Yankes na dworze króla Artura/XVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVIII. PIELGRZYMI.

Dopiero w łóżku poczułem, jak jestem zmęczony. Z jaką rozkoszą wyprostowałem znękane członki. Teraz właśnie wartoby zasnąć! Lecz skądże, nie mogłem nawet marzyć o tem, za parę minut znikła najmniejsza nadzieja na odpoczynek. Chrząkanie, kwik i tupanie arystokratek, rozmieszczonych po wszystkich pokojach i korytarzach, przeistoczyło skromne mieszkanko w istne piekło. Zupełnie wytrącony ze snu oddałem się rozmyślaniom. Najbardziej interesowała mnie w tej chwili zabawna iluzja Sandy. Dziewczyna była najzupełniej normalnym człowiekiem i normalnym wytworem swego środowiska, zaś z mojego punktu widzenia zachowywała się, jak umysłowo chora. Tak wielki jest wpływ warunków, wychowania i obyczajów; człowiek wierzy we wszystko, co jest uznane przez współczesnych za prawdę. Żeby się przekonać, że Sandy nie jest obłąkana, musiałem postawić się na jej miejscu, lub też postawić ją na swojem własnem, by zobaczyć jak łatwo jest uznać kogoś innego za obłąkanego.
Istotnie! gdybym opowiedział Sandy, że widziałem ekwipaż, wcale nie zaczarowany, a jednak zdolny do przebycia bez koni sześćdziesięciu mil na godzinę; lub że widziałem człowieka, nie czarodzieja, wzlatującego pod obłoki; lub że słyszałem nie ubiegając się do czarów rozmowę człowieka, znajdującego się o sto mil odemnie, — gdybym to wszystko opowiedział jej, to nie ulega wątpliwości, że myślałaby, że ma do czynienia z warjatem. Wszyscy wokół wierzą w czary i nikt nie wątpi w ich istnienie. Panuje ogólne przeświadczenie, że zamek może być zamieniony w chlew, zaś mieszkańcy jego w świnie i nikt się temu nie dziwi, podobnie, jak żadnego Amerykanina nie dziwi istnienie telefonu, telegrafu, kolei i t. d. A więc z tego wynika, że powinienem uważać Sandy za zupełnie zdrowego człowieka. I z drugiej strony, by się wydawać Sandy normalnym człowiekiem powinienem kryć się przed nią ze swoją wiarą w zaczarowane lokomotywy, balony i telefony. Nie mogłem wierzyć, że ziemia jest płaska i opiera się na słupach i że niebo jest przestrzenią, zapełnioną wodą, przeznaczoną do zraszania ziemi. Lecz ponieważ byłem jedynym człowiekiem w kraju, mającym tak dzikie i bezbożne mniemania, więc nie odzywałem się w tych kwestjach, by nie uchodzić za warjata.
Następnego ranka Sandy zebrała wszystkie świnie w jadalni i podała im śniadanie, usługując z głębokiemi reweransami i za każdym razem tytułując swe wysoko urodzone pupilki. Z powodlu swego niskiego pochodzenia nie mogłem śniadać z temi arystokratkami i dlatego też zasiedliśmy z Sandy przy oddzielnym stole. Gospodarze byli nieobecni.
— Gdzie jest rodzina, która zamieszkuje w tym domu, Sandy? — zapytałem.
— Rodzina?
— Tak.
— Jaka rodzina, drogi milordzie?
— No, gospodarze tego domu, to zapewne twoja rodzina?
— Nie rozumiem cię, milordzie, ja nie mam rodziny!
— Nie masz rodziny? Jakże to możliwe, myślałem, że to twój dom, Sandy?
— Nie, panie!
— Więc czyj jest ten dom u licha?!
— Z przyjemnością bym ci to powiedziała sir, gdybym sama wiedziała.
— Jakto, więc nie wiesz nawet w czyim jesteśmy domu? Któż nas tu zaprosił?
— Nikt nas nie zapraszał, przyszliśmy i basta!
