Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom V/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom V
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1894
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII.

Nazajutrz z rana, przypomniał się ów bal księciu Andrzejowi.
— Było wszystko pięknie i wspaniale — rzekł w duchu — a ta mała Rostow, jaka istotka czarująca! Coś w niej jest tak świeżego, niezwykłego... jakże w niczem niepodobna do reszty panien petersburgskich... — I tyle było wszystkiego! Skończywszy pić herbatę, wziął się natychmiast do żmudnej pracy.
Czemuż jednak nie mógł napisać nic dobrego? Był że to skutek znużenia, po nocy spędzonej bezsennej? Co napisał, wydało mu się bez żadnej wartości. Kreślił, poprawiał i w końcu podarł wszystko. Był też uszczęśliwiony, gdy mu przerwał robotę niefortunną, pewien jego znajomy, hrabia Bielski. Był to młody człowiek wszechstronny i czynny niesłychanie, w dodatku podziwiał szczerze i wierzył jak w Boga w Sperańskiego. Zasiadał w dwóch komisjach rządowych, przyjmowano go we wszystkich sferach i wszędzie był widzianym jak najlepiej. Od Bielskiego można się też było dowiedzieć najłatwiej o wszystkich ploteczkach i skandalikach, będących na porządku dziennym w salonach wielkoświatowych. Trzymał się zawsze ostatniej mody, tak w ubraniu, jak i we wszystkiem innem. Jak chorągiewka na dachu zwracał się w stronę, skąd wiatr powiał. Trzymając się tego systemu, uchodził, i teraz za zwolennika zagorzałego nowych reform przez cara wymarzonych. Skoro rzucił na bok kapelusz, zaczął opowiadać Andrzejowi szczegółowo pierwsze posiedzenie „Rady Państwa“. Przytaczał z namiętnym zapałem mowę cara, wypowiedzianą z tej okazji.
— Jego carska mość, rzekł najotwarciej, że Rada i Senat, stanowią podstawę państwa; że rząd powinien mieć za zasadę prawa niewzruszone, a nie rozporządzenia samowolne, według widzimisię chwilowego monarchy. Raczył dodać, że i finanse będą inaczej ukształcone, a budżet poddany publicznej rozprawie... Tak kończył, kładnąc nacisk na niektóre wyrazy i zawracając oczami — ten wypadek zapowiada erę nową i jest pełnym doniosłości w dziejach Rosji.
Książę Andrzej, który czekał na otworzenie „Rady Państwa“, z niecierpliwością gorączkową, zdziwił się nie lada, czując się w obec faktu dokonanego tak zimnym i obojętnym! Odpowiedział drwiącym uśmiechem na opowiadanie Bielskiego, pełne egzaltacji, pytając w duchu, co skorzysta na tem, on sam, lub tamten, że car przemówił tak, a nie inaczej? Czy to uczyni ich lepszymi lub szczęśliwszymi?
Gdy się w ten sposób zastanowił nad ową kwestją, straciła ona wiele ze swego uroku pierwotnego, którym go były oczarowały prawie, reformy zamierzone. Przypomniał sobie, że dnia tego czeka na niego Sperański, z „objadkiem“ złożonym, z samych najserdeczniejszych, a więc wcale nie licznych biesiadników. Ta okoliczność powinnaby była wzbudzić ciekawość w Andrzeju. Dotąd nie widział nigdy Sperańskiego w otoczeniu quasi rodzinnem. Rzecz dziwna! Tym razem jechał do niego znudzony, że „musi“ uczynić zadość, zaprosinom. Spóźnił się nawet cokolwiek i gdy wszedł do salonu, zastał tam już wszystkich zaproszonych. Uderzyła go czystość wzorowa w każdym kąciku, obok nader skromnego urządzenia, które zakrawało prawie na prostotę klasztorną. W salonie zastał Andrzej córeczkę Sperańskiego, z jej nauczycielką. Byli zaproszeni, Gervais, Magnicki i Stołypiń. Już w przedpokoju słyszał ich głosy i śmiechu wybuchy. Odznaczał się jeden głos szczególniej, należący prawdopodobnie do wielkiego reformatora. Ten ktoś śmiał się na całe gardło, tonem, który wydał się Andrzejowi dziwnie szpiczastym i uszy na wskroś przewiercającym.
