<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXI. YANKES WALCZY Z RYCERZAMI.

W dwa dni później znalazłem rano na stole obok swego nakrycia gazetę, jeszcze wilgotną od druku. Obejrzałem ją, wiedząc, że musi tam być coś interesującego mnie osobiście. Oto, com przeczytał:

DE PAR LE ROI.

Wobec tego, że możny pan i znakomity rycerz Sir Sagramour Le Desirous zgodził się na spotkanie z ministrem królewskim, Hank Morganem, o przydomku The Boss, celem dania satysfakcji za dawniejszą obrazę, wyżej wymienieni wstąpią w szranki około godziny czwartej zrana dnia szesnastego przyszłego miesiąca. Walka toczyć się będzie à outrance, zważywszy iż obraza miała ciężki charakter, nie dopuszczający pojednania.

DE PAR LE ROI.

Od tej chwili w całej Brytanji nie mówiono o niczem innem. Wszystkie sprawy uległy zapomnieniu i przestały interesować ludzi. I nie dlatego, że turniej był ważnem wydarzeniem, nie dlatego, że Sir Sagramour znalazł Holy Grail, nie dlatego, że jednym z przeciwników była osobistość zajmująca drugie miejsce w królestwie. Nie, wszystko to nie miało wielkiej wagi. Nadzwyczajne zainteresowanie, jakie budziła ta walka wynikało z tego, że cała ludność wiedziała, iż nie ma to być pojedynek między zwykłymi ludźmi, lecz spotkanie między dwoma potężnymi czarodziejami! walka nie mięśni, ale rozumu, nie — ludzkiej zręczności, ale nadludzkiej sztuki, ostateczne zapasy o supremację pomiędzy dwoma mistrzami czarnoksięstwa. Rozumiano, że najwspanialsze wyczyny najbardziej znanych rycerzy nie będą mogły iść w paragon z widowiskiem podobnem temu. Wyglądałyby jak dziecinna zabawa wobec tajemniczych i straszliwych zapasów bogów. Tak, wiedziano, że ma to być w rzeczywistości walka między Merlinem i mną, próba jego magicznych mocy wobec mnie. Było rzeczą wiadomą, że Merlin zajęty jest dzień i noc, nasycając oręż i pancerz Sir Sagramoura jakąś nadzwyczajną mocą natarcia i obrony i że dostarczył mu od duchów powietrza specjalnej zasłony, czyniącej posiadacza jej niewidzialnym dla przeciwnika, podczas gdy inni ludzie mogą go widzieć. Przeciwko Sir Sagramourowi, tak uzbrojonemu i zabezpieczonemu, nic nie mogło zdziałać nawet tysiąc rycerzy, i żadne ze znanych czarodziejstw nie było zdolne sprostać. To było pewne i nie istniała pod tym względem najmniejsza wątpliwość. Ale wynikało inne pytanie. Może inne sztuki czarnoksięskie, nieznane Merlinowi, potrafiłyby uczynić zasłonę Sir Sagramoura widoczną dla mnie, a jego zaczarowaną kolczugę wystawić na ciosy mego oręża? To jedno tylko miało decydować w szrankach. I co do tego świat musiał trwać w niepewności.
Byłem szampionem, to prawda, ale nie szampionem lekkomyślnych czarnych sztuk, lecz — twardego, pozbawionego sentymentów zdrowego rozsądku i rozumu. Wstępowałem w szranki, aby zniszczyć błędne rycerstwo, lub też — paść jego ofiarą.
Dnia szesnastego, o godzinie dziesiątej rano, cała wielka przestrzeń, poza szrankami, była całkowicie wypełniona ludźmi. Zdobiły ją chorągwie i proporce oraz bogate kobierce, zajmowały tłumy królewskich lenników, przybyłych wraz ze świtami i arystokracji brytyjskiej. Na pierwszem miejscu widnieli ludzie królewscy, a wszyscy razem i każdy zosobna błyszczał od jedwabi i aksamitów. W ogromnym obozie roiło się od różnobarwnych namiotów, przed któremi stały wyprostowane straże. Gdybym nawet wyszedł zwycięsko z walki z Sir Sagramourem, inni mieliby prawo wyzwać mnie, póki byłbym zdolny stawić im czoło.
Na drugim końcu obozu stały tylko dwa namioty: mój i mojej służby. W oznaczonej godzinie król dał znak, zjawili się heroldowie i ogłosili walkę, wymieniając imiona przeciwników oraz przyczynę sporu. Nastąpiła pauza, a potem rozległy się dźwięki rogu myśliwskiego, będące sygnałem dla nas. Zgromadzony tłum czekał z zapartym oddechem, a na wszystkich obliczach malowało się skupione zaciekawienie.
