwisz? W dawnych czasach kazano ludziom kochać bliźnich i wierzyć w religię ludzkości i tak dalej. Ale właśnie w tym stopniu, w jakim człowiek posiada dosyć wzniosłości umysłu i wysubtelnienia na to, aby być zdolnym do szanowania tej idei, czuł się zniechęconym przez wejrzenie jednostek, składających masę, którą miał czcić; wstrętu mógł uniknąć jedynie przy pomocy konwencyonalnej abstrakcyi rodzaju ludzkiego, mającego mało rzeczywistego lub historycznego związku z rasą ludzką; podzieloną na ślepych tyranów z jednej a apatycznych niewolników z drugiej strony. A obecnie, gdzież jest trudność przyjęcia religii ludzkości, gdy mężczyźni i kobiety, składający ludzkość, są wolni, szczęśliwi i co najmniej dzielni, a po największej części także pięknych kształtów, otoczeni pięknemi rzeczami własnego wyrobu, oraz przyrodą nie splugawioną, lecz uszlachetnioną przez wpływ człowieka? Oto co nam dał ten okres świata.
— Zdaje się, że to prawda — rzekłem — a przynajmniej powinno być, jeżeli to co widziałem, jest oznaką ogólnego, przez was prowadzonego życia. Możesz mi pan obecnie powiedzieć cokolwiek o postępach, uczynionych po latach walki?
Hammond odparł na to:
— Mógłbym z łatwością powiedzieć więcej, niżbyś pan miał czas wysłuchać; ale mogę przynajmniej wskazać jedne z głównych trudności, jaką należało usunąć: a mianowicie, gdy ludzie zaczęli uspokajać się po wojnie, a praca ich wypełniła niemal całą lukę spowodowaną w bogactwie przez wojnę, zaczął nas ogarniać rodzaj rozczarowania i zdawało się, że przepowiednie niektórych reakcyonistów przeszłości sprawdzają się, że nizki poziom utylitarnych wygód stanie się na razie wynikiem naszych aspiracyj i powodzeń. Ustanie współzawodnictwa nie przeszkodziło koniecznej wytwórczości społeczeństwa, ale czy nie mogło przytępić go, dając za dużo czasu na próżne rozmyślanie? Groźba ta wisiała ongi nad nami, ale przeszła już. Z tego, com panu powiedział poprzednio, będziesz pan prawdopodobnie mógł odgadnąć, jakie było lekarstwo na taką klęskę; pamiętając oczywiście zawsze, iż wiele rzeczy, które produkowano, przestano wyrabiać. Tem lekarstwem było, krótko mówiąc, wytwarzanie tego, co nosiło nazwę sztuki, ale co nie posiada obecnie wśród nas żadnej nazwy, ponieważ jest niezbędną częścią pracy każdego producenta.
— Co! — zawołałem — czyż ludzie mieli czas i sposobność do kultywowania sztuk pięknych wśród rozpaczliwej walki o byt i wolność, o której mówiłeś mi pan?
Na to Hammond odparł:
— Nie powinieneś pan przypuszczać, żeby nowa forma sztuki gruntowała się przeważnie na wspomnieniach sztuki epoki minionej; chociaż, rzecz dziwna, wojna domowa daleko mniej zniszczyła sztukę niż inne rzeczy, i ta sztuka, jaka istniała w dawnych czasach, odżyła w zdumiewający sposób w ostatniej fazie walki, zwłaszcza zaś muzyka i poezya. Sztuka czyli przyjemność pracy, jakby ją można nazwać, o której obecnie mówię, pojawiła się niemal samorzutnie, biorąc początek w jakimś instynkcie ludzi, nie zmuszanych więcej do strasznego i bolesnego przepracowywania się, instynkcie możliwie najlepszego wykonywania pracy, aby stała się doskonalą w swoim rodzaju; a gdy to ciągnęło się czas jakiś, zdawała się w umysłach ludzkich budzić jakaś pożądliwość piękna, wskutek czego ludzie zaczęli surowo i niezdarnie ozdabiać wyrabiane przez siebie przedmioty; gdy się raz do tego zabrali, rzecz zaczęła większe przybierać rozmiary. Wszystko to ułatwiło ogromnie usunięcie niechlujstwa, jakie nasi bezpośredni poprzednicy znosili spokojnie; jakoteż wygodne ale nie bezmyślne życie wiejskie, które stało się obecnie u nas rzeczą pospolitą. W ten sposób stopniowo stworzyliśmy sobie przyjemną pracę; potem uświadomiliśmy sobie tę przyjemność i kultywowaliśmy ją, troszcząc się o to, aby jej nam nie zabrakło; wreszcie uzyskaliśmy wszystko i zaczęliśmy być szczęśliwi. A tak niech będzie całe długie wieki.
Staruszek popadł w zadumę niezupełnie, jak mi się zdało, pozbawioną melancholii; nie chciałem jej przerywać. Nagle zerwał się i rzekł:

— No, kochany gościu, oto przychodzą Dick i Klara zabrać cię, a w ten sposób opowiadanie moje kończy się; ufam, że nie będziesz żałował wysłuchania go; długi dzień ma się ku końcowi i znowu czeka cię miły powrót do Hammersmith.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.