Wspomnienia z mego życia/XV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Werner Siemens
Tytuł Wspomnienia z mego życia
Redaktor Franciszek Juliusz Granowski
Wydawca Franciszek Juliusz Granowski
Data wydania 1904
Druk Aleksander Tad. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz M. S.
Tytuł orygin. Lebenserinnerungen
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Powracam teraz do kolei, jakie przechodziły nasze przedsiębiorstwa od czasu nieszczęśliwego zakładania kabli pomiędzy Hiszpanią i Algierem w r. 1864. Firma „Siemens Brothers,” oddzielona od firmy berlińskiej, rozwinęła się szybko i prawidłowo pod kierunkiem mego brata Wilhelma. Po za tem dochodził też Wilhelm do świetnych rezultatów w prywatnem swojem przedsiębiorstwie inżynierskiem; ale ponieważ to ostatnie dużo pracy i czasu mu zabierało, zaproponował więc Karolowi, żeby objął kierunek nad londyńskiem biurem budowy telegrafów. Karol zgodził się na to, gdyż wszystkie jego rosyjskie kontrakty, dotyczące remontu linii telegraficznych, nie przedstawiały dla niego dosyć szerokiego pola do działania.
W tym samym prawie czasie Halske opuścił naszą firmę. We trzech postanowiliśmy tedy przeprowadzić zupełne zreformowanie administracyjnych stosunków we wszystkich naszych interesach. Utwo­rzyliśmy jednę ogólną firmę, obejmującą wszystkie interesy. Każda z dawniejszych firm zatrzymała samodzielną administracyę i rachunkowość, swoje własne zyski i straty; przelewała jednak wszystko do firmy głównej, której jedynymi właścicielami i wspólnikami byliśmy trzej bracia: ja, Wilhelm i Karol. Petersburskie zakłady powierzone zostały wytrawnemu urzędnikowi, a Karol udał się do Anglii, aby objąć specyalne kierownictwo nad firmą londyńską.
Jak świetnie się rozwinęła firma „Siemens Brothers et Comp”, to opisuje szczegółowo p. Pole w książce, poświęconej wyłącznie działalności brata mego Wilhelma. Zamierzam też zrobić tu tylko krótką wzmiankę o osobistym moim i Karola współudziale w tych pracach.
Gdy Karol w r. 1869 do Berlina się przeniósł, wtedy fabryka w Charlton była już w pełnym ruchu jako warsztat mechaniczny do fabrykacyi wszelkiego rodzaju przyrządów elektrycznych i kabli. Ustalona przezemnie zasada, że kable tylko wtedy dają rękojmię trwałości, gdy wciągu całej fabrykacyi prowadzone są próby według metod ściśle naukowych, dobre wydała owoce, gdyż system ten należycie opracowany i stosowany okazał się słusznym i pożytecznym.
Świetnie zbudowana linia od Malty do Aleksandryi, którą przeprowadziliśmy według tej metody dla rządu angielskiego, ogromnie podniosła naszą sławę techniczną w Anglii. Może i temu przypisać należy niezliczone trudności, jakie nam robiła jedyna wówczas w Anglii istniejąca fabryka gutaperki przy dostarczaniu nam swego wyrobu. Postanowiliśmy więc sami założyć fabrykę gutaperki, co nam się też doskonale powiodło. W ten sposób mogliśmy samodzielnie podejmować się wielkich robót podmorskich i udaremnić usiłowania naszych konkurentów do zawładnięcia całą telegrafią podmorską. Jakoż bracia moi utworzyli Towarzystwo, które nam powierzyło fabrykacyę i założenie kabli oddzielnych, samoistnych pomiędzy Irlandyą i Stanami Zjednoczonemi. Kapitał potrzebny został złożony na kontynencie, ponieważ rynek angielski był dla nas zamknięty z powodu nadto potężnej konkurencyi.
Wilhelm złożył dowody wybitnego talentu konstrukcyjnego przez wypracowanie projektu własnego statku parowego do zakładania kabli; daliśmy mu imię „Faraday.” Karol objął nad nim komendę przy zakładaniu kabli. Uważałem go za szczególnie uzdolnionego w tym kierunku, był bowiem spokojny, rozważny, doskonały obserwator i stanowczy w postanowieniach. Ja sam na „Faraday’u” przybywałem do Ballinskellig Bai na zachodniem wybrzeżu Irlandyi i objąłem kierunek operacyi na stacyi lądowej podczas zakładania kabli.
