<<< Dane tekstu >>>
Autor Giovanni Boccaccio
Tytuł Zakochany starzec
Pochodzenie Dekameron
Wydawca Bibljoteka Arcydzieł Literatury
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia Współczesna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Edward Boyé
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


OPOWIEŚĆ X
Zakochany starzec
Mistrz Albert z Bolonji zawstydza białogłowę, która chciała sobie zeń zadrwić dlatego, że ją miłował

Po Emilji miała głos zabrać jeszcze królowa, która z wielkiem wdziękiem jęła mówić w te słowa: — Miłe białogłowy, podobnie jak gwiazdy w świetliste noce upiększają niebo, a kwiaty wiosną ziemię, tak wdzięczne słowa kraszą wesołą gawędę i dobre obyczaje. Krótkie słowa przystoją bardziej białogłowom, niż mężom, którzy mają w obyczaju wiele bez potrzeby i długo mówić. Prawda, że teraz, ku wielkiemu sromowi wszystkich, nie wiele ostało takich białogłów, co dowcipne słowo rozumiejąc, odpowiedzieć na nie są w stanie. Co u dawnych niewiast ozdobą umysłu było, to dzisiejsze białogłowy tracą na ukradzenie ciała swego; ta, która się w najbardziej pstre suknie, lamówką obramione, przystroi, już się sobie wielkiej czci godną wydaje, a i nie pomyśli o tem, że na lubego osła możnaby władować jeszcze więcej sukien, niż na nią; osiołby je nosił, nie przestając być jednakowoż osłem. Wstyd mi to mówić, bowiem nie mogę prawić przeciwko innym tak, abym sama siebie oszczędzić mogła. Owe białogłowy tak upstrzone, umalowane i przystrojone, stoją niby nieme i nieruchawe posągi; jeśli się je o co zapytać, odpowiadają tak, że lepiejby było, gdyby zmilczały. Starają się przytem wmówić w nas, że ich niezdarność i nieumiejętność rozmawiania z mężczyznami płynie tylko z niewinności i prostoty duszy; głupotę swoją cnotliwością zowią, tak jakby tylko ta białogłowa cnotliwą była, co umie gadać jeno z praczką, służącą lub piekarką. Pragną, abyśmy uwierzyli, że takiemi już ich natura stworzyła, jednak natura przecie inny środek znaleźćby mogła, chcąc ich gadulstwo ograniczyć. We wszystkiem trzeba znać miarę i w tym, jak i w innych przypadkach brać pod uwagę czas, miejsce, oraz i to z kim się mówi, inaczej bowiem gdy zechcemy ostrem słówkiem kogoś w pomieszanie wprawić, łacno zdarzyć się może, że przeliczywszy się z swemi siłami, sami pokraśniejemy od wstydu.
Abyście przeto ostrożności się nauczyły i aby na was nie sprawdziło się przysłowie, że kobiecie we wszystkiem zawsze gorszy udział przypada, opowiem wam ostatnią na ten wieczór nowelę, jakoże na mnie teraz kolej przychodzi. Niechże opowieść to sprawi, abyście nie tylko szlachetnością duszy od innych się odróżniały, ale i polerownością obyczajów.
Przed niedawnemi czasy żył w Bolonji znakomity lekarz, którego imię sława prawie po całym świecie rozniosła. (Może być, że żyje on jeszcze po dziś dzień). Medyk ten zwał się Albert. Liczył sobie pod siedemdziesiąt lat życia i chocia już utracił przyrodzony żar ciała, przecie duch w nim był tak krzepki, że na miłosne płomienie nieczuły nie pozostawał; ujrzawszy pewnego razu na uczcie urodziwą wdowę, która, jak powiadają, zwała się Margarytą di Ghisolieri, zapłonął do niej strzelistym afektem, niby młodzieniaszek jaki. Zdało mu się, że nie uśnie nocą, jeśli w dzień nie obaczy świeżego i cudnego jej lica. Jął więc krążyć koło jej domu czasem pieszo, to znów konno, tak iż po niejakim czasie wdowa, jako też i inne białogłowy, odgadła powód tych przechadzek i bawiła się widokiem sędziwego człeka, którym miłość owładła. Wierę, mniemały zapewne, że namiętność miłosna tylko w piersiach głupich młodzieniaszków przemieszkiwać może.
Pewnego dnia, gdy mistrz Albert koło domu się przechadzał, zdarzyło się, że wdowa, w otoczeniu innych białogłów, siedziała przed wrotami domu. Ujrzawszy zdala Alberta, postanowiły przyjąć go z oznakami wielkiej czci, a później jego afekt wyszydzić. Tak też i uczyniły. Poszły mu na spotkanie i zaprosiły go do cienistego chłodnika, gdzie znakomitemi winami i słodyczami ugoszczony został. Później grzecznemi i subtylnemi słowy wypytywać go jęły, jak mógł się zakochać w białogłowie, której tylu urodziwych młodzieńców hołduje? Doktór, do żywego dotknięty, roześmiał się wesoło i odparł:
— Nikt się temu dziwować nie może, madonno, że was miłuję, bowiem w pełni na tę miłość zasługujecie. My ludzie sędziwi nie mamy oczywista tych sił, których trza do igr miłosnych, jednakoż nie brak nam rozumu, którym poznajemy, co jest miłości godne i co szacować należy — a umiemy to czynić lepiej, niż młodzieńcy. Nadzieja, co pobudza mnie k‘temu, abym miłował was, uwielbianą od tych otroków, na tem się zasadza: często widywałem, jak białogłowy jadają groch i pory, a chocia tylko w główce tej rośliny jest smak niejaki, przecie one, fałszywym apetytem znęcone, główkę w rękach trzymając, obgryzają liście, które woń przykrą wydzielają. Zaliż można wiedzieć, czy przy wyborze miłośników podobną modłą nie postąpicie? Jeśliby tak było, ja sam pozostałbym na placu, a inni zalotnicy precz przegnani.
Słowa te zawstydziły nieco damę i jej towarzyszki.
— Trafnie i dwornie ukaraliście, mistrzu, naszą złośliwość — rzekła. Afekt, który dla mnie żywicie, jest mi drogi, jako afekt mądrego i czcigodnego człeka. Krom mojej cnoty, wszystko gotowam jest wam oddać, wedle upodobania waszego.
Mistrz Albert podniósł się z ławy i śmiejąc się, pożegnał się z niewiastami. I tak owa dama, nie bacząc na to, z kogo dworuje, miast zwyciężyć, sama zwyciężona została. Łacno się od takiej klęski ustrzeżecie, gdy roztropnemi będziecie.

