Wygnaniec (Krasiński, 1912)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Krasiński
Tytuł Wygnaniec
Pochodzenie Pisma Zygmunta Krasińskiego
Wydawca Karol Miarka
Data powstania 1831
Data wyd. 1912
Miejsce wyd. Mikołów; Częstochowa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
WYGNANIEC.

WYGNANIEC.[1]
We Florencyi, w pałacu księcia S***, jest obraz Galearo Pesąuieri, sławnego w średnich wiekach przywiązaniem do Rzeczypospolitej Florenckiej i wieloma nieszczęściami. Nieustraszony w boju i w burzliwych radach owych czasów, naraził się nieraz nieprzyjaciołom i musiał kryć się i uciekać; aż znowu za wzmocnieniem się własnego stronnictwa mógł się ukazać i działać. Żarliwy obrońca przywilejów ludu, choć sam był ze znakomitej rodziny, częste miewał zatargi z arystokracyą i nieraz pokazał się nieubłaganym w zemście. Uległ wreszcie zwykłemu losowi tych, którzy w publicznych zamieszaniach stają na czele stronnictw, bo są w sile wieku: zginął od trucizny. Twarz jego odbiła ogień duszy niezgiętej, miłości wolności, i coś słodkiego w tajniach serca, które, zwiększając wyraz oczu, z ponurego na tęskny zamienia. Ubiór jest prosty i bez haftów, koloru ciemnego, z łańcuchem srebrnym na szyi; na głowie ma czapkę okrągłą bez piór z sprzączką stalową; na piersiach kolczugę i sztylet u boku. Prawą ręką opiera się na marmurowym stole, a drugą ciśnie czoło, jakby dla ulgi chciał boleść w głąb zatłoczyć. Pod obrazem, na filarze parteru, tabliczki z perłowej macicy, oprawne w ozdoby gotyckie ze złota, z początkowemi literami jego imienia; w ich środku zachowany jest dotąd długi napis, który starałem się wiernie przetłómaczyć.
NAPIS.