Ze swego namiotu wyjechał olbrzymi Sir Sagramour, imponująca masa żelaza, wielka włócznia sterczała w jego mocnej dłoni; koń jego był zakuty w stal. Wszystko to tworzyło wspaniałą całość, którą powitały okrzyki zachwytu.
A potem wystąpiłem ja. Lecz mnie nie powitały okrzyki. Panowało przez chwilę wymowne milczenie, a potem wielka fala śmiechu zakołysała tem morzem ludzi, lecz ostrzegawczy sygnał rychło położył jej kres. Miałem na sobie zwykły i wygodny kostjum gimnastyczny, cielistej barwy, obciskający mnie od szyi do pięt, błękitną jedwabną opaskę na biodrach i gołą głowę. Koń mój nie przekraczał średniej miary, lecz był żwawy, muskularny i smukłonogi, a śmigły, jak chart.
Zaczęliśmy wolno zbliżać się do siebie. Przystanęliśmy: tamten się skłonił, ja mu odpowiedziałem. Poczem przejechaliśmy obok siebie i ustawiliśmy się nawprost króla i królowej, czekając rozkazów. Królowa rzekła:
— Niestety, sir Boss, będziecie walczyli bez tarczy i bez miecza...
Ale król dał jej w sposób grzeczny do zrozumienia w kilku słowach, że to nie jest jej sprawa. Rogi zagrały znowu. Rozłączyliśmy się, kierując konie ku zewnętrznym szrankom. Zajęliśmy swe miejsca. Teraz wystąpił na widownię Merlin i zarzucił na Sir Sagramoura lekką, niby sieć pajęcza, tkaninę. Król dał znak. Sir Sagramour nastawił swą lancę i po chwili popędził galopem, z rozwiewającą się za nim tkaniną, a ja, niby strzała przeszywająca z świstem powietrze, pośpieszyłem mu naprzeciw. Natężałem ucha, jakby słuchem łowiąc miejsce niewidzialnego rycerza. Rozległ się chór zachęcających dlań okrzyków, a tylko jeden dzielny głos wyrzekł to krzepiące serce moje słowo:
— Dalejże, Jimie!
Kiedy straszliwy grot lancy znalazł się półtora jarda od mojej piersi, uskoczyłem z koniem w bok bez żadnego wysiłku i cios wielkiego rycerza uderzył w próżnię. Tym razem zdobyłem huczny poklask. Zawróciliśmy konie i znowu spotkaliśmy się. Ponowne niepowodzenie rycerza i uznanie — dla mnie. To samo powtórzyło się kilkakrotnie. W reszcie Sir Sagramour stracił panowanie nad sobą i, zmieniwszy taktykę, postanowił wysadzić mnie z siodła. Lecz w całej tej grze przewaga była po mojej stronie. Ze swobodą wymykałem mu się, wciąż wirując i ostatecznie inicjatywa przeszła w moje ręce. Tamten stracił wówczas serce. Wyrwałem przytroczone do mojego siodła lasso i uchwyciłem je mocno prawą ręką. Trzeba było to widzieć! Jego oczy nabiegły krwią. Ja siedziałem lekko na swoim koniu i ponad głową manewrowałem lasso, skręcając je szerokiemi kołami. Ruszyłem ku niemu i kiedy dzieliła nas przestrzeń wynosząca czterdzieści stóp, puściłem wężowo skręcone spirale poprzez powietrze i wszystkiemi czterema kopytami wparłem swego rumaka w ziemię. W następnej chwili rzucony sznur wyprężył się mocno, wysadzając Sir Sagramoura z siodła! Cóż to była za sensacja!
Bez wątpienia wszelka nowość na tym świecie jest popularna. Tutejszy lud nie widział nigdy jeszcze podobnych wyczynów cowboya i wszyscy w zachwycie porwali się na nogi. Zewsząd rozległy się jeno okrzyki:
— Encore! Encore!
Dziwiłem się, skąd się wzięło to słowo w ich ustach, ale nie czas był na dociekania filologiczne, gdyż w całej masie błędnego rycerstwa zawrzało jak w ulu i moje widoki bynajmniej nie wydawały się lepsze. Kiedy po uwolnieniu z lassa zaniesiono Sir Sagramoura do namiotu, ja znów zająłem stanowisko i zacząłem wywijać sznurem ponad głową. Byłem przygotowany, aby go użyć z chwilą gdy będzie wybrany następca Sir Sagramoura, a nie mogło to trwać długo tam, gdzie było tylu żądnych kandydatów. Rzeczywiście wybrano zaraz — Sir Hervisa de Reval.
W chwilę później siodło jego było puste.