Pogoda dosyć sprzyjała i z początku szło wszystko dobrze. Ciężki i stromy spadek wybrzeża irlandzkiego do morza znacznej głębokości szczęśliwie został pokonany i kable po odbytej próbie okazały się bez zarzutu. Wtem wykryto maleńki brak w izolacyi, tak mały, że tylko nadzwyczajnie czułe instrumenty, jak nasze, mogły go wykazać. Dawniej nie byłoby się zwracało uwagi na taki błąd, który prawdopodobnie nie miałby żadnego wpływu na komunikacyę telegraficzną. Ale my chcieliśmy stworzyć połączenie doskonałe; postanowiliśmy zatem podnieść do góry linę, aż do miejsca wadliwego. Z początku, pomimo znacznej głębokości, bo 18,000 stóp wynoszącej, podnoszenie szło pomyślnie, jak mi ciągle z okrętu telegrafowano. Nagle straciliśmy z oczu skalę naszego galwanometru. Lina się zerwała i to w miejscu tak głębokiem, że o wyłowieniu jej mowy być nie mogło.
Straszny to był cios, zagrażający zarówno naszej sławie, jak i kredytowi. Wiadomość ta lotem błyskawicy rozeszła się po całej Anglii i bardzo różne zrobiła wrażenie. Nikt nie wierzył w możliwość wydostania kabla z takiej głębokości; nawet Wilhelm radził telegraficznie zaniechać wszelkiej akcyi ratunkowej i rozpocząć zakładanie nanowo. Ja jednak byłem aż nadto pewien, że Karol nie powróci, nie spróbowawszy wpierw wydostać nieszczęsnej liny z głębi morskiej i spokojnie przypatrywałem się wahaniom na skali galwanometru, który najdokładniejsze podawał mi wieści o tem, co się działo na morzu. Nadzieja moja to się wzmacniała, to słabła. Nareszcie po dwóch dniach strasznej niepewności przekonałem się, że stał się fakt zupełnie nieprawdopodobny: od jednego razu, bez żadnych prób nieudanych wydobyto linę z głębokości większej niż Montblanc! Musiało się na to złożyć wiele bardzo okoliczności sprzyjających: dobre, piaszczyste dno morskie, pogoda, doskonale celowi swemu odpowiadające urządzenia do szukania i podnoszenia kabli i wyborny, łatwy do kierowania statek pod komendą doświadczonego kapitana. Wszystko to się zeszło i obok wielkiej dozy szczęścia i energii sprawiło, że nieprawdopodobne stało się prawdziwem.
Po szczęśliwie dokonanej naprawie i po przywróceniu połączenia z lądem, przez kilka dni prowadzono dalej zakładanie kabli bez żadnej przeszkody. Ale wkrótce zmieniła się pogoda i pokazała się znów niewielka wadliwość w kablu. Postanowiono nie zajmować się teraz jej usunięciem, aż później gdy się okręt zbliży do brzegów Neufoundland’u. Ale wtedy okazała się operacya ta zbyt trudną z powodu skalistego dna morskiego. Na niefortunne próby zmarnowano dużo kabli i „Faraday” zmuszony był wracać do Anglii po kable i po węgiel, nie spełniwszy swego zadania. Następna wyprawa również nie usunęła całkowicie wadliwości, które stały na przeszkodzie do zakładania kabli; dopiero trzecia dokonała tego trudnego dzieła.
To pierwsze zakładanie kabli przez Atlantyk nietylko dla nas było pouczającem, wogóle wyjaśniło i ustaliło metodę zakładania kabli podmorskich. Złożyliśmy dowody, że nawet przy niepogodzie i w porze roku najmniej sprzyjającej można kable zakładać i naprawiać; co więcej, jest to możliwe na wodach niezmiernie głębokich i z jednym, byle tylko dobrze urządzonym i dosyć długim statkiem. Straty, któreśmy ponieśli wskutek naprawiania kabli, przypisywał Karol wadliwej ich konstrukcyi. Idąc za jego radą, używaliśmy później wyłącznie kabli z armaturą z drutów stalowych i uniknęliśmy tym sposobem wszystkich trudności, z tego powodu napotykanych.
Nie wchodząc w szczegóły różnych innych zmian i ulepszeń, zaprowadzanych przy telegrafach podmorskich, nadmienię tylko, że pierwsza moja teorya z r. 1857 w zupełności się utrzymała. Teoryę tę opracowałem w rozprawie, przedstawionej berlińskiej akademii umiejętności i Towarzystwu angielskiemu: Society of Telegraph Engineers and Electricians.