— Ależ przepraszam cię, moja droga, w takim razie bezczelność nasza przekracza wszelkie granice. Werwaliśmy się do obcego mieszkania i rozlokowaliśmy się tu wygodnie wraz z jakąś podejrzaną arystokracją, jakiej dotychczas nikt jeszcze nie spotykał pod słońcem. Jakżeś się mogła na coś podobnego zdecydować? Byłem pewien, że sprowadziłaś mnie do swego domu! Co pomyśli sobie gospodarz?
— Co pomyśli? A to dobre! Cóż innego prócz wdzięczności może do nas poczuć?
— Wdzięczności? Ale za co?!
Twarz Sandy wyraziła szczere zdumienie.
— Doprawdy twoje dziwne słowa wprowadzają mnie w zakłopotanie, czy rzeczywiście myślisz, że często zdarza się ludziom ich pochodzenia takie szczęście?
— O, jestem przekonany, że temu człowiekowi po raz pierwszy się zdarza podejmować taką kompanję.
— I dlatego właśnie musi się poczuwać do wdzięczności względem nas, gdyż w przeciwnym razie okazałby się niewdzięcznym psem!
Tak czy inaczej, sytuacja była według mnie kłopotliwa. Uważałem za właściwe zebrać świnie i wyruszyć, nie zwlekając, w drogę.
— Już dnieje, Sandy, czy nie czas byłoby zebrać towarzystwo i ruszyć?
— Poco, sir Patron?
— Ależ zapewne trzeba je odprowadzić do domu, czy nie?
— Co ty wygadujesz, milordzie! Toć one pochodzą z rozmaitych krańców ziemi. Każda będzie chciała trafić do domu i czy starczy krótkiego życia, by dokonać tych wszystkich podróży?
— Ale ktoś jednak musi odprowadzić nasze arystokratki do domu?
— Naturalnie, że ich przyjaciele, którzy zjadą się po nie z wszystkich krańców świata!
Było to coś na kształt promienia słońca, przedzierającego się poprzez chmury! Sądząc z tych słów moja towarzyszka ma zamiar zostać tu na straży swych księżniczek.
— Doskonale, Sandy. Rzeczywiście, nasza przygoda została szczęśliwie zakończona, mogę więc udać się do domu i zdać tam sprawę z jej przebiegu. A jeżeli ktoś...
— Dobrze, milordzie, jestem gotowa w każdej chwili jechać z tobą.
Nadzieja zgasła, promień słoneczny znikł.
— Jak to? więc i ty jedziesz ze mną?
— Jakżeś mógł przypuszczać, Panie, że zdradzę swojego rycerza? byłoby to hańbą dla mnie. Mogłabym cię opuścić tylko w tym wypadku, gdybyś został zwyciężony w walce przez innego rycerza, który zabrałby mnie, jako zdobycz. Lecz godna byłabym potępienia za samą myśl o tem. — „Wybrała mnie na długi termin“ — rzekłem sobie z westchnieniem w duchu, — trzeba się z tem pogodzić“.
— Dobrze — powiedziałem — więc ruszajmy!
Dopóki przelewała łzy pożegnania nad świniami, powierzyłem tę całą arystokrację opiece sług. Następnie poradziłem im wziąć szczotki i dobrze zamieść podłogę w pokojach, gdzie księżniczki były umieszczone oraz w tych, gdzie przechadzały się i przyjmowały posiłek.
Ale ci odpowiedzieli, że taki postępek byłby niezgodny z obyczajem i uważany za ciężką zbrodnię.
Stosownie do starodawnego zwyczaju, słudzy powinni byli naznosić świeżo ściętej trzciny i przykryć nią całą podłogę, ażeby ślady arystokratycznego przebywania w domu zostały zachowane.
Pierwsze nasze spotkanie tego dnia miało miejsce w południe, z procesją pielgrzymów.