Wysadziłem jeszcze jednego, i następnego, i znów jednego. Kiedy w ten sposób obezwładniłem pięciu, sprawa zaczęła wyglądać poważnie. Zakuci w żelazo mężowie jęli się naradzać. W rezultacie postanowiono wysłać przeciwko mnie największego i najlepszego. Ku ogólnemu zdumieniu wysadziłem z siodła Sir Lamoreka de Galis, a po nim Sir Galahada. Nie pozostawało nic innego, jak — okazać najdumniejszego z dumnych, najpotężniejszego z potężnych — samego Sir Lancelota.
Czy była to dla mnie chwila dumy? Sądzę, że tak. Tam się znajdował Artur, Król Brytanji, i Genever, tam byli wszyscy lenni królewięta, a na pokrytem namiotami polu znani rycerze za wszystkich krajów i najbardziej wybrani — Rycerze Okrągłego Stołu — najświetniejsi w całem Chrześcijaństwie. W umyśle moim przemknął drogi obraz pewnej dziewczyny z West Hartford i pragnąłem, aby ona mogła mnie widzieć w tej chwili. Tymczasem wystąpił Niezwyciężony — wszyscy zerwali się, czyniąc pokłon w jego stronę — fatalne sznury zawirowały w powietrzu i zanim ktoś zdążył mrugnąć, ja już wlokłem Sir Lancelota poprzez pole pośród morza powiewających chustek i grzmiących na moją cześć oklasków.
Zwycięstwo było zupełne — błędne rycerstwo zginęło ostateczną śmiercią.
Triumfujący i upojony sławą siedziałem w siodle i, zwijając swoje lasso, mówiłem sam do siebie: „Zwycięstwo całkowite, nikt już nie ośmieli się wystąpić przeciwko mnie — błędne rycerstwo umarło“. Wyobraźcie sobie teraz moje zdumienie każdy zdumiałby się na mojem miejscu — gdym naraz usłyszał znajomy dźwięk rogu, zapowiadający, że nowy przeciwnik pragnie wstąpić na arenę. Tkwiła w tem jakaś zagadka. Tego się wcale nie spodziewałem. Ale jednocześnie zauważyłem Merlina, który prześlizgnął się tuż obok mnie, i odrazu zorjentowałem się, że mi skradziono lasso. Stary, nieuczciwy czarownik najpewniej ukradł mi je i ukrył pod swą szatą.
Róg zatrąbił ponownie. Ujrzałem Sagramora, pędzącego w moim kierunku, rozbijającego kurz końskiemi kopytami, z rozwianą za plecami zasłoną. Przygotowałem się na spotkanie, przysłuchując się tętentowi konia.
— Masz dobry słuch — powiedział mi — ale nie uratuje cię przed tem: — Tu uniósł olbrzymi miecz. — Choć nie możesz go zobaczyć naskutek czarów zasłony, ale wiedz, że to nie ciężka kopja, to miecz, i wiem, że nie unikniesz od niego śmierci.
Jego przyłbica była podniesiona i śmierć niósł w uśmiechu. Pewnie, przed mieczem nie mogłem uciec, to było oczywiste. Jeden z nas musiał zginąć. Jeżeli trafi mnie, padnę trupem. Pojechaliśmy razem naprzód, by powitać władcę. Król był zmieszany.
— Gdzie masz swój straszliwy oręż? — spytał mnie.
— Ukradziono mi go, najjaśniejszy panie.
— Masz może inny?
— Nie, panie, wziąłem tylko ten ze sobą.
Tu wtrącił się Merlin.
— On przyniósł tylko jeden, mógł bowiem tylko jeden przynieść. Drugi taki nie istnieje, Ten oręż jest własnością króla demonów morza. Ten człowiek to pyszałek, a jednocześnie nieuk, w przeciwnym razie wiedziałby bowiem, że oręża tego można użyć tylko poośmiokroć, a potem wraca on znów do morza, do swego właściciela.
— Zatem jest bezbronny — powiedział król. — Sir Sagramourze, powinieneś zaczekać, dopóki on nie zdobędzie broni.
— Dam mu swoją — powiedział sir Lancelot, zbliżywszy się, kulejąc. — To najdzielniejszy rycerz, jakiego widziałem w życiu, zatem może użyć mojej broni.
Położył rękę na mieczu, aby go wydobyć, lecz sir Sagramour powiedział:
— Stój, tak nie może być. On powinien walczyć własną bronią. Otrzymał przywilej wybrania sobie broni i przyniesienia jej. Jeżeli ją stracił, niech odpowiada za to.
— Rycerzu — powiedział król — twoje namiętności zaciemniają twój rozum. Czyż zdolny jesteś zabić nagiego, bezbronnego człowieka?
— Jeżeli on to uczyni, będzie miał do czynienia ze mną — powiedział sir Lancelot.
— Stanę do walki z każdym, kto zechce — wyniośle powiedział sir Sagramour.