Już słońce chyliło się ku zachodowi i żar dzienny się zmniejszał, gdy skończyły się opowieści młodych dam i trzech młodzieńców. Królowa rzekła żartobliwie:
— Dzisiaj, gdy władzę piastuję, nic mi już innego uczynić nie pozostaje, jak przystąpić do wyboru nowej królowej, która, według swej woli, porządek na jutro ustanowi, tak, aby życie nasze dalej godziwej rozrywce podległe było. Do nocy wiele jeszcze czasu nam ostaje, ale kto w porę się nie przygotowi, tego przyszłość zaskoczy. Tedy, zgodnie z wolą nowej królowej, należy przygotować wszystko, co jutro potrzebne okazać się może. Tak więc, w imię Tego, przez Kogo wszystko na świecie dla naszej radości żyje, królewską władzę na dzień następny oddajemy rozumnej młódce, Filomenie. To rzekłszy, podniosła się z miejsca, i laurową koronę z głowy zdjąwszy, oddała ją Filomenie, a potem pierwsza jej hołd złożyła. Za tym przykładem poszli wszyscy, pozdrawiając ją, jako królową i jej władzy poddając się. Filomena, widząc się ukoronowaną, pokraśniala ze zmieszania, a wspomniawszy słowa Pampinei, która przed nieroztropnem poczynaniem przestrzegała, wszystkie jej rozrządzenia potwierdziła, a potem i ułożyła, co na jutrzejszy dzień i wieczerzę uczynić należy.
— Miłe towarzyszki — rzecze — aczkolwiek Pampinea bardziej przyrodzoną sobie uprzejmością, niż względem na moje przymioty powodowana, uczyniła mnie waszą królową, to w wyborze naszych rozrywek chcę iść nie tylko za mojem mniemaniem, ale i z waszemi życzeniami się liczyć. Opowiem wam pokrótce, co według mnie przedsięwziąćby należało, abyście wszyscy mogli to i owo poprawić, zgodnie ze swym gustem, a życzeniem. Dobrze zważyłam na rozrządzenia Pampinei; znalazłam je chwalebnemi i dobrze ku powszechnemu ukontentowaniu zmierzającemi, dlatego też zdawa mi się, że nic w nich zmieniać nie należy, dopóki niedostatków w nich się nie odkryje lub dopóki nudnemi nam się nie staną. Teraz zasię, gdyśmy już wszystko ustanowiły, zażyjmy przechadzki; po zachodzie słońca, ciesząc się chłodem, wieczerzę spożyjemy, a potem kancony odśpiewawszy, udamy się na spoczynek. Wstaniemy rankiem przed jutrznią, każdy będzie czynił, co zechce, później w oznaczonej porze, jako i dzisiaj, obiad zjemy, potańczymy, zażyjemy wczasu i znów przystąpimy do opowiadań, które, według mego zdania, wiele pożytku i uciechy nam sprawiają. Chciałabym tylko pewien porządek do tych opowiadań wprowadzić, czego Pampinea uczynić nie zdołała, będąc późno królową obwołana. Mniemam, że dobrzeby było, gdyby każda grupa opowieści jakimś wspólnym rodzajem objęta została tak, aby każdy miał czas przygotować opowieść i obmyślić ją zgodnie z materją wprzód wybraną. Na początek tedy taki grunt rzeczy podawam: Jak wszystkim wiadome jest, od stworzenia świata ludzie wiecznemu niestatkowi fortuny podlegają, niechajże zatem każdy przygotuje opowieść o tych