<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XV. UCZTA DWORSKA.

Madame, widząc że jestem pokojowo i dobrodusznie nastrojony, nie wątpiła, że uwierzyłem jej tłómaczeniom. Strach jej minął i bezpośrednio po zajściu zaczęła mnie zarzucać prośbami, bym zabił kogokolwiek z otoczenia. Zacząłem już nie na żarty się niepokoić, gdy na moje szczęście zaczęto zwoływać na modlitwę. Do charakterystyki ówczesnej arystokracji należy dodać, że przy całem swojem okrucieństwie i krwiożerczości i wogóle przy całym swym moralnym rozkładzie, była ona głęboko i płomiennie religijna. Nic nie mogło tych ludzi oderwać od ciągłego drobiazgowego wykonywania obrzędów przepisanych przez Kościół. Niejednokrotnie zdarzało mi się widzieć rycerza, który zwyciężywszy wroga, zmawiał modlitwę, wprzódy nim poderżnął gardło pokonanemu. Niejednokrotnie również zdarzało mi się widzieć rycerza, który już wysławszy wroga na tamten świat, stawał na stronie, by zmówić dziękczynną modlitwę przed ograbieniem ciała zabitego. Była to ta sama brutalność, którą się odznaczało życie takiego Benwenuta Cellini — żyjącego dziesięć stuleci po opisanym czasie. Wszyscy arystokraci Brytanji byli obecni wraz z rodzinami na wszystkich nabożeństwach porannych, dziennych i wieczornych w swoich kaplicach. Pozatem wszyscy, nawet najbardziej grzeszni z nich, pięć, sześć razy dziennie zmawiali swe zwykłe domowe modlitwy. Po nabożeństwie obiadowano w wielkiej sali, oświetlonej setkami lamp z płonącym tłuszczem i ozdobionej z prostacką wspaniałością owych czasów. W pierwszej połowie sali był ustawiony na podwyższeniu stół dla króla, królowej i ich syna Onena. W górę od tej estrady ciągnęły się stoły. Przy pierwszych siedzieli przyjezdni goście, arystokraci i członkowie rodziny królewskiej w liczbie sześćdziesięciu jednego człowieka. Dalej zajmowali miejsca dworzanie. Ucztowało sto osiemdziesiąt osób, przyczem za krzesłem każdego biesiadnika stał sługa a dookoła kręcił się tłum innych. Było to imponujące widowisko. Na galerji znajdowała się orkiestra, składająca się z cymbałów, rogów, harf oraz innych instrumentów.
Przy wejściu orszaku królewskiego na salę orkiestra zagrała jakąś przeraźliwą melodję, przypominającą agonję, lub płacz umierającego. W późniejszych stuleciach rzecz ta stała się popularna pod nazwą „Słodycz Spotkania“. Podówczas była ona zupełnie nowa i mało znana, sądząc z wykonania, nawet muzykantom. Z tego, czy też innego powodu królowa kazała powiesić kompozytora natychmiast po obiedzie. Po muzyce pater, stojący przy królewskim stole, odmówił długa modlitwę po łacinie. Potem cały bataljon sług zerwał się z miejsca, wszyscy zaczęli się gorączkowo uwijać, latać na wszystkie strony, przynosząc dziesiątki dań i uczta się zaczęła. Zamilkły śmiech i rozmowy, towarzystwo było obecnie całkowicie zaabsorbowane pochłanianiem przysmaków. Szczęki miarowo otwierały się i zamykały, jednocześnie mlaskając i wydając dźwięk, przypominający zgrzyt podziemnej maszyny.
