<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XIV. MORGAN LE FAY.

Jeśli wierzyć mej braci, błędnym rycerzom, to nie we wszystkich zamkach można było liczyć na gościnne przyjęcie. Skądinąd, jeśli wnioskować z tego, co miałem sposobność zaobserwować, niebardzo zasługiwali oni na zaufanie, zaufanie w tym sensie, jaki się nadaje dziś temu słowu. Zgodnie z ówczesnemi poglądami byli oni może ludźmi zupełnie godnymi wiary. Co do mnie, to dla zdania sobie sprawy z istotnego stanu rzeczy robiłem zawsze mały arytmetyczny rachunek, mianowicie, odejmowałem od całości 97%, kładąc je na karb fantazji rycerza, pozostałe zaś uważając za fakt, nie ulegający wątpliwości. Przerobiwszy i tym razem to samo działanie, postanowiłem zadzwonić u wejścia do zamku, t. zn. zawołać straże. Lecz w tej samej chwili na zakręcie wiodącej do zamku drogi ukazał się jakiś jeździec. Kiedyśmy się znaleźli w nieznacznej odległości od siebie, spostrzegłem, że nosi hełm z pióropuszem i stalową zbroję, lecz że ta ostatnia mieściła się w czemś w rodzaju twardego, zabawnie wyglądającego futerału. Mimowoli uśmiechnąłem się ze swego braku pamięci, kiedy zbliżywszy się, przeczytałem napis na futerale:
„Persimmońskie mydło — używają wszystkie primadonny“. Był to mój własny wynalazek, wprowadzony przedewszystkiem w celach higjenicznych. W głębi duszy piastowałem jeszcze jeden zamiar: pragnąłem w ten sposób podciąć raz na zawsze korzenie idjotycznej instytucji błędnego rycerstwa. Wybrałem kilku zuchów z pośród największych zawalidrogów i wyposażyłem ich w płaszcze-futerały z rozmaitemi ogłoszeniami. Byłem przekonany, że w miarę zwiększania się ich liczby, zaczną oni czynić piekielnie zabawne wrażenie. Wówczas każdy bez wyjątku osioł, zakuty w stal, będzie wywoływał śmiech i kpiny i tym sposobem ten śmieszny i barbarzyński zwyczaj zostanie powoli wyrugowany.
Misjonarze moi mieli zapowiedziane, że muszą wazystkim bez wyjątku, kogo spotkają, odczytywać złote napisy na swych futerałach. Pozłota odpowiadała barbarzyńskiej wspaniałości tych czasów i łatwiej, niż co innego, mogła ściągnąć uwagę ludzi i rycerstwa na napis. Obowiązkiem więc spotkanego błędnego rycerza było odczytywanie i objaśnianie lordom i ladies znaczenia mydła. W razie gdyby szlachetni lordowie i wysoko urodzone ladies wzdragali się przed użyciem go, proponowano wypróbować działanie mydła na psach ich szlachetnego właściciela. Pozatem misjonarze musieli używać mydła sami wraz ze swemi rodzinami i popierając swe słowa własnem doświadczeniem, przekonywać o jego dobrodziejstwie szlachtę. W wypadkach zaś wyjątkowej odporności klienta zalecane było złapanie i wyszorowanie mydłem jakiegoś pustelnika, co nie przedstawiało specjalnej trudności, gdyż wszystkie lasy roiły się od nich. Jeżeli zaś to nawet nie przekona szlachetnego klienta, to trzeba dać mu spokój i posłać go do wszystkich djabłów.
Misjonarz czystości, spotykający błędnego rycerza, rzucał mu wyzwanie i jeśli udało mu się go zwyciężyć, szorował go od stóp do głowy. Jeśli zwyciężony nie rozchorował się po tej operacji, wiązano go rycerskiem słowem honoru, że poświęci się reklamowaniu mydła i że do grobowej deski poświęci się krzewieniu mydła i cywilizacji. Co się tyczy mej mydlarni, to ta szła świetnie. Z początku miałem dwu robotników, lecz już przed wyjazdem zostawiłem piętnastu, pracujących dniami i nocami. Skutki pomyślnego rozwoju mej fabryczki dały się prędko „odczuć“: król doznawał lekkich omdleń i klął się, że w tego rodzaju powietrzu dłużej nie wytrzyma. Sir Lancelot wlazł zaś aż na dach mydlarni i choć go zapewniałem, że tam jest najgorzej, nie schodził i powtarzał z uporem, że potrzebuje jaknajwięcej powietrza. Przytem klął się, że każdego, komu przyjdzie do głowy założyć u siebie w domu mydlarnię, wyprawi najkrótszą drogą do piekła.
