<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1929
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ LXII.

Odosobniona skała na oceanie Spokojnym. — Ostatnie schronisko. — Śmierć niechybna. — Niespodziewana pomoc. — Dlaczego i skąd przybywa. — Ostatnie dobrodziejstwo. — Grób kapitana Nemo.

Odosobniona skała, mająca trzydzieści stóp długości a piętnaście szerokości, wystająca zaledwie na dziesięć stóp ponad morzem — oto jedyny punkt oparcia, nieopanowany przez fale oceanu Spokojnego — oto wszystko, co pozostało ze wspaniałego pałacu Granitowego.

Ściany skał pochyliły się, a następnie rozpadły i niektóre skały dawnego salonu tak się nagromadziły i wytworzyły tę wyniosłość.
Cyrus postąpił parę kroków, potem głośno i dobitnie wyrzekł następujące słowa: — Kapitanie Nemo, wezwałeś nas, jesteśmy.
Wszystko wokoło zapadło się w otchłań; niższy stożek góry Franklina, rozdarty wybuchem szczęki zatoki Rekina, płaszczyzna Pięknego Widoku, wysepka Ocalenia, granity portu Balonu, bazalty groty Dakkara, długi półwysep Wężowaty, chociaż tak oddalony od miejsca wybuchu. Słowem, z całej wyspy Lincolna pozostała tylko wspomniana mała skała, służąca teraz za miejsce schronienia sześciu kolonistom i ich wiernemu psu.
Wszystkie zwierzęta zginęły w tej strasznej katastrofie, tak ptaki, jak inni przedstawiciele fauny wyspy Lincolna, nawet biedny Jow znalazł śmierć w jakiejś rozpadlinie.

Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Penkroff, Nab i Ayrton temu tylko zawdzięczali ocalenie, iż zgromadzeni pod namiotem rzuceni zostali w morze w chwili, gdy szczątki wyspy rozpryskiwały się na wszystkie strony.
Gdy się dostali na powierzchnię fal, jak okiem dojrzeć można było, zobaczyli tylko to nagromadzenie skał i, popłynąwszy w tę stronę, na niem szukali schronienia.
Tu znajdowali się od dni dziewięciu, a jedynem ich pożywieniem były zapasy żywności, które przypadkiem zostały im w kieszeniach, przy przenosinach z Granitowego pałacu, i trochę wody słodkiej, nagromadzonej podczas deszczu w rozpadlinie skały. Okręt, ta ostatnia ich nadzieja, uległ roztrzaskaniu; pozbawieni więc byli wszelkiej możności opuszczenia skały; nie mieli ognia, nie posiadali nic, coby go rozniecić pozwalało — czekała ich nieuchronna śmierć.
Działo się to 18 marca. Choć jedli tylko tyle, aby nie umrzeć z głodu, jednak już zaledwie na trzy dni mieli cokolwiek żywności. Żadna nauka, największy rozum w tem położeniu nic zaradzić nie mogły, sam tylko Bóg mógł ich ocalić Swoją wszechmocnością.
Cyrus Smith był spokojny, Gedeon Spilett mocno rozdrażniony, a Penkroff zły i gniewny chodził po skale. Harbert nie odstępował inżyniera, wpatrywał się w niego nieustannie, jakby chcąc z twarzy jego wyczytać myśl zbawczą, jakby błagając o ratunek, którego Cyrus Smith dać już nie mógł. Nab i Ayrton spokojnie poddawali się losowi.
— Ach, to straszna rzecz! — wołał Penkroff — gdybyż mieć choć najnędzniejszą łódkę, któraby nas przewiozła na wyspę Tabor. Ale niema nic! nic! żadnej nadziei ratunku!
— Dobrze zrobił kapitan Nemo, że umarł! — rzekł raz Nab — nie doczekał tak ciężkiej doli!
Cztery dni upłynęły; Cyrus Smith i jego towarzysze nie mieli już żadnego pożywienia. Osłabienie wzmagało się z każdą chwilą; u Harberta i Naba zaczęły się już pokazywać objawy gorączki.
Czy mogli w takiem położeniu łudzić się najsłabszą iskierką nadziei?... Jakież pozostały im środki ocalenia?... Chyba gdyby okręt jaki przepływał wpobliżu skały, na której się znajdowali!... Ale wiedzieli dobrze, że okręty nie zapuszczają się w te strony, a czy można było przypuszczać, że szczególnem zrządzeniem Opatrzności jacht szkocki teraz właśnie nadpłynie, aby szukać Ayrtona na wyspie Tabor?... Było to prawie niepodobieństwem; a gdyby nawet tak się stało, to, ponieważ nie pozostawili tam dotąd zawiadomienia o zmianie, zaszłej w położeniu i postępowaniu Ayrtona, komendant jachtu, po daremnem poszukiwaniu na wysepce, popłynąłby zpowrotem.
Nie, niepodobna było łudzić się nadzieją ocalenia, czekała ich na tej skale śmierć straszna, śmierć z głodu i pragnienia! Jakoż leżeli już na niej bezprzytomni i jakby martwi, nie wiedząc, co się wkoło nich dzieje. Jeden tylko Ayrton mógł jeszcze ostatnim wysiłkiem unosić niekiedy głowę i rozpaczliwem spojrzeniem ogarniał morze.
Aż oto 24 marca z rana Ayrton wyciągnął ręce ku jakiemuś punktowi w przestrzeni, uniósł się nieco, najpierw na kolana, a następnie stanął prosto, jakby znak jakiś dając ręką...
Wdali, wprost skały, ukazał się okręt i widać było, że nie przypadkiem zawinął w te strony, gdyż wyraźnie w prostej linji zmierzał ku rafie, będącej ostatniem schronieniem kolonistów. Płynął pośpiesznie, i gdyby nieszczęśliwi rozbitkowie mieli dość sił, aby rozglądać się po widnokręgu, dawno jużby go spostrzegli.
Duncan — wyszeptał Ayrton i padł bez zmysłów.

