<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVI. PODZIEMIA KRÓLOWEJ.

Udało mi się wreszcie uwolnić więźnia. Miałem natomiast gorącą chęć skazania kata na tortury. Nie za to, że spełniał swój obowiązek, gorliwie męcząc przestępcę, — nie można przecież karać za spełnienie obowiązku. Lecz chciało mi się odpłacić mu za okrutne obchodzenie z biedną kobietą, za jego naigrywania się z niej. O tem donieśli mi i gorąco mnie prosili, bym go ukarał, obecni przy tem duchowni.
Niektórzy z tych ludzi, trzeba przyznać, byli zdolni do szlachetnych uczynków. Później nawet miewałem niejednokrotnie sposobność stwierdzić, ze nie tylko nie wszyscy duchowni są oszustami i samolubami, lecz nawet że większość z nich, szczególnie duchowni chłopskiego pochodzenia, jest bezinteresowna, dobra i poświęca całe swe życie, aby nieść ulgę swym bliźnim.
Wracając do poprzedniego, z jednej strony, nie mogłem skazać kata na tortury ze względu na królową, z drugiej zaś, nie mogłem nie spełnić zupełnie słusznych żądań duchownego. Tak czy inaczej, oprawca powinien był zostać ukarany; wymówiłem mu więc dotychczasowe miejsce i mianowałem go kapelmistrzem nowej orkiestry. Skazaniec prosił mnie o łaskę, zaklinając się, iż nie ma pojęcia o muzyce; ale był to powód, który tylko w bardzo nieznacznym stopniu można było wziąć pod uwagę: w całym kraju nie było bowiem muzykanta, mającego jakie takie pojęcie o muzyce.
Na drugi dzień królowa czuła się ogromnie urażona, dowiedziawszy się, że nie będzie mogła zabrać Hugonowi ani życia, ani majątku. Lecz powiedziałem jej, że musi się pogodzić z losem i cierpliwie dźwigać swój krzyż. Choć zgodnie z prawem i zwyczajem miała ona prawo do życia i majątku przestępcy, lecz w tym wypadku zachodziły łagodzące okoliczności. Przebaczyłem mu winę w imieniu króla Artura. Jeleń stratował pola Hugona i ten uniesiony gniewem zabił go, nie myśląc bynajmniej o przywłaszczeniu zwierzęcia sobie. Odniósł nawet jelenia do królewskiego lasu, mając nadzieję ukryć tym sposobem zbrodnię. Nie mogłem jej w żaden sposób wytłumaczyć, że stan podniecenia jest uważany za łagodzącą okoliczność nie tylko w razie zabójstwa zwierzęcia, ale i człowieka. Zostawiłem ją przy swojem zdaniu nadąsaną. Myśląc jednak, że ją przekonam, gdy przypomnę jej własne zaślepienie gniewem przy zabójstwie pazia, nawiązałem do tego rozmowę, mówiąc o jej czynie, jako o zbrodni.
— Zbrodnia! — krzyknęła z oburzeniem. — Jak możesz tak mówić! Przecież ja płacę za pazia!
Zrozumiałem, że nonsensem byłoby żywić jakąkolwiek nadzieję, że zmieni kiedyś swój punkt widzenia.
— „Madame“ — powiedziałem — „naród z pewnością będzie cię wielbił za twe miłosierdzie“. Nie mniej pewne było to, że z przyjemnością powiesiłbym ją za to miłosierdzie na pierwszym lepszym sęku.