To napychanie się trwało półtorej godziny, w ciągu których została pochłonięta niewiarogodna ilość jedzenia. Od głównej ozdoby stołu — olbrzymiego pieczonego niedźwiedzia nie zostało nic, prócz czegoś w rodzaju krynoliny z żeber. Ten sam los spotkał również i pozostałe dania. Po wetach rozpoczęła się pijatyka, która rozwiązała języki. Beczułki wina i miodu znikały jedna za drugą i ukazywały się znowu, towarzystwo stawało się coraz bardziej hałaśliwe i wesołe. Żarty, dowcipy i rozmowy, w których brały udział również i damy stawały się coraz bardziej rozwiązłe. Mężczyźni opowiadali anegdotki, których niepodobna było słuchać, lecz które tu na niczyjej twarzy nie wywoływały rumieńca wstydu. Gdy zaś sprośność przekraczała wszelkie granice, wówczas całe zebranie pokładało się od śmiechu, który przypominał końskie rżenie i od którego drżały ściany. Damy odpowiadały na to historyjkami, któreby w stanie były zażenować nawet królową Małgorzatę Nawarską lub Katarzynę Wielką. Tu zaś te rzeczy nikogo nie konfudowały, lecz odwrotnie, wszyscy ryczeli ze śmiechu na najrozmaitszy sposób. Bohaterami najbardziej obleśnych historyj były osoby z duchowieństwa, co nie przeszkadzało bynajmniej kapelanowi zaśmiewać się wraz z resztą towarzystwa. Co więcej, ustępując ogólnym prośbom, dobry pater zaśpiewał ochrypniętym głosem najbardziej pikantną ze wszystkich piosenek, jakie tu śpiewano w ciągu tej nocy.
Koło północy wszyscy byli wyczerpani piciem i krzykiem i naturalnie wszyscy byli pijani. Jedni byli ponurzy drudzy podnieceni, niektórzy tylko weseli inni rozmarzeni, a inni znowu spali jak zabici pod stołem. Z dam najokropniejszy widok przedstawiała młodziutka wesoła księżna, dopiero od niedawna zamężna. Prześcignęła ona nawet słynną wiele wieków później córkę Regenta Orleańskiego, którą wyniesiono z sali po wielkoświatowym proszonym obiedzie pijaną do utraty przytomności. Było to za ostatnich haniebnych dni starego regime’u.
Nagle, kiedy kapelan podniósł ręce, a wszyscy którzy nie stracili jeszcze przytomności, pochylili głowy, by przyjąć błogosławieństwo, we drzwiach pod arką ukazała się siwa zgarbiona staruszka. Wskazując na królową podniosła kulę, którą się podpierała i zawołała:
— Niech zemsta, niech przekleństwo spadnie na twą głowę, okrutna kobieto, któraś zabiła mego nieszczęsnego wnuka! Nie miałam nikogo, ani krewnych, ani przyjaciół, nikogo prócz tego dziecka!
Wszyscy w najwyższym przestrachu zaczęli się żegnać, gdyż ogromnie się lękano przekleństwa. Jedna tylko królowa podniosła się i z majestatycznym gestem rzuciła okrutny rozkaz:
— Zawleczcie ją i przywiążcie do słupa!
Straż się rzuciła, aby czemprędzej wypełnić rozkaz. Była to hańba, wstyd mi było na to patrzeć. Ale co tu czynić? Sandy spojrzała na mnie, pojąłem, że zeszło na nią natchnienie.
— Rób co uważasz za właściwe! — rzekłem.
Wówczas wstała i zwróciła się do królowej. Poczem wskazując na mnie wyrzekła:
— Madame, on mówi, że tego nie powinno być. Zastosujmy się do jego rozkazów, gdyż w przeciwnym razie zniszczy on zamek i zetrze go z oblicza ziemi wraz ze wszystkimi, którzy się tu znajdują!
Jak jej mogło przyjść do głowy stawiać tak szalone warunki! A co, jeśli królowa... Lecz nie zdążyłem się jeszcze opamiętać z przestrachu, jak już królowa, dygocząc z przerażenia, dała straży znak, by zaniechała wypełnienia rozkazu, i bez słowa upadła raczej, niż usiadła na swoje miejsce, zapomniawszy o wszelkich ceremonjach. Zebranie zerwało się jak jeden mąż i rzuciło się ku drzwiom, przewracając krzesła, tłukąc naczynia, walcząc i popychając się wzajemnie. W jednej chwili zrobiło się dookoła mnie pusto. Tak, ci ludzie byli zdumiewająco zabobonni i należało z tego zrobić użytek.