Kiedy cię przekleństwo ojca wyruguje z domu, w którym wyrzekłeś z kolebki pierwsze wyrazy do matki; kiedy z przyjaciółmi przyjdzie do pożegnania, bez nadziei, żebyś ich kiedy powitał znowu; kiedy w progu raz ostatni mamkę płaczącą uściśniesz; z bram miasta znajomym się ukłonisz na wieki; z drogi, którą się udajesz, znikną ci stopniami wieże i dzwonnice, podziwy twego dzieciństwa; nie jest to wygnanie. Jeśli, puściwszy się na morze, spotkasz wiatry przeciwne, i pędzony burzą po rozbiciu się okrętu sam jeden z towarzyszów tylu ocalejesz na skale, by nieludnej wyspy jedynym zostawszy mieszkańcem, zdobywać trochę pokarmu na jej dziedzicach, lwie i gadzinie; jeżeli tygodnie, miesiące, lata tam pędząc, doznasz niepogód i nędzy; wylejesz dużo krwi, kalecząc się po żwirze na brzegach, dużo też wspominając o straconej na zawsze ojczyźnie i rozbitych majątkach: o wierz mi, nie jest to jeszcze wygnanie. Walcząc ze stronnictwem, któreś obrał sobie, jeśli przegrasz, pojmany przez wrogów w głuchem więzieniu zapoznasz się z ich zemstą; a po mnogich torturach na światło wypuszczony, stawisz się w orszaku twoich katów, przed radą Rzeczypospolitej, która cię razem oskarży, osądzi i potępi; kiedy ci wtenczas oznajmią, że na zawsze trzeba rozbratać się z ziomkami i porzucić ziemię matkę; kiedy po wysłuchaniu wyroku pójdziesz raz jeszcze żonę uściskać i dzieci pobłogosławić w komnatach, gdzie wiszą przodków obrazy, a potem pod wieczór chłodny, w płaszczu rozdartym sztyletami w ostatniej potyczce, wyjdziesz, by nie wrócić więcej, choć czujesz, żeś nie przewinił; kiedy inkwizytor odprowadzi cię w milczeniu aż do granicy i tam puści, mówiąc: — „idź naprzód, ale się nie oglądaj;“ o wierz mi! jeśli zostawisz kraj w pokoju, swobodzie i szczęściu, jeśli oddalając się usłyszysz w około pieśni mieszkańców, nie lękasz się, aby kara prześladowania spadła na prześladowców, nie nazywaj tego jeszcze wygnaniem. Lecz może w rozkosznej krainie, pod jasnem niebem bawiąc się wesoło, przy kochance cudzoziemce pędząc dni uniesienia i namiętności, z wieńcem kwiecia na skroniach a z jej ręką w dłoni, z ustami na ustach, posłyszysz, że twoja ziemia zrzuca jarzmo i rwie kajdany, które ja krępują: wtenczas, jeśli pożegnawszy wśród jęków i łez lubą na wieki, pobiegniesz ku szczękowi szabel na ojczyste błonia, lecz w pół drogi cię zatrzymają ludzie i okoliczności; jeśli słysząc codzień wieści o swoich, codzień napróżno ku nim wzdychasz, słysząc, że się biją, ty drzemiesz, słysząc, że zwyciężają, ty dzielić chwały nie możesz, słysząc, że giną, ty żyć musisz; jeśli się ani ucieczką, ani podstępem, ani zbrojna ręką przebić nie potrafisz; jeśli wylawszy moc całą na usiłowaniu, ujrzysz wreszcie, że daremne, i od obu kochanek daleki, ani jednej sławą pocieszyć, ani drugiej zgonem pomódz nie zdołasz: — o wierzaj mi, to jest wygnaniem, i takiem wygnaniem, jakiem Bóg tylko w największym gniewie karze grzesznika. Wtedy ci już godziny, w których obcy mówić będą o wieściach ojczyzny, dłuższemi od dni się wydadzą; nocy twoje przeniosą się na pola, gdzie uczujesz ostatnie uściśnienie konających braci, a kiedy się obudzisz, jak ich zemścisz? przecież już pomstę w snach obiecałeś? U łoża odtąd krew i jęki, na jawie wstyd i cierpienie zgotowane — tak, że przed kościołem nie będziesz śmiał się przeżegnać, ani przed równym oczu podnieść, a jeśli wychodzisz, zakrywaj twarz dobrze, bierz się na tylne schody, na boczne ulice, kryj w sieniach, przemykaj przez rynki, by dzieci poznanego nie wytknęły: „on tutaj, czyż to tu jego miejsce!“
Będziesz patrzył na wschody i zachody słońca, na dnie pogodne i mgliste, na piękne położenia, dzikie wąwozy, bez ponęty ku jednym, wstrętu ku drugim, choć będziesz pamiętał, żeś jeszcze niedawno lubił czyste Niebo, przezroczyste strumienie, nie zrozumiesz tego, nic już w tobie miłego nie wzbudzi uczucia. Wygnańcze, coś marzył w snach od kolebki do młodości, ziściło się dla wszystkich, tylko nie dla ciebie; broń, którą ostrzyłeś, by nie zawiodła w dniu powstania, nie zdała ci się na nic, bo nie możesz w pośród bitew zawołać: „naprzód, towarzysze!“ bo nie możesz wypaść w noc ciemną i sztylet kładąc na piersi ciemięzcom, krzyknąć: „koniec wam i waszym!“ — Wygnańcze, twój hełm rdzą zachodzi, zgniją białe na nim pióra, rozejdzie się klinga od rękojeści, pierścienie kolczugi się rozprzęgną, a serce, co miało pod niemi bić namiętnie do ciosów nieprzyjaciół, podobnie jak one wkrótce się rozpadnie. Wygnańcze, żyj bez wzmianki, grób bez napisu jest twoim udziałem, i bodajby on jeszcze był takim, wolny od pogardy i przekleństw bliźnich, dosyć już twoich nad nim było.
Nie do was, przyjaciele, z którymi dziecko biegałem w Apenińskie lasy, po nad brzegami Arno, teraz przemawiam, ani do was, którzyście umarli przedemną i w dziejach mojego kraju żyjecie, ani do tych, co po mnie zawód swój zaczną, ażeby mi dać naukę; do nikogo na tym szerokim świecie się nie odzywam — tylko do siebie, do siebie, do siebie, bo taki był mój los a nie czyj więcej.
Te myśli przychodziły mi do głowy w Weronie, kiedym jeszcze w roku 1401 posłyszał o zamieszkach Florencyi, z przyczyn Walentego Stragoni. Zapewne bliskość grobu Julii i Romea tak czarnemi przeczuciami mnie wtenczas natchnęła.





  1. Napisane w r. 1831, i ofiarowane Konstantemu Gaszyńskiemu na pamiątkę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Krasiński.