Stojąc pod oknem, ci panowie zajęci byli wyłącznie około stołu z zastawioną, przedobiednią zakuską. Sperański był w stroju popielatym, z jedną li gwiazdą na piersiach, w białej kamizelce i w krawacie wysoko pod szyją zawiązanej. W tem samem ubraniu zasiadał w „Radzie Państwa“, na owem sławnem pierwszem posiedzeniu. Wydawał się bardzo wesołym i słuchał śmiejąc się naprzód jakiejś anegdoty Magnickiego. Ow głośny śmiech, który Andrzej słyszał wchodząc do przedpokoju, nastąpił był właśnie po jakimś tłustym dowcipie, wypowiedzianym przez Magnickiego. Stołypiń kładł się od śmiechu, żując przytem kawał sera szwajcarskiego. Gervais przeciwnie, pośmieszkiwał się cichutko, podobnie do wina perlącego się w kieliszku. Sperański zaś wyrzucał z gardła owe tone szpiczaste i uszy świdrujące.
— Uszczęśliwiasz mnie książę kochany! — wyciągnął do Andrzeja na powitanie rękę białą i wydelikaconą. — Chwilkę cierpliwości — zwrócił się do Magnickiego dodając. — Proszę pamiętać o mojem zastrzeżeniu panowie... Objad powinien być odpoczynkiem tak moralnie jak i fizycznie, a zatem ani słowa o sprawach publicznych... — i na nowo śmiechem wybuchnął.
Andrzeja rozdrażniła ta zapowiedź w wysokim stopniu. Został zawiedziony najfatalniej w swojem oczekiwaniu. Zdało mu się, że to już nie jest prawdziwy Sperański, którego widzi przed sobą. Czuł jak się zwolna rozwiewa ów czar tajemniczy, którym go przykuwał do siebie. Zdawało mu się, że teraz, dopiero widzi go w prawdziwem świetle, i dłużej nie da się łudzić.
Gawędka wesoła szła dalej swoim trybem, będąc jednym ciągiem nieprzerwanym anegdotek pieprznych i dowcipnych. Zaledwie Magnicki kończył coś, ktoś drugi wpadał mu w słowo. Najczęściej, dostarczali tematu do opowiadań gościom Sperańskiego, wysocy dostojnicy dworu. Ich nicość, była uznana w tem kółku za fakt dokonany. Utrzymywano na pewno, że jedyną korzyścią którą da się z tych zer wyciągnąć, są drwinki i dowcipy, z ich niedołęztwa. Sam Sperański opowiedział o jednym z radców, głuchym jak pień, że wiele razy spytano go o zdanie w tej, lub w owej kwestji, podczas sesji, kiwał głową z odpowiedzią stereotypową na ustach: — „Zgadzam się we wszystkiem z szanownymi kolegami!“ — Gervais lubował się w opisywaniu szeroko i długo, jak podczas pewnej inspekcji, nakazanej z góry, ten, który był na czele, postępywał głupio i bezmyślnie. Stołypiń, szepleniąc i mocno się zająkując, wygadywał rzeczy niestworzone, o nadużyciach dawniejszej rządowej administracji. Magnicki zastraszony żeby nie posunął się za daleko w zjadliwej krytyce, zaczął przedrwiwać Stołypina zbyteczne uniesienie. Gervais wpadł im również w słowo z jakimś dowcipem i znowu popłynęła rozmowa w tonie lekkiej, wesołej gawędki.
Było widocznem, że Sperański, lubi odpoczywać po trudach w kółku dobrych przyjaciół, ci zaś nawzajem, starają się bawić go na wyścigi, sami rozrywając się przyjemnie przy tej sposobności. Niepodobał się wielce Andrzejowi ten ton roztrzpiotany. Wydał mu się ciężkim, niewłaściwym i dziwnie wymuszonym. Głos Sperańskiego drażnił go; ten zaś śmiech ciągły świdrował mu uszy najnieprzyjemniej w świecie. Radby był dorzucić coś ze swojej strony do ogólnej rozmowy, aby nie dać poznać po sobie, o ile go to rozdrażnia i denerwuje. Mimo jednak chęci najlepszych, nie mógł dostroić się do tego tonu; każde z jego słów odskakiwało od bezmyślnej gawędy, niby korek z butelki wina szampańskiego. Nie mówiono przecież o niczem w sposób naganny, lub nie na miejscu. Tylko brakowało dowcipom pewnej delikatności, będącej cechą dobrego tonu. Dlatego rozmowa raziła Andrzeja, wydając mu się trochę grubjańską, inni zaś biesiadnicy, ani się najwidoczniej domyślali czegoś podobnego.