Biedna królowa do tego stopnia zmieniła się w owieczkę, że nawet bała się powiesić kompozytora, nie poradziwszy się uprzednio ze mną. Było mi jej bardzo żal, tak czy inaczej biedactwo bardzo cierpiało. Postanowiłem korzystać ze swego wpływu rozumnie, nie nadużywając go. Sprawę kompozytora należało rozpatrzyć a stanęło na tem, że kazałem orkiestrze powtórnie zagrać „Słodycz Spotkania“. Poczem doszedłem do przekonania, że królowa miała kompletną rację i pozwoliłem jej powiesić całą orkiestrę. To małe obluźnienie karbów wywarło na królowej nadzwyczajne wrażenie. Mąż stanu mało zyskuje, jeżeli zbytnio przeciąga strunę autorytetu, gdyż to obraża ambicję podwładnych i tem samem podważa jego siłę. Mądra polityka poleca pewną pobłażliwość tam, gdzie nie może ona przynieść szkody.
Gdy królowa przyszła do siebie po przeżytym strachu, wypite wino znów zaczęło robić swoje i powrócił dawny humor. Znów popłynęły słodkie dźwięki, znów zadźwięczały srebrne dzwoneczki jej głosu. Ależ, potrafiła mówić ta kobieta! Jednakowoż zacząłem odczuwać zmęczenie i chęć spoczynku, — z przyjemnością wyciągnąłbym się na łóżku, gdybym nie był zmuszony podporządkowywać się okolicznościom. A ona wciąż dzwoniła i dzwoniła, długo rozbrzmiewał jej głos w pustej sali.
Nagle usłyszałem jakieś oddalone dźwięki, wydobywające się jakby z pod ziemi, dźwięki mówiące o tak nieludzkich cierpieniach, że aż dreszcz przebiegł mnie całego. Królowa zamilkła, oczy jej zabłysły i z gracją przechyliła główkę na bok, niby nasłuchujący słowik. Dźwięki coraz wyraźniej i dobitniej dochodziły wśród ciszy, która nastąpiła.
— Co to? — zapytałem.
— Drobiazg! To rogata, twarda dusza nie chce zmięknąć i opuścić ciała. Już od wielu godzin to wytrzymuje.
— Co wytrzymuje?
— Tortury. Chodźmy, ujrzysz piękne widowisko. Jeden z moich ludzi nie chce wydać swej tajemnicy, zobaczysz, jak go rozszarpują.
Jakze pieszczotliwie i miękko wysunęła swe szpony! Jakże niezmącenie spokojna była wtedy, gdy mnie pociemniało w oczach na myśl o torturach tego człowieka. W otoczeniu straży, oświetlającej drogę płonącemi pochodniami, zstępowaliśmy na dół ciemnemi wilgotnemi korytarzami, po krętych kamiennych schodach. Ze ścian ściekała woda, wilgoć przeszywała mnie dreszczem aż do szpiku kości, w powietrzu wznosił się stęchły zapach podziemia. Nasza wędrówka w jakąś nieznaną ciemną głębię wydawała się nieskończenie długą i nie stawała się ani krótszą, ani przyjemniejszą od rozmów pięknej czarownicy. Królowa opowiadała o torturowanym, o jego zbrodni. Na podstawie anonimowej skargi został on oskarżony o zabójstwo jelenia w królewskich lasach.
— Anonimowe skargi nie zawsze są wiarogodne, królowo! — zwróciłem się do niej — sprawiedliwość wymaga skonfrontowania oskarżyciela z oskarżonym.
— Nie pomyślałam o tych drobiazgach, lecz gdybym nawet chciała, nie mogłabym tego uczynić, gdyż oskarżyciel przyszedł w nocy zamaskowany i powiedziawszy kilka słów leśniczemu, momentalnie znikł.
— A więc prócz niego, nikt nie widział, jak zabito jelenia?
— Ach, mój Boże! wogóle nikt nie widział, jak zabijano jelenia. Ale nieznajomy widział tego nędznika niedaleko miejsca, gdzie leżał zabity jeleń i momentalnie doniósł leśniczemu. Postępek, godny pochwały.
— To znaczy, że nieznajomy też się znajdował w pobliżu zabitego jelenia. Wobec tego można również przypuścić, że to on zabił jelenia, czego dowodzi jego chwalebna zresztą gorliwość, jak również i to, że był zamaskowany! Lecz dlaczego, królowo, uważałaś za wskazane poddać torturom zbrodniarza?