Rycerza, któregośmy spotkali, zwano La Cote Male Taile. Poinformował mnie, że w zamku zamieszkuje siostra króla Artura, będąca żoną króla Urieusa, na którego terytorjum znajdowaliśmy się. Królestwo Urieusa było zresztą tak wielkie, jak mniej więcej okręg Kolumbji; można było stanąć pośrodku niego i rzucić kamień z zupełnem przeświadczeniem, że upadnie w sąsiedniem królestwie. Wogóle królów i państw w Brytanji było tak wiele, jak swego czasu w Grecji lub w Palestynie. Mieszkańcy sypiali tam, zwinąwszy się w kłębek, gdyż nie mogli wyciągnąć nóg bez paszportu. La Cote był niezmiernie przygnębiony, gdyż spotkało go tu kompletne fiasco. Nie zarobił nawet na chleb. Nic nie pomogło, zawiodło nawet demonstracyjne szorowanie mydłem pustelnika, który oddał ducha ze strachu.
Pożegnawszy rycerza, którego napróżno starałem się pocieszyć, podążyliśmy bez przeszkód do zamku, rozmawiając z Sandy po drodze o strapieniach La Cote’a. Dziewczyna twierdziła, że mego misjonarza od pierwszego dnia podróży zaczęły trapić niepowodzenia. Powodem ich była, podług niej, klęska, której La Cote doznał przed samym wyjazdem. Zgodnie z panującym zwyczajem, towarzyszka rycerza, jeśli ten ją posiada, przechodzi do rąk zwycięscy, — lecz Maledisant-Sandy mego Misjonarza — nie zgodziła się na to i nawet po porażce rycerza została przy jego boku. Na moje przypuszczenie, że zwycięsca wolał politycznie nie upominać się o zdobycz, Sandy odparła, że jest to niemożliwe, gdyż zwycięsca jest obowiązany przyjąć towarzyszkę zwyciężonego rycerza. Przyjąłem to do wiadomości. Kiedy muzyka Sandy zacznie mi już zbytnio działać na nerwy, pozwolę się poprostu położyć przez jakiegoś draba na obie łopatki, t. j. dam mu wysadzić się z siodła, i będę wolny jak ptaszek.
Tymczasem zostaliśmy spostrzeżeni przez straż z murów zamku i po krótkich pertraktacjach wpuszczeni do środka. Nie wróżyłem sobie po tej wizycie niczego dobrego. Reputacja pani de Fay byla mi znana. Dama ta trzymała w postrachu całe królestwo, wmówiwszy wszystkim, że jest wszechwładną czarodziejką. Była ona przesiąknięta złością aż do szpiku kości. Życie jej było pasmem zbrodni, śród których mord nie odgrywał ostatniej roli. Gdyby nie wzięty na siebie obowiązek poszukiwania przygód, nie pomyślałbym nigdy o odwiedzeniu tego zamku i jego właścicielki.
Pragnąłem spotkania z nią w tym samym mniej więcej stopniu, co spotkania z Belzebubem. Lecz, ku memu zdumieniu, okazało się, że czarownica jest wyjątkowo piękną kobietą. Jej czarne myśli ani trochę nie odzwierciadlały się na jej obliczu, podobnie jak wiek nie wyrył ani jednej zmarszczki, nie skaził ani jedną plamką jej olśniewająco świeżej, atłasowej cery. Mogłaby ona śmiało uchodzić za wnuczkę starego Urieusa i za siostrę własnego syna.