Przeprowadzenie pierwszego telegrafu trans atlantyckiego zarówno dla mnie, jak i dla moich braci było powodem wielu bardzo przykrych przejść. Jedno z nich chcę tu opisać dlatego, że przypadło na bardzo stanowczą chwilę mego życia.
W r. 1874 zostałem wybrany na zwyczajnego członka królewskiej akademii umiejętności w Berlinie. Był to zaszczyt, który dotąd spotykał wyłącznie fachowych uczonych. Postanowiłem więc na uroczystem posiedzeniu akademii wygłosić mowę wstępną, według przyjętego zwyczaju. Wychodząc z domu, odebrałem z Londynu depeszę następującej treści: „Faraday dostał się między lodowce i tam zginął, zmiażdżony wraz z całą załogą.” Potrzebowałem niemałej siły woli, aby w stanie przygnębienia, w jakiem się znajdowałem po odebraniu hiobowej wieści, udać się na zebranie i wygłosić odczyt, który w żaden sposób nie mógł być odłożony. Tylko niewielu bardzo blizkich moich przyjaciół poznało po mnie, jak strasznie byłem wzburzony. Co prawda, od pierwszej chwili miałem nadzieję, że wiadomość tę w dowód życzliwości ukuli nasi przeciwnicy w Ameryce, zkąd pochodziła depesza. Tak się też okazało w istocie. Nie można było w żaden sposób dotrzeć do źródła tej wieści, a po upływie kilku dni zameldował „Faraday” szczęśliwe swoje przybycie do Halifaxu; gęsta mgła zatrzymała go dłuższy czas na pełnem morzu.
Szczęśliwie dokonane połączenie telegraficzne Europy z Ameryką odrazu podniosło sławę naszej londyńskiej firmy i zapewniło jej zaszczytne miejsce w przemyśle angielskim. Badanie własności elektrycznych naszych kabli, dokonane przez najwyższą w tej materyi powagę, Wil. Thomson’a, wykazało, że są wolne od wszelkich wad i błędów i pod każdym względem bez zarzutu. Ale jeszcze większe znaczenie miało dla nas to, że rozbity został tem samem syndykat telegrafów podmorskich, na czele którego stał Sir W. Penders. Naturalnie próbowano go nanowo zawiązać, włączając doń telegraf świeżo przez nas zbudowany. Jednakowoż i to wyszło nam na dobre, zawiązało się bowiem wkrótce drugie, francuskie towarzystwo, które poleciło naszej firmie przeprowadzenie linii telegraficznej do Ameryki, linii nie należącej do syndykatu. Nowy telegraf został wprawdzie odkupiony przez pierwsze towarzystwo, ale tym sposobem napłynęły kapitały amerykańskie do przedsiębiorstwa telegrafów podmorskich. W r. 1881 otrzymał brat mój Wilhelm od znanego króla kolei żelaznych, Gould’a, depeszę z zamówieniem podwójnej linii telegraficznej do Ameryki, identycznej z założoną przez nas linią francuską. Za dowód, jak wielkiem zaufaniem cieszyła się nasza firma z tamtej strony oceanu, może posłużyć fakt, że Gould nie chciał przysłać pełnomocnika swego do zawarcia umowy, „ponieważ nieograniczone w firmie naszej pokłada zaufanie” i potwierdził to jeszcze, przysyłając nam znaczną sumę, jako zaliczkę. Fakt ten tem większe ma znaczenie, że Gould uchodził w Ameryce za człowieka niezmiernie przezornego w interesach i że chodziło tu o kilkanaście milionów. W każdym razie dobrze rachował: zaufanie to bowiem skłoniło braci moich do ułożenia jak najłagodniejszych warunków i do wykonania jak najstaranniejszego. W r. 1884 obstalowali amerykanie Mackay i Benneth u firmy „Siemens Brothers” dwa kable pomiędzy wybrzeżem angielskiem a New-York’iem, które w ciągu roku jak najpomyślniej zostały ukończone.
Te sześć linij telegraficznych przeprowadziliśmy na statku „Faraday”, który okazał się doskonałym do tego użytku i służył za wzór wszystkim firmom konkurencyjnym.
Brat mój Karol w r. 1880 powrócił do Petersburga, a pierwej jeszcze za jego namową zamieniliśmy przedsiębiorstwo londyńskie na familijne towarzystwo akcyjne.
W r. 1883 nagła i zupełnie nieprzewidziana śmierć wyrwała z pośród nas Wilhelma, przecinając pasmo tak pożytecznego i bogatego w świetne rezultaty żywota.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Werner von Siemens i tłumacza: anonimowy.