— W przeciwnym bowiem razie nie przyznałby się i nie wyspowiadał i duszy jego groziłoby wieczne potępienie. Ja zaś dla uratowania własnej duszy nie mogę dopuścić, by on umarł bez skruchy i odpuszczenia grzechów. Byłabym idjotką, gdybym przez niego miała trafić do piekła.
— Ale niechże Wasza Wysokość sobie wyobrazi, że ten człowiek nie ma do czego się przyznać?
— To właśnie zobaczymy. Jeśli go zamęczą na śmierć, a on jednak się nie przyzna, to będzie to znaczyło, że rzeczywiście nie ma się do czego przyznawać. I wówczas nikt mnie nie osądzi za to, że się człowiek nie przyznał, gdy się nie miał do czego przyznać.
Byłoby zupełnie pozbawione sensu tracić czas i wysiłki, aby ją przekonać. Wszelkie dowody rozbijały się o jej skamieniałe przesądy, jak fala o skałę. I temi przesądami byli zarażeni wszyscy bez wyjątku. Najmędrszy człowiek w kraju nie był w stanie spostrzedz absurdalności jej poglądów na tę sprawę.
Gdy weszliśmy do podziemia, ujrzałem obraz, którego nie mogę zapomnieć do dziś dnia. Młody olbrzym lat trzydziestu lub koło tego leżał na plecach w czworokątnej drewnianej ramie, przyczem ręce jego i nogi były przymocowane w przegubach do sznurów, połączonych z kołami po obydwuch stronach ramy. Z twarzy jego zbiegła cała krew, wielkie krople zimnego potu zastygły na jego czole. Ojciec duchowny stał pochylony nad nim z jednej strony, kat z drugiej, straż stała dookoła, wdłuż ścian paliły się pochodnie. W kącie skuliła się nieszczęśliwa młoda kobieta, której twarz wykrzywił spazm rozpaczy. W oczach jej zastygł wyraz dzikiego przerażenia. Małe dziecko spało na jej kolanach. Kiedyśmy weszli i przystanęli na progu, kat obracał koło maszyny. Równocześnie rozległ się przeraźliwy jęk torturowanego i kobiety. Ja również nie powstrzymałem się od okrzyku zgrozy i kat wypuścił koło, nie oglądając się na drzwi. Nie mogłem dłużej znieść tego widowiska, które mnie mogło zabić. Poprosiłem królową o pozwolenie dojścia do przestępcy i pomówienia z nim sam na sam.
Gdy się zaczęła sprzeczać, powiedziałem jej, że nie chciałbym jej robić przykrości w obecności podwładnych, lecz będę jednak obstawał przy swojem. Jestem tu przedstawicielem króla Artura i mówię w jego imieniu. Wtedy Morgan le Fay zrozumiała, iż musi mi być posłuszna. Z wielką przykrością połknęła tę pigułkę i odeszła na stronę, dalej nawet, niż trzeba było. Miałem właśnie zamiar powołać się na rozkaz królowej, lecz uprzedziła mnie powiedziawszy: „Róbcie, co wam rozkaże ten sir. To jest sam Patron“. Nazwa moja i tutaj miała magiczne działanie. Straż królowej posłusznie wyszła wślad za swoją panią z płonącemi pochodniami, budząc echo drzemiących korytarzy miarowym odgłosem oddalających się kroków. Zdjąłem więźnia z ramy i ułożyłem na łożu, potem wymyłem i opatrzyłem rany oraz dałem mu wina. Kobieta podpełzła bliżej i spoglądała na nas z miłością, lecz równocześnie z obawą, jakby się lękając, że ją odepchnę. Spróbowała nawet dotknąć ręką czoła męża, lecz natychmiast ze strachem odskoczyła, gdy tylko na nią niechcący spojrzałem. Jaką głęboką litość wzbudzał ten obraz!