.............
.............

Gdy nareszcie, dzięki troskliwym staraniom, Cyrus Smith i jego towarzysze odzyskali przytomność, nie mogli pojąć, jakim cudem uniknęli śmierci i znajdują się w pięknej i wygodnej kajucie statku!
Ayrton objaśnił ich jednem słowem:
Duncan!
Duncan! — powtórzył Cyrus Smith a, wznosząc ręce do nieba, zawołał: — O Boże miłosierdzia! dzięki Ci za to cudowne ocalenie!
Tak, był to rzeczywiście Duncan, jacht lorda Glenarvana, którego dowódcą był Robert, syn kapitana Granta. Wysłano go na wyspę Tabor w celu wyszukania i zabrania Ayrtona po dwunastu latach pokuty.
A więc koloniści byli ocaleni i nadspodziewanie wracali do ojczyzny!
— Kapitanie Robercie — zapytał Cyrus Smith — gdy nie znalazłeś Ayrtona na wyspie Tabor, skąd przyszła ci myśl płynąć o sto mil dalej w kierunku północno-zachodnim?
— Chciałem zabrać stamtąd nietylko Ayrtona, ale ciebie, panie Smith, i twoich towarzyszy — odpowiedział kapitan.
— Co? Mnie i moich towarzyszy?
— Tak jest w tym celu płynąłem do wyspy Lincolna.
— Do wyspy Lincolna! — powtórzyli z niewymownem zadziwieniem Gedeon Spilett, Harbert, Nab i Penkroff.
— Skądże mogłeś wiedzieć o istnieniu wyspy, skoro nie jest oznaczona na żadnej mapie? — zapytał inżynier.
— Dowiedziałem się o niej z notatki, którą pozostawiliście na wyspie Tabor — odrzekł kapitan.
— Z notatki? — zawołał z zadziwieniem reporter.
— Ano tak! — odpowiedział Robert Grant, pokazując im notatkę, określającą doskonale długość i szerokość geograficzną, oraz położenie wyspy Lincolna, na której zamieszkują obecnie Ayrton i pięciu kolonistów amerykańskich.
— To pisał kapitan Nemo!... — zawołał Cyrus Smith, przeczytawszy notatkę, pisaną tym samym charakterem, co kartka, znaleziona w owczarni.
— Aha! — krzyknął Penkroff — więc to on zabrał wtedy naszego Bonawenturę i nie wahał się sam jeden popłynąć aż na wyspę Tabor!...
— Aby tam zostawić to zawiadomienie — dorzucił Harbert.
— Miałem więc słuszność, utrzymując, że nawet po śmierci kapitan wyświadczy nam jeszcze ważną ostatnią przysługę — mówił dalej Penkroff.
— Przyjaciele! — rzekł Cyrus Smith głosem głęboko wzruszonym — módlmy się do Boga, aby przyjął do Swej chwały duszę kapitana Nemo!
W tej chwili Ayrton zbliżył się do inżyniera, zapytując z prostotą:
— Gdzie mam złożyć tę skrzyneczkę?
Była to szkatułka z kosztownościami, którą Ayrton ocalił z niebezpieczeństwem życia i teraz oddawał inżynierowi.
— Ayrtonie! poczciwy Ayrtonie! — zawołał, ściskając go, rozrzewniony Cyrus Smith a, zwracając się do Roberta Granta, dodał:
— Kapitanie, zamiast pozostawionego tu winowajcy znalazłeś poczciwego człowieka, który długoletnią pokutą i uczciwem postępowaniem zmazał popełnioną winę. Dumny jestem, mogąc uścisnąć dłoń jego.
Teraz opowiedzieli kapitanowi Grantowi osobliwą historję kapitana Nemo i kolonistów wyspy Lincolna, poczem kapitan wydał rozkazy i popłynął zpowrotem do zamieszkałego świata.
We dwa tygodnie później koloniści wylądowali w Ameryce. Po kilku latach oddalenia zastali ją uspokojoną i potężną; zabliźniły się już rany, zadane wojną domową; słuszność i sprawiedliwość zwyciężyły stanowczo.
Za część klejnotów, zawartych w szkatułce, przekazanej kolonistom przez kapitana Nemo, nabyto i urządzono znaczne posiadłości w stanie Jowa, a najpiękniejszą i najdrogocenniejszą perłę przesłano w darze lady Glenarvan, jako upominek od rozbitków, uratowanych i powróconych ojczyźnie przez Duncana.
Zająwszy swoje posiadłości, koloniści zawezwali do wspólnej pracy, a tem samem zapewnili szczęście i dobrobyt wszystkim tym, których pierwotnie zamierzali sprowadzić na wyspę Lincolna. Utworzyli rozległą kolonję i nadali jej nazwę ulubionej swojej wyspy, zaginionej w nurtach oceanu Spokojnego. Płynącą tam rzeczkę nazwano Mercy, górę sterczącą od południa — górą Franklina, małe jeziorko — jeziorem Granta; otaczające lasy — lasami Dalekiego Zachodu. Była to więc wyspa na kontynencie.
Dzięki rozumnemu kierunkowi inżyniera i gorliwej pracy jego towarzyszy, nowa kolonja rozwijała się nader pomyślnie. Dawni koloniści wyspy Lincolna przysięgli sobie, że się nigdy nie rozłączą — wszyscy więc byli razem. Nab chciał żyć i umierać tam, gdzie ukochany pan jego! Ayrton nie pomijał żadnej sposobności poświęcenia się dla towarzyszy. Penkroff zapomniał prawie o morzu i był doskonałym rolnikiem, Harbert wykształcił się wysoko w naukach pod kierunkiem Cyrusa Smitha, a Gedeon Spilett założył gazetę p. t. „New-Lincoln-Herald”, najlepszą na świecie.
Ale zawsze żałowali zagłady wyspy Lincolna, której wspomnienie nigdy nie zatarło się w ich sercach. Czy mogli zapomnieć, jak wiele jej zawdzięczali?... Zostali tam rzuceni biedni i wszelkich pozbawieni zasobów, a jednak cztery lata przeżyli swobodnie, i nie brakowało im niczego; tam znaleźli opiekę kapitana Nemo, którego dar wszystkim im szczęśliwą zapewnił przyszłość; tam nauczyli się pracować i przekonali się, że praca i nauka w najtrudniejszych nawet położeniach mogą stać się arką wybawienia... A dziś z tej pięknej wyspy pozostał tylko odłam granitu, sterczący wśród fal oceanu Spokojnego, w którego otchłaniach znajduje się grób tego, który nosił miano kapitana Nemo.



KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.