Zebrawszy się na odwagę, postanowiłem zwrócić się ze swojemi sprawami do Jej Królewskiej Mości. Opowiedziałem jej, że oswobodziłem wszystkich więźniów w Camelocie i kilku sąsiednich zamkach. Za jej zezwoleniem chciałem również obejrzeć kolekcję jej klejnocików, jeśli można się tak wyrazić o jej więźniach. Królowa protestowała, lecz ja obstawałem przy swojem. Wreszcie prędzej niż na to mogłem liczyć, wyraziła swą zgodę. Tym sposobem moje zabiegi zostały uwieńczone powodzeniem. Morgan le Fay zawołała straż z pochodniami i wyruszyliśmy do podziemi. Podziemia znajdowały się w fundamentach zamku i po większej części były to niewielkie zagłębienia w skałach. Do niektórych zupełnie nie dochodziło światło. W jednej z takich nor ujrzeliśmy istotę w brudnych cuchnących łachmanach, siedzącą na ziemi ze spuszczoną głową. Nie wydała ona ani dźwięku w odpowiedzi na nasze zapytania, spojrzała jedynie parę razy poprzez kosmyki włosów, opadające na twarz, jakgdyby chcąc się dowiedzieć, co to się werwało wraz z dźwiękiem i światłem w bezmyślną, tępą drzemkę, w jaką zmieniło się jej życie. Potem znowu opuściła głowę i siedziała schylona z rękami, opadającemi na kolana. Ten nieszczęsny półżywy szkielet wyobrażał widocznie kobietę. Jak się dowiedziałem była ona jeszcze nie stara, trafiła tu, mając lat osiemnaście, a przebywała w ciemności od dziewięciu lat. Była to kobieta ze wsi i osadzona tu została w swą noc poślubną za to, że odmówiła swemu panu sirowi Breuse Sans Pitié, tego, co się nazywało wówczas „le droit de seigneur“ lub „lex primae noctis“. Opierając mu się, odchodząc od zmysłów ze strachu i rozpaczy, przelała kilka kropel jego drogocennej krwi. Nowożeniec, sądząc, że życie jego młodej żony jest w niebezpieczeństwie, werwał się do komnaty i wyrzucił stamtąd swego pana do komnaty obok, ku drżącym ze strachu gościom. Tam też go pozostawił zdumionego dziwnem zachowaniem się swych wasalów i naturalnie rozwścieczonego na nich do ostateczności. Ponieważ lord nie posiadał własnych lochów, więc zwrócił się z prośbą do królowej, by dała u siebie schronienie obojgu przestępcom. I od tego czasu, gdy została dokonana „zbrodnia“, od tej nieszczęśliwej godziny, byli oni zamurowani oboje w tych strasznych podziemiach, w pięćdziesięciu krokach od siebie i jedno nie wiedziało nawet, czy drugie żyje. Pierwsze lata ze łzami pytali się jeszcze: „czy żyje?“ Ich prośby zapewne byłyby w stanie wzruszyć kamienie, lecz widocznie serca strażników twardsze były od kamieni. Nigdy nie otrzymali odpowiedzi i wreszcie przestali zadawać pytania nie tylko te, ale wogóle wszelkie.
Wysłuchawszy tę historję, wyraziłem chęć zobaczenia męża. Mężczyzna, mający dopiero 34 lat, wyglądał jak 70-letni starzec. Siedział na bryle kamiennej, z opuszczoną na ręce głową, długie włosy spadały mu na oczy. Patrząc tępo w jeden punkt bez przerwy, coś bełkotał do siebie. Spojrzał przez chwilę na pałającą pochodnię, znowu opuścił głowę, bełkocząc i nie zwracając na nas najmniejszej uwagi.
Oswobodziłem ich oboje i odesłałem do krewnych i przyjaciół. Królowa nie była tem zachwycona, nie dlatego, że była osobiście dotknięta mym czynem, lecz dlatego, że nie chciała obrazić sira Sans Pitié. Zapewniłem ją, że jeżeli zacznie wyrażać niezadowolenie, potrafię go uspokoić.
Ogółem uwolniłem z tych strasznych nor czterdzieści siedem osób, zostawiwszy tam tylko jednego człowieka. Był to lord, który zamordował jakiegoś pobratymca królowej. Krewniak ten przygotował dlań pułapkę, by go zabić, lecz ten okazał się sprytniejszy i poderżnął mu gardło. Naturalnie, że nie za to chciałem zostawić go w lochu, lecz za to, że zrujnował całą wieś w swych posiadłościach. Królowa miała chęć powiesić go za zabójstwo krewnego. Lecz objaśniłem jej, że nie można uważać za zbrodnię zabójstwa mordercy. Za zrujnowanie wsi natomiast godziłem się go powiesić natychmiast. Królowa po krótkim namyśle ustąpiła.