— Ależ na Boga popieść go, jeżeli chcesz — zwróciłem się do kobiety „nie bój się niczego, nie zwracaj na mnie uwagi!“ Kobieta spojrzała na mnie z wdzięcznością zamęczonego zwierzęcia, które rozumie, że tym razem nie chcą mu zrobić nic złego. Wypuściwszy dziecko z rąk, schyliła się ku mężowi, przytuliła się do niego, głaskała go delikatnie po głowie, a łzy bez przerwy lały się z jej oczu. Mąż patrzał na nią wzrokiem pełnym miłości, jego wymęczone torturami ciało nie pozwalało mu unieść nawet ręki. Korzystając z tego, że zostaliśmy sami, powiedziałem:
— Teraz przyjacielu, opowiedz, jak się ta sprawa przedstawia w twojem oświetleniu?
Człowiek nic nie mówił, lecz twarz kobiety się ożywiła.
— Czy znacie mnie? — zapytałem.
— Tak. Wszyscy uciekają do królestwa Króla Artura.
— A więc nie bójcie się mnie!...
— Ach, szlachetny panie, gdybyś potrafił go pokonać, a ty potrafisz co zechcesz. On tak cierpiał i wszystko przecież dla mnie, dla mnie! Jak można to wytrzymać! O, gdybym mogła go ujrzeć umarłego! Wolę go widzieć martwego, niż patrzeć na twe cierpienia! O, mój Hugonie, nie mogę tego już dłużej znosić!
Padła ku moim nogom i płakała, łkając i błagając mnie. Ale, o co błagała! O śmierć dla męża?! nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Lecz tu wtrącił się Hugon.
— Milcz, sama nie wiesz, o co prosisz! Czyż mam, ażeby samemu spokojnie i bez cierpień umrzeć, skazać na głodową śmierć mych najbliższych?!
— Lecz ja nadal nic nie rozumiem, tu jest jakieś nieporozumienie.
— Ach, drogi Panie, przekonamy go! Spójrz, jaką torturą dla mnie jest jego męka! A on nie chce mówić! Nie chce dostąpić pociechy cichej, spokojnej śmierci!
— Ależ o czem tu mówicie! Twój mąż nie ma wcale potrzeby umierać, odejdzie stąd i będzie wolnym człowiekiem.
Blada twarz Hugona się ożywiła, a żona rzuciła się do mych kolan, pełna niewymownego szczęścia i zachwytu.
— On jest uratowany! — krzyknęła — słowa twoje są słowami króla, jesteś wysłańcem króla Artura! Słowa króla są złotem!
— Dobrze. Więc widzicie teraz, ze możecie mi zaufać. Dlaczegóż więc mi nie ufacie? Opowiedzcież mi tę całą bistorję z jeleniem. Doskonale widzę, że nie przyznaliście się dlatego, że nie mieliście się do czego przyznać!
— Jakto nie miałem do czego się przyznać, Panie?! Przecież to ja zabiłem jelenia!
— Wyście zabili? Moi kochani, teraz już nic nie rozumiem.
— Drogi panie, ja na kolanach go błagałam, by się przyznał, ale...
— Wyście prosili? Coraz mniej rozumiem... Pocóż go o to prosiliście?
— Gdyż wtedy umarłby prędko i bez męczarni.
— Tak, to ma swoje podstawy, ale czyż on sam nie chciał prędkiej śmierci bez tortur?
— On? Ależ naturalnie, że chciał.
— Więc czemu się nie przyznał?
— Ach, szlachetny sir, nie łatwo jest zostawić żonę i dziecko bez chleba i bez dachu nad głową!
— O, złote serce! Wszystko teraz rozumiem! Okrutne prawo konfiskuje majątek przestępcy, który się przyzna, a rodzinę puszcza z torbami w świat. Zamęczonoby tu ciebie do śmierci, ale bez przyznania się do winy z twojej strony nie ograbionoby wdowy i dziecka. Postąpiłeś, jak dobry mąż. A ty, wierna żono, jak prawdziwa kobieta, chciałaś kupić mu spokojną śmierć ceną własnej powolnej śmierci głodowej. Obydwoje poświęcaliście się jedno dla drugiego. Wezmę was do swojej kolonji, znajdzie się tam dla was praca. Jest to moja fabryka, gdzie z automatów czynię ludzi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.