Choć nie było to nam po drodze, jednakowoż skręciłem i przyłączyłem się do nich. Byłem zdania, że chcąc rządzić państwem, powinienem poznać rozmaite strony jego życia i to nie z drugiej ręki, ale bezpośrednio. Tłum ten był ogromnie różnobarwny i składał się z ludzi wszystkich profesji w najbardziej pstrych kostjumach. Byli tu starzy i staruszki, młodzi mężczyźni i kobiety i nawet dzieci. Jedni byli smutni, inni weseli. Wszystko to, kobiety i mężczyźni, jechało na mułach i na koniach, ale oczywista nie było tu ani jednego damskiego siodła, jak nie było go zresztą w Anglji dziewięć stuleci później. Było to wielkie ludzkie stado, wesołe, zgodne, ruchliwe, pobożne i gadatliwe, nieświadome i naiwne we wszystkich brutalnościach, jakich się dopuszczało. To co nazywali oni wesołemi anegdotkami, wzbudzało w tej samej mierze ogólne zadowolenie, co w najlepszem angielskiem towarzystwie po upływie dwunastu stuleci. W rzeczywistości były to oklepane kawały, stojące na poziomie angielskiego humoru pierwszej połowy XIX wieku, które rozbrzmiewały tu i tam, wywołując zawsze jednakową burzę oklasków. Czasem znów jakieś okolicznościowe bon-mot, rzucone w jednym końcu procesji, trafiało na inny, wzbudzają wszędzie wybuchy zgodnego śmiechu. Sandy wiedziała o celu tej pielgrzymki i poinformowała mnie o nim:
— Jadą oni do Św. Doliny, ażeby otrzymać błogosławieństwo od świętego pustelnika i napić się z cudownego źródła wody, która oczyszcza człowieka od grzechów.
— Gdzie jest to źródło?
— Znajduje się w odległości dwóch mil drogi stąd.
— Opowiedz mi o niem! Cóż to za słynna miejscowość?
— O tak, rzeczywiście słynna, drugiej takiej niema. Już przed wielu, wielu laty żył tam opat z mnichem i takich świętych ludzi, jak oni, nie było nigdy na świecie. Oddawali się oni całkowicie studjowaniu ksiąg świętych, nie rozmawiali ani ze sobą, ani z kimkolwiek, odżywiali się zwiędłemi trawami i korzonkami i spali na gołej ziemi. Wogóle umartwiali ciągle ciało, wiek się modlili i nigdy się nie myli. Zasłynęli oni swem bogobojnem życiem i ściągali do nich zewsząd biedni i bogaci.
— Co dalej!?
— Lecz w źródle zabrakło pewnego dnia wody. Tylko w określonej godzinie, kiedy święty przeor się modlił, ogromny strumień wody wytryskał z bezpłodnej ziemi. Stało się to tak: lekkomyślni braciszkowie usłuchali podszeptów złego ducha i zaczęli natarczywie prosić przeora, by pozwolił w tem miejscu zażywać kąpieli. Przeor długo nie chciał się zgodzić, lecz w końcu ustąpił, ulegając natarczywym prośbom mnichów. A teraz zwróć uwagę, co znaczy zboczyć z prostej drogi i dać się uwieść płochym żądzom. Mnichowie weszli do wody, wykąpali się tam i wyszli biali jak śnieg. I cóż! W tej samej chwili ukazały się odznaki Kary Boskiej. Skalane święte wody przestały ciec i znikły zupełnie.
— Z kąpiącymi się mnichami bardzo miłosiernie postąpiono sobie, Sandy, sądząc z tego, jak w waszym kraju odnoszą się do tego rodzaju zbrodni!
— Tak, ale to był ich pierwszy grzech, do tego czasu odznaczali się oni surowością życia i nigdy się nie kąpali. Łzy, modlitwy i umartwienia cielesne nic nie pomagały, woda się nie zjawiała. Ani procesje, ani auto-da-fé, ani gromnice ślubowane i ofiarowywane Najświętszej Pannie — wszystko napróżno, wody nie było ani na ząb.
— Jakie to dziwne, że nawet w tego rodzaju handlowem przedsiębiorstwie zdarza się panika, kiedy akcje zaczynają spadać na łeb i następuje zastój. Co dalej, Sandy?
— Równo po upływie roku i jednego dnia dobry przeor ukorzył się przed wolą Boską i wydał rozkaz, by się na tem miejscu przestano kąpać. Wnet ucichł gniew Boży, wody znów popłynęły obfitym strumieniem i do dziś dnia nie przestają płynąć.