Mój Boże, za jakie drobiazgi rzucono tu do tych okropnych lochów owych czterdzieści siedm mężczyzn i kobiet. Niektórzy trafiali tu bez najmniejszej winy, a wprost naskutek czyjejś urazy i nienawiści, nietylko królowej, ale także i jej przyjaciół. Jeden z najdłużej przebywających tu zbrodniarzy został uwięziony za wypowiedzenie nieostrożnej uwagi o tem, że wszyscy ludzie są jednakowi i że gdyby rozebrać cały naród do naga i wpuścić do kraju cudzoziemca, to nie odróżniłby on króla od pierwszego lepszego rybałta, a księcia od własnego sługi. Widocznie umysł tego człowieka nie uległ całkowitej atrofji, nie bacząc na idjotyczne wychowanie i środowisko. Oswobodziłem go i odesłałem do swojej fabryki.
Niektóre z nor, wyrąbanych w skale, leżały tuż nad przepaścią i poprzez wąską szczelinę uwięziony mógł widzieć promień błogosławionego słońca. Klatka jednego z tych nieszczęśników była urządzona ze specjalnie wyrafinowanem okrucieństwem. Z ciemnego i ponurego swego gniazda skalnego, znajdującego się na olbrzymiej odległości, mógł widzieć poprzez wąską szparę swój dom, w dalekiej dolinie. W ciągu dwudziestu lat rozdzierał sobie serce widokiem rodzinnego utraconego ogniska. Widział ognie, migocące w oknach wieczorami, a w dzień wpatrywał się w postacie przychodzących i wychodzących osób, żony i dzieci, jak mógł przypuszczać, przypuszczać, — gdyż rozróżnić poszczególne osoby z takiej odległości było naturalnie nie sposób. W ciągu długich lat widział uroczystości i starał się odgadnąć, czy to nie ślub któregoś z dorosłych synów lub córek. Widział i pogrzeby, które rozdzierały mu serce. Rozpoznawał trumnę, lecz nie rozróżniał wielkości jej i nie wiedział, kogo traci: żonę, czy dziecko. Cała smutna procesja z odprowadzającymi trumnę krewnymi i duchowieństwem przechodziła przed jego oczyma, zabierając ze sobą tajemnicę. Idąc do więzienia, zostawił on w domu żonę i pięcioro dzieci, a w ciągu dziewięciu lat widział pięć żałobnych procesyj, wychodzących z jego domu. Ze wspaniałości orszaku mógł sądzić, że umarł ktoś z rodziny nie ze służby i łamał sobie głowę nad tem, kogo porwała mu śmierć. Pięć swoich skarbów już stracił. A więc jeszcze z drogich mu istot przy życiu została tylko jedna, szczególnie teraz droga i kochana.
Ale kto? żona czy dziecko? I jakie?
W dzień i w nocy, we śnie i na jawie dręczyło go natrętne pytanie. Promień słoneczny i nie dające mu spokoju zainteresowanie się życiem jego najbliższych miały jedną dobrą stronę; uchroniły umysł jego przed ostateczną katastrofą, przed zwierzęcem stępieniem.
Gdy opowiedział swe fantastyczne dzieje, przejąłem się niemi tak, że opanowała mnie prawdziwa gorączka hazardu, że niemal nie mniej od niego pragnąłem dowiedzieć się, kto został żywy z jego rodziny. Sam odprowadziłem go do domu i byłem świadkiem namiętnych burzliwych przejawów radości i szczęścia. Były to wybuchy radości, podobne do wulkanów i potoki łez przypominające Niagarę. I jakże wielkie było nasze zdziwienie! Spotkała nas siwa, czerstwa jeszcze matka jego i żona, otoczona młodymi mężczyznami i kobietami, którzy byli żonaci już i zamężni i mieli już własne dzieci. Wszyscy sześcioro — żona i dzieci byli żywi! Tutaj dopiero poznałem szatańską pomysłowość królowej, która będąc specjalnie wrogo usposobiona względem tego więźnia, wydała rozkaz urządzania fikcyjnych pogrzebów, by go w ten sposób dręczyć.