Po skończonym objedzie, córka Sperańskiego odeszła razem z guwernantką. Ojciec, zanim się oddaliła, przeciągnął ją ku sobie, obsypując pieszczotami i pocałunkami. I ten wylew czułości wydał się Bołkońskiemu przesadzonym i nienaturalnym.
Biesiadnicy nie ruszali się od stołu, na sposób angielski. Popijali po trochę ciężkie wina hiszpańskie i jakoś myśl ich zwróciła się ku wojnie prowadzonej w Hiszpanji przez Napoleona. Wszyscy chwalili jednogłośnie jego postępowanie tamże. Andrzej nie mógł oprzeć się chęci gwałtownej, wystąpienia ze zdaniem wręcz przeciwnem. Sperański uśmiechał się i zaczął opowiadać natychmiast anegdotkę, nie mającą nic wspólnego z tym przedmiotem. Można było domyśleć się z łatwością, że chce przerwać poprzednią rozmowę. Wszyscy umilkli na chwilę.
Gospodarz domu skorzystał z tego. Zakorkował na powrót gąsiorek wina starego, który tylko co nadpoczęto i wstał od stołu mówiąc żartobliwie:
— Takie wino stuletnie trzeba szanować panowie, bo go się nie znajdzie byle gdzie.
Gąsiorek podał kamerdynerowi do schowania i poprosił gości do salonu obok. Tu zastał dwa listy w dużych kopertach z ministerjum spraw wewnętrznych. Przeszedł do swego gabinetu, aby je odczytać w spokoju. Skoro zamknęły się drzwi za nim, zgasła sztuczna wesołość pomiędzy jego biesiadnikami. Zaczęli rozmawiać serjo i po cichu.
— Zadeklamuj nam co — zwrócił się Sperański do Magnickiego, wchodząc nazad do salonu. — Trzeba wam wiedzieć panowie, że to talent pierwszorzędny — dodał w rodzaju komentarza. Magnicki, czyniąc zadość życzeniu gospodarza, stanął w pozycji i zadeklamował własne wiersze francuzkie, parodję wyśmiewającą kilka osobistości znanych w całym Petersburgu. Żywe oklaski przerywały mu wątek w kilku miejscach. Skoro skończył, Andrzej zaczął się żegnać z gospodarzem domu.
— Już książę odchodzisz? Gdzie się tak spieszysz? — spytał grzecznie Sperański.
— Obiecałem się na cały wieczór.
Obaj umilkli, a książę Bołkoński, mógł się teraz dobrze przypatrzeć, tym oczom szklannym i nieprzeniknionym. Jak on też mógł tak zaślepić się i tyle rzeczy nadzwyczajnych oczekiwać od tego człowieka? To było śmiesznem po prostu, a śmieszność (powiada Francuz) jest gorszą od występku...
Takie myśli wirowały w głowie przez drogę, a w uszach dźwięczał mu ciągle nienaturalny śmiech Sperańskiego.
Zdziwił się i zastanowił nad tem głęboko, wróciwszy do domu, jak mu się teraz przedstawiają w świetle zupełnie odmiennem, owe cztery miesiące spędzone w Petersburgu. Przypomniał sobie, ile trudów i wysileń nadludzkich kosztowało go i przez jak długi szereg przeszkód przechodził, zanim zdołał przepchać swój memorjał w sprawie ulepszenia wojskowego regulaminu. W końcu jego projekt odrzucono, przyjmując wypracowanie o wiele słabsze pod każdym względem, ale przypolecone komisji przez cara! Przypominał sobie i owe posiedzenia komisji (Berg także w niej zasiadał). Czytano pobieżnie punkt po punkcie, nie zastanawiając się nad niczem do gruntu. Wstydził się sam siebie, że mógł poświęcić tyle miesięcy pracy tak żmudnej i bezowocnej. Czyż nie lepiej było zostać na wsi, i tam w czyn wprowadzać, tak jak dotąd robił, owe — „Prawa dla uciśnionych?“






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: anonimowy.