— A więc od owego dnia, znaczy się nikt już więcej nie mył ciała?
— Pragnącym się kąpać nie stawiają przeszkód, ale każdy woli zrezygnować z tego prawa.
— I ludność od tej chwili zażywa dobrobytu! szczęścia?
— Naturalnie. Wieść o cudzie rozpowszechniła się po wszystkich krajach. Zewsząd przybywali mnichowie, zbierając się tam, jak ryby na dnie rybackiej łodzi. Opactwo coraz bardziej się rozrastało, budynek przybywał za budynkiem i wrota były zawsze gościnnie rozwarte dla wszystkich wierzących. Przybyły również i zakonnice, jedna po drugiej i zaczęły budować naprzeciwko opactwa, po drugiej stronie doliny, kobiecy klasztor, który stał się niebawem bardzo słynny. Prócz tego zjawili się także bracia pracujący i wybudowali wspólnemi siłami odosobnione schronisko pośrodku doliny.
— Nie mówiłaś jeszcze nic o pustelnikach Sandy?
— A tak, ściągali oni tutaj ze wszystkich stron. Zawsze jest wielu pustelników, gdzie są pielgrzymi. Dookoła można znaleźć najrozmaitszych rodzajów pustelników w grotach, podziemiach i śród trzęsawisk.
Zaciągnąwszy informacji u Sandy, wszcząłem rozmowę z jakimś drabem o nalanej dobrodusznej twarzy, który dał sobie słowo za wszelką cenę mnie rozweselić. Już po pierwszych moich słowach zaczął niezręcznie, lecz gorliwie opowiadać ten sam kawał, który mi opowiadał sir Dinadan a z powodu którego pokłóciłem się z sirem Sagramorem i nawet zostałem wyzwany na pojedynek. Pośpiesznie go przeprosiłem i odsunąłem się na tył procesji. Ciężko mi było na sercu, chciało mi się czemprędzej stąd odejść, odejść z tego pełnego trwogi życia, z tego padołu łez i zabitych nadziei, męczącej walki i powolnego zamierania.
Przed wieczorem spotkaliśmy inną partję wędrowców. Tu już nie widać było ożywienia, nie słychać było ani żartów, ani śmiechu, nie rozbrzmiewały tu głośne lekkomyślne rozmowy, jakie prowadzi między sobą młodzież. Wędrowcy byli w najrozmaitszym wieku — siwi starcy i staruszki, kobiety i mężczyźni w wieku średnim, młodzi mężowie z żonami i dziećmi i nawet kilka niemowląt. Ale nawet na dziecięcych twarzach nie zauważało się śmiechu. Wśród paruset ludzi nie było ani jednego człowieka, którego twarz nie wyrażałaby przygnębienia, beznadziejnej rozpaczy i smutku. Byli to niewolnicy. Kajdany na ich zakutych rękach i nogach trzeszczały.
Wszyscy prócz dzieci związani byli po sześć osób na jednym łańcuchu, łączącym naszyjnik jednego z naszyjnikiem drugiego. Przeszli oni pieszo około trzechset mil w ciągu kilku dni, odżywiając się nędznie resztkami i korzonkami. Nawet w nocy nie zdejmowano z nich kajdanów i nieszczęśni spali związani razem, jak bydło. Nosili oni na sobie jakieś podarte strzępy, wszyscy mieli pokaleczone od kajdanów nogi i kuleli. Połowa tych nieszczęśliwców była już sprzedana podczas drogi. Nabywca jechał obok zakupionych ludzi z biczem w ręku. Bicz się składał z krótkiej rękojeści i kilku grubych i węzłowatych kamieni.
Ten bat wrzynał się w nagie plecy tych, którzy pozostawali w tyle, nie mogąc nadążyć za innymi z powodu słabości, lub zmęczenia.