I pomyśleć, że gdyby nie ja, nigdyby już nie odzyskał wolności, i o niczem by się nie dowiedział. Morgan le Fay szczerze go nienawidziła i nigdy mu nie mogła przebaczyć jego przewinienia. A tymczasem przyczyną jego zbrodni była raczej lekkomyślność, niż zła wola. Ośmielił się powiedzieć, że królowa ma rude włosy. Były one rzeczywiście rude, ale nie wolno było o tem mówić. Kiedy wysokopostawione osoby miały rude włosy, to należało je nazywać złotemi.
Trudno sobie to wyobrazić, ale wśród czterdziestu siedmiu więźniów, było pięciu, których nikt nie znał z imienia, nikt nie wiedział za co i kiedy zostali uwięzieni. Wszyscy wiedzieli, że ci nieszczęśliwi siedzą tu bardzo dawno, ale nikt nie wiedział od kiedy. Według niektórych już 35 lat temu uważani byli za dawnych więźniów, lecz dokładnej liczby lat ich uwięzienia nie domyślano się nawet. Król i królowa również nic nie wiedzieli o tych nieszczęśliwcach, lecz przyjęli ich, jako część odziedziczonego po poprzednim władcy inwentarza. Zostali oni przyjęci, jako pewien spadek, nie przedstawiający wartości i dlatego nie zasługujący na zainteresowanie. „A więc pocoście ich trzymali?“ — zapytałem królową. Pytanie to wprawiło ją w zakłopotanie. Nie wiedziała poco, gdyż poprostu nigdy o tem nie myślała. Dla mnie zaś było najzupełniej oczywiste, że według jej pojęć ci odziedziczeni przez nią więźniowie byli jej własnością i pozatem niczem, Gdy dostajemy coś w spadku, nie przychodzi nam na myśl wyrzucić tego przez okno, nawet w tym wypadku, gdy to „coś“ nie przedstawia żadnej wartości.
Gdy wyprowadziłem moją procesję ludzkich ruin na światło Boże, uprzednio zawiązawszy im oczy, które dziesiątki lat nie widziały słońca, było na co patrzeć. Gromada szkieletów, potworów i widm mniejszeby wywarła wrażenie.
— Dobrze byłoby teraz ich wszystkich sfotografować! — mimowoli wyrwało mi się na ich widok.
Znamy wszyscy ludzi, którzy nigdy się nie przyznają, że nie zrozumieli jakiegoś obcego wyrazu. Im bardziej są nieokrzesani tem bardziej starają się wykazać coś wręcz przeciwnego. Królowa należała właśnie do tego gatunku ludzi i dlatego jej rozmowy ze mną nie były pozbawione częstokroć najbardziej nieprzewidzianych i zabawnych momentów.
I tym razem zamyśliła się na chwilę, później twarz jej się rozjaśniła i odchodząc, powiedziała mi, że z chęcią uczyni to dla mnie.
Byłem zaskoczony wiadomością, że królowa ma pojęcie o fotografji. Ale moja towarzyszka nie długo mi się pozwoliła namyślać. Obejrzawszy się, ujrzałem, że zbliża się do procesji z toporem w ręku.
Doprawdy zadziwiającą kobietą była ta Morgan la Fay! Znałem w swoim czasie różne kobiety, lecz pod względem oryginalności i skomplikowania przewyższała ona je wszystkie o niebo. Oto był charakterystyczny dla niej epizod! Królowa, rozumie się, nie bardziej od pierwszej lepszej krowy rozumiała co znaczy fotografować procesję, lecz rozstrzygnęła swą wątpliwość, próbując zastąpić aparat siekierą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.