Niezwłocznie po przestąpieniu progów zamku polecono nam stawić się przed królową. Tutaj, w sali przyjęć, ujrzeliśmy obok królowej jej małżonka, staruszka o dziecinnych oczach i przygnębionym wyrazie twarzy, a także syna jej, Uwaine’a le Blanchemainga. Na tego ostatniego spojrzałem z zaciekawieniem; o wędrówce jego z sir Marhausem i zwycięstwie nad 30 rycerzami opowiadała mi Sandy. Lecz najwyraźniej główną rolę odgrywała tu Morgan i wszyscy wobec niej usuwali się na dalszy plan. Z niewysłowioną gracją i czarującą uprzejmością poprosiła nas, abyśmy zajęli miejsca i zaczęła zarzucać mnie pytaniami. Mój Boże! Ta kobieta śpiewała jak ptak, albo jak flet, jeśli wolno użyć takiego porównania. Byłem święcie przekonany, iż biedną królowę ohydnie spotwarzono. Właśnie szczebiotała i śmiała się, gdy doszedł młodziutki, śliczny pazik, w ubraniu, mieniącem się wszystkiemi kolorami tęczy. Lekkim krokiem, ledwo dotykając ziemi, zbliżył się do królowej, przyklęknął na jedno kolano i podał jej coś na złotej tacy. Kiedy powstał i cofał się, gnąc się w pokłonach, stracił nagle równowagę i bezgłośnie upadł u jej stóp. Wówczas zręcznie i spokojnie cisnęła weń swym ostrym sztyletem, tak jakby celowała w mysz!
Biedne dziecko upadło nawznak i po kilku konwulsyjnych drgawkach wyzionęło ducha. Staremu królowi wyrwał się okrzyk współczucia, który natychmiast zamarł na jego ustach. Sir Uwaine na znak matki zawołał na sługi, królowa zaś szczebiotała dalej, jakgdyby nigdy nic.
Mogłem spostrzec jak doskonałą jest gospodynią, gdy nie przerywając rozmowy, bacznie śledziła sługi, wycierające podłogę. Przyniesione przez nich mokre płótna kazała sprzątnąć i przynieść inne. A gdy skończyli wycierać podłogę i zamierzali opuścić salę, Morgan le Fay zatrzymała ich spojrzeniem, wskazawszy na czerwoną plamkę wielkości łzy, której nie dostrzegli. I to wszystko podczas niemilknącej rozmowy ze mną!
Zadziwiająca kobieta! A jej spojrzenie! Gdy wzrokiem strofowała sługi, nieszczęśliwcy robili wrażenie rażonych piorunem. Sam zresztą zacząłem doznawać podobnego uczucia. Co do biednego starego Urieusa, to wystarczyło, by odwróciła głowę w jego stronę, a stary król formalnie kurczył się ze strachu.
Wśród rozmowy wyraziłem się mimochodem pochlebnie o królu Arturze, zapomniawszy o jej śmiertelnej nienawiści do niego. To wystarczyło. Jakgdyby czarna chmura padła nagle na jej twarz. Wezwawszy straże, Morgan le Fay zawołała:
— Odprowadzić tych ludzi do baszty!
Z przerażenia zaniemówiłem: reputacja jej baszty była mi nieco znana. Zupełnie się straciłem i żadna zbawcza myśl nie przychodziła mi do głowy, mogąca mnie wyratować z tej opresji. Ale całkiem inaczej się zachowała Sandy. Nie zdążył jeszcze strażnik położyć ręki na mem ramieniu, kiedy moja towarzyszka zapiszczała:
— Niech Bóg was broni, szaleńcy! Czy się wam życie sprzykrzyło? Toż podnosicie rękę na Patrona!
Co za szczęśliwy pomysł! I jaki prosty! Czy coś podobnego strzeliłoby mi kiedykolwiek do głowy?! Coprawda, byłem skromny od urodzenia, ale tu moja skromność była conajmniej nie na miejscu.
Działanie tych słów na madame było piorunujące. Myśli jej nagle przyjęły zupełnie inny kierunek, twarz rozjaśnił czarujący uśmiech, ta sama pełna gracji miękkość czaiła się w ruchach i tak samo przymilnie, jak poprzednio, brzmiał jej głos. To wszystko nie przeszkadzało mi dostrzec, że ta niezwykła kobieta przeżywa w tej chwili równie wielki strach, jak ja przed chwilą.
— Twoja towarzyszka jest doprawdy zabawna! Czyż sądzi, że kobieta o tak wielkiej potędze czarodziejskiej, jak ja, mogłaby nie wiedzieć o odwiedzinach słynnego zwycięscy Merlina. Chciałam ci poprostu spłatać figla, aby ujrzeć jak zabijesz jednem spojrzeniem strażników, gdy się ciebie dotkną. Takie cuda wymykają się z pod mej władzy i byłam ich niezmiernie ciekawa.
Lecz strażnicy królowej byli widocznie mniej ciekawi, gdyż z pośpiechem zniknęli na pierwsze jej skinienie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.