Merlin przerwał mu, zacierając dłonie z najohydniejszym uśmiechem podłej satysfakcji:
— Dobrze powiedziane, bardzo dobrze powiedziane! I dość rozmów, milordowie, nie przeszkadzajcie królowi, który chce dać sygnał do bitwy.
Król ustąpił. Zatrąbił róg i wróciliśmy na nasze miejsca. Stanęliśmy w odległości stu jardów jeden od drugiego, wyprostowani i nieruchomi jak dwa posągi. Jeszcze chwilę staliśmy tak, bez głosu, patrząc na siebie i nie poruszając się. Zdawało się, że król nie zdobędzie się na to, by dać sygnał. Ale wreszcie podniósł rękę, róg głośno zatrąbił, sir Sagramour uniósł miecz i długa, wąska, błyszcząca klinga mignęła w powietrzu pięknym zygzakiem. Stałem wciąż nieruchomo. Sir Sagramour zbliżał się do mnie. Nie ruszałem się. Lud był tak podniecony, że krzyczał mi:
— Uciekaj, uciekaj! Ratuj się! To morderca!
Ja wciąż się nie cofałem więcej niż na cal, dopóki śmiercionośna postać nie znalazła się w odległości piętnastu kroków odemnie. Wtedy dobyłem rewolwer z olstra, rozległ się trzask, błysnęła iskra i pistolet znalazł się znów w olstrze, zanim ktokolwiek zdążył zorjentować się, co zaszło.
Koń bez jeźdźca odbiegł, na ziemi leżał sir Sagramour martwy.
Lud, który zbiegł się, oniemiał ze zdumienia, nie znajdując w ciele leżącego ani znaków życia ani widomej przyczyny śmierci. Żadnego uszkodzenia, żadnej rany na ciele, nic podobnego do rany. Był tylko otwór w kolczudze na piersi, ale nikt do takiego drobiazgu nie przywiązywał wagi. Niewielka ranka od kuli nie dała wiele krwi, której nikt nie dostrzegł, bowiem ściekła pod pancerz. Ciało zaniesiono przed króla, który chciał je obejrzeć. Wszyscy byli zdumieni. Wezwano mnie, abym przyszedł i udzielił wyjaśnień. Ale ja stałem wciąż na swojem miejscu, nieruchomy jak posąg.
— Jeżeli to rozkaz, przyjdę, — powiedziałem, — ale jego królewska wysokość wie, że prawo pojedynku żąda, bym pozostał na miejscu dopóty, dopóki ktoś jeszcze nie zechce wystąpić przeciw mnie.
Czekałem. Nikt nie występował. Wtedy rzekłem:
— Jeżeli kto wątpi, że w tych szrankach zwyciężyłem uczciwie i szlachetnie, to nie będę oczekiwać wyzwania, lecz wyzwę sam.
— To szlachetna propozycja — powiedział król — i godna ciebie. Kogo pierwszego chcesz wyzwać?
— Ja nie wyzywam nikogo, ja wyzywam wszystkich! Tu oto stoję i rzucam wyzwanie całemu rycerstwu angielskiemu i nie w pojedynkę, lecz wszystkim naraz.
— Co! — krzyknęli wszyscy rycerze.
— Słyszeliście wyzwanie? Przyjmijcie je, albo krzyknę, żeście tchórze, których zwyciężyć może pierwszy lepszy!
To było bardzo brutalne. I można się było spodziewać, że z pięćdziesięciu chłopa rzuci się na mnie i rozerwie na sztuki za zuchwalstwo. Stałem i czekałem. Pięciuset rycerzy dosiadło koni w jednej chwili i podążyło w moim kierunku. Dobyłem obydwuch pistoletów z olster i począłem obliczać odległość.
Trach! Jedno siodło opróżniło się. Trach! Drugie. Trach, trach! Jeszcze dwa. Rozumiecie, że działałem już, jak to się mówi, na całego. Gdybym wystrzelił jedenastą kulę i nie nastraszył ostatecznie rycerzy, dwunastym zabitym byłbym ja sam. Dlatego też byłem niewiarogodnie szczęśliwy, kiedy położywszy trupem dziewiątego rycerza, dostrzegłem w tłumie zamieszanie — pierwszą oznakę paniki. Jedna stracona obecnie chwila cofnęłaby mi wszystkie szanse ostatecznego zwycięstwa. I nie straciłem jej. Podniosłem obydwa rewolwery, celując — tłum stał nieruchomo z ćwierć minuty, poczem rozbiegł się.
To był mój dzień. Błędne rycerstwo zostało skazane na śmierć. Cywilizacja obejmowała swoje prawa. Jak ja się czułem? Nie potraficie sobie tego wyobrazić.
A brat Merlin? Jego pozycja upadła. Jak zwykle w starciu czarodziejstwa i kuglarstwa z czarodziejstwem nauki, zwyciężyło to ostatnie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.