Właściciel niewolników nie miał potrzeby mówić, gdyż bat przemawiał za niego. Żaden z tych męczenników nie spojrzał na nas, gdyśmy przejeżdżali obok, zapewne nawet nas nie zauważył. Nic nie było słychać prócz pobrzękiwania i zgrzytu kajdanów, ciągnących się między szeregiem wolno stąpających nóg.
Twarze tych ludzi były zupełnie szare i pokryte kurzem. Taki osad kurzu zapewne każdemu zdarzyło się zaobserwować na meblach w opuszczonych mieszkaniach. Przypomniałem to sobie, gdym zwrócił uwagę na twarze niektórych kobiet — młodych matek z dziećmi przy piersi, bliskich wyzwolenia t. j. śmierci. Słowa, wyryte w ich sercach, czytało się na brudnych zakurzonych twarzach zupełnie wyraźnie i zrozumiale. Były to ślady łez.
Jedna z młodych matek, jeszcze dziewczynka prawie, miała na twarzy znamiona tak strasznej rozpaczy, że poczułem na jej widok ból omal że fizyczny. Widziałem, że łzy są wyciśnięte z oczu dziecka, które mogłoby dopiero zacząć cieszyć się porankiem swego życia. Młoda kobieta właśnie zachwiała się, gdyż dostała zawrotu głowy ze zmęczenia. W tej samej chwili bicz wyrwał kawał mięsa z jej pleców.
Poczułem, że to uderzenie trafiło mnie w serce. Właściciel zeskoczył z konia i ze stekiem wymysłów rzucił się na nieszczęśliwą, krzycząc, że już dosyć ma jej lenistwa, że się wreszcie z nią rozprawi, jak się należy. Kobieta padła na kolana i błagała o litość, lecz właściciel nie zwracał na to uwagi i wyrwawszy z rąk jej dziecko rozkazał zakutym z nią niewolnikom rzucić ją na ziemię, obnażyć jej plecy i przytrzymać. Następnie rzucił się na nią rozwścieczony, z podniesionym biczem i ćwiczył tak długo, dopóki plecy nie zmieniły się w kawał skrwawionego mięsa, a ona sama przestała jęczeć i krzyczeć. Jeden z trzymających ją niewolników odwrócił twarz od tego widowiska i za ten przejaw ludzkiego uczucia został z miejsca okrutnie obity przez nadzorcę. Natomiast pozostali jego towarzysze fachowo się przyglądali egzekucji i wydawali sąd o pracy bata oprawcy. Do tego stopnia skamieniały ich serca w ciągu długich lat niewoli; nie zdawali już sobie sprawy z tego, że widowisko to nie jest tego rodzaju, aby mogło wywołać fachową dyskusję. Niewola znieprawia ducha. Przecież w gruncie rzeczy ci poczciwcy nie pozwoliliby sobie obchodzić się w ten sposób nawet z koniem.
Chciało mi się położyć kres tej ohydnej scenie uwolnić nieszczęśliwych, lecz czułem, że nie powinienem tego czynić, zawcześnie wydawało mi się wtrącać do dzikich obyczajów kraju i w sposób gwałtowny łamać jego prawa. Miałem nadzieję, że dożyję do tego dnia, kiedy zniosę niewolnictwo z woli narodu.
Wkrótce przejeżdżaliśmy koło kuźni, gdzie właściciel pobitej kobiety musiał przekuć jej kajdany, by oddzielić ją od partji i zawieść do domu.
Podczas gdy się sprzeczał z dozorcą, kto ma płacić kowalowi, nieszczęśliwa skorzystała z chwili swobody i rzuciła się na szyję niewolnika, który nie zdołał ukryć swego współczucia dla niej podczas okrutnej egzekucji. Ten objął ją i dziecko, obsypał twarze ich pocałunkami i obmył łzami. Zrozumiałem, iż byli to mąż i żona, których rozłączono na wieki. Siłą oderwano ich od siebie. Kobieta krzyczała, wyrywała się i łkała, dopóki partja odchodzących niewolników nie znikła z jej oczu. A mąż i ojciec, czyż miał on nadzieję ujrzeć kiedyś jeszcze swą żonę i dziecko? Odwróciłem się, by tego nie widzieć. Lecz do końca życia nie mogłem zapomnieć tej wstrząsającej sceny.
Zatrzymaliśmy się na noc w wiejskiej oberży a rankiem z okna mego pokoju ujrzałem znajomą sylwetkę i postać rycerza, jadącego zalaną słońcem drogą. Poznałem jednego ze swych rycerzy komisjonerów — sira Orana le Ane Hardy. Miał on wygląd gentlemana i dlatego uważałem za właściwe polecić mu rozpowszechnienie i sprzedaż kapeluszy. W tej chwili właśnie rycerz cały zakuty w przepyszną stalową zbroję, nosił na głowie zamiast hełmu błyszczącego cylinder, wysoki, jak komin. Widowisko było dość zabawne. W tym wypadku zresztą chodziło mi przedewszystkiem o ośmieszenie w oczach wszystkich bezsensownej instytucji błędnego rycerstwa. Do siodła sira Orana było przymocowanych kilka pudeł z nakryciami głowy. Przy spotkaniu z wędrującym rycerzem obowiązkiem jego było zwyciężyć go i włożyć mu na głowę kapelusz, oraz zmusić go do przysięgi, że stale będzie nosił kapelusz zamiast hełmu. Ubrawszy się, pośpieszyłem na dół, by powitać sira Orana i rozpytać o nowości.
— Jak idzie handel? — zapytałem.
— Jak pan widzi, zostały mi tylko cztery pudła a z Camelotu zabrałem ze sobą szesnaście.
— Rzeczywiście ostro wziął się Pan do rzeczy.
— Jadę do Św. Doliny, sir.
— Wybieram się tam również. Czy to doprawdy coś godnego obejrzenia, czy też tylko fanaberie starych dewotek?
— O, nie, sir! Przed chwilą dowiedziałem się od pielgrzymów niezmiernie interesujących rzeczy. Są to poczciwi ludkowie, — nikt tak dobrze nie potrafi człowieka poinformować, jak oni. W Św. Dolinie zaszło obecnie zdarzenie, jakiego nie pamiętają już ludzie od 200-u lat.
— Zapewne znowu wyschło cudowne źródło?
— O to właśnie chodzi. Sam widziałem, że woda przestała ciec.
— Cóż, czy znowu ktoś się wykąpał w źródle?
— Tak podejrzewają. Przypuszczają również, ze popełniono jakiś inny, jeszcze cięższy grzech, lecz nikt nie wie nic konkretnego.
— A jak się odniesiono do tej klęski?
— O, tego niepodobna opisać! Wody w źródle braknie już od dziesięciu dni. Większość wdziała włosiennice, lamentuje, modli się przez cały czas, nadciągają olbrzymie procesje mnichów i mniszek, — pustelnicy odchodzą od zmysłów z rozpaczy. Posłano po ciebie, sir Patron, ażebyś użył swych czarów, ale ponieważ nie zastano ciebie w Camelocie, więc wezwano Merlina. Oświadczył, iż postawi całą ziemię do góry nogami i zrówna z ziemią wszystko, co istnieje, lecz zmusi wodę, by popłynęła. Już od trzech dni pracuje w pocie czoła, wezwawszy wszystkie siły piekielne do pomocy, ale dotychczas nie może wycisnąć ze źródła ani kropli wilgoci. Gdybyś zechciał, sir...
Śniadanie było gotowe. Po śniadaniu pokazałem sirowi Oranie słowa napisane przezemnie wewnątrz jednego z kapeluszy: „Departament Chemiczny, Laboratorjum, oddział DKR. Przysłać dwa ładunki 1-go rozmiaru, dwa — 3-go i sześć — 4-go, wraz ze wszystkiemi przysposobieniami. Niech przybędą dwaj doświadczeni asystenci“.
— Teraz, rycerzu, czemprędzej jedź do Camelotu — powiedziałem, wręcz ten liścik Klarensowi powiedz mu, aby wszystko zostało natychmiast wysłane. Śpiesz się, szlachetny rycerzu!
— Wszystko będzie załatwione, sir Patron — rzekł rycerz i dosiadł konia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.