<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Wieszcz Pustyni
Pochodzenie Poezye Studenta Tom I
Wydawca F. A. Brockhaus
Data wyd. 1863
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WIESZCZ PUSTYNI.


Zagasło słońce — na piaskach pustyni
Same w oddali błądzą uragany,
Umilkły wiatry, kroczy noc zbawczyni.
I już widome, drżą gwiazd karawany.
Umilkły wiatry — po długim pochodzie
Legła by spocząć sama karawana,
Wielbłądom drżące zgięły się kolana —
I każdy chwali Boga swego Pana,
Co wsparłszy turban mu o garb wysoki,
W obłokach dymu do snu się kołysze.
O! sen roskoszny, lekki i głęboki
I jak noc wschodnia gra cudów barwami —
Lecz wtenczas tylko kiedy towarzysze,
Śpiewaka swego pieśnią kołysani,
Słuchają jego strun podźwięków czystych,
Co płyną głośno — pełnemi piersiami:
Jak dźwięki kaskad oazy pienistych —
Wieszcz ich nie co dzień śpiewa, lecz gdy śpiewa,
On boskim dusze ich unosi prądem,
Jak kwiaty z brzegu rzucane porywa,
Co się na próżno chcą połączyć z lądem.
Żeglując skrzydłem swej pieśni, młodości,
Orlemi szpony ducha ich odrywa

Od dolin ziemi — niesie w wysokości,
I w zdroju dzięków dusze ich obmywa —
O, ależ biada gdyby wspomniał chwilką,
Że jego szpony nie ich duch unosi,
Cisnąłby z szczytu, wraz z pieśnią co głosi
Ze chrztu piorunów, gwiazd, ciemną mgłą tylko — —
On siadł — on milczy. I wszyscy w milczeniu
Czekają, póki pieśni nie powtórzy,
Co lubią słuchać w półsennem marzeniu —
I cisza w puszczy, jak cisza w przed-burzy.
On dużo pieśni umie im wygrywać,
O puszczy snach,
O Beduinach,
I odaliskach,
I Greckich spiskach —
Lecz dziś nikt nie wie co za pieśń ma śpiewać? —
On duch swój wieszczy ukrył w złotą stronę —
I szarpnął arfy strony wyprężone;
On ich nie muskał białemi palcami,
Szarpnął — rozpaczy orlemi szponami
I jak dwa węgle z pod turbanu błysły
Te czarne oczy co w błękit wzniesione,
U dalekiego celu gdzieś zawisły —
Aż kiedy wzrok swój ku słuchaczom zwrócił,
Z głębi swej piersi taką pieśń zanucił:

Cisza w Baszowskim seraju —
W pląsach i śpiewach czas płynie,
Selim proroka śni raju,
O złotej marzeń godzinie! —
Ostatnia branka licem najcudniejsza
Rozpocząć miała swe dzikie tany,
Kiedy oznajmia służba najwierniejsza
Że przybył kuglarz nieznany.
« Niech wejdzie! » Pan ręką skinął
I wszedł on sztukmistrz z zachodu,
Na piersi ramiona zwinął,
Rzekł — że wraca z Carogrodu —

I spojrzał Selim – lew u boku śpiący
Nagle zbudzony ze snu zwyczajnego,
Ryknął – dwór zadrżał, bo lwa ryk grzmiący
Był wróżbą gniewu Pańskiego.
W odległej puszczy złowiony,
Rączką najpiękniejszej z branek
Żywiony i oswojony
Lew Baszy – był jak baranek –
O! bo i kogóż łagodność branki
Nie rozbroi i szponów nie wstrzyma?
 Nie tylko sen lwa był dziełem Sułtanki,
Ona usypia Selima!
Lew zamilkł – i znowu zasnął,
A mistrz swe dzieło rozwija:
Świsnął po dwakroć, w dłoń klasnął
Z dłoni dwa ptaki się wzbija –
I długo w górze nad widzów głowami –
Na białych skrzydłach ulatywały
Aż kuglarz orzekł swemi słowami,
I w ustach mu poznikały.
Tu głośny Baszy śmiech wezwał śmiech dworu –
Z palcami w ustach murzyny
Stoją i dziwią się szatom koloru
Czarnego z barwą cytryny.
A kuglarz Panu skłonił się głęboko,
I puhar czarną ziemią nasypał,
Dno wyrzuciwszy – znów ją wysypał
A z ziemi rosną wysoko
Rozliczne po kwiatkach kwiatki:
Listek za listkiem zielonym
Rozwija mleczne swe siatki –
Kwiat biały z pączkiem czerwonym –
A mistrz zerwawszy z kwiatów najświetniejszy,
U stóp łaskawych Selima ściele
I każdej z branek dał kwiatek wonniejszy –
Dziwne w Seraju wesele! –
Tej róży szkarłatny kwiatek,
Tej lilję z kaszmirskiej błoni,

Tej narcys — tamtej bławatek —
A owej kwiecie jabłoni,
I ta przypina swój kwiatek u łona.
A tamta w kruczy warkocz go wplata;
Jedna zazdrości drugiej, ozdobiona,
Wita gościa z dali świata.
A on znów dwie kule złote,
Z dłoni w dłoń zręcznie podrzuca,
Nucąc że w kobiecą cnotę
Tak rozum wierzyć przyucza —
Zaśmiał się Selim i parsknął dwór cały.
A kuglarz tylko nizko się kłaniał —
Ocząt pociski sułtanki miotały:
On oczy spuszczał — osłaniał —
I chwyta kule po kuli —
Tak cztery coraz to wyżej —
Wyżej — niżej — bliżej — chyżej —
I każdą do piersi tuli —
W tem z za rękawa młodego sztuk syna
Jak kulą w górę jasny nóż błysnął,
Ach! jak wysoko w górze zawisnął —
I — utkwił w turban Selima!
Drży dwór, Basza krwią zalany
Pieni się — zemsta skrzy z oka,
Słania się — kona — słyszany
Już ledwo, wzywa Proroka —
Nagle — o! zemsty! bo branki nadobne
I dwór, od woni kwiatków śpią twardo,
A kuglarz bieży przez jęki żałobne
Nóż krwawy w górę wzniósł hardo —
I depcze turban co z czoła
Zdarła Baszy dłoń skrwawiona,
I głosem grzmotu zawoła
«Przysięga moja spełniona!»
— A selim konając szepcze
Zwróćcie mi głowę ku Mekce!
Lecz uciekają murzyny spłoszone —
«Stójcie!» zawoła straszny swym czynem

On padł — ojczyzny mej krzywdy pomszczone,
Wiecie kim jestem? Greczynem!
Od wschodu idą już moje szeregi
Za wolność naszą z wami walczące,
Widzicie łunę — Mameluki, zbiegi!
I wy niewolniki drżące?» —
I łuna niebo oblewa,
Selim już w Proroka raju,
Nikt już nie pląsa, nie śpiewa —
Cisza w Baszowskim seraju.
Słupy fontan połamane,
Po marmurach płaczą łzami —
Minarety zgruchotane
Już nie błyszczą księżycami!
Tęskne palmy na ruinach,
O wolności szepcą synach —
Duchy w wolności śnią raju —
Cisza w Baszowskim seraju!

I urwał piosnkę — ale długo jeszcze
Konała, w głębiach pustyni rozlana,
Unosząc słowa i podźwięki wieszcze.
Już snem głębokim spała karawana,
Jej śpiewak tylko oczy roziskrzone
W błękitne niebo trzymał uniesione:
Ha! tam ruchoma gwiazd drży karawana,
Leci bez końca — jasna i świetlana —
On ku niej posiał arfy swojej dźwięki,
Jako sokoły wypuszczone z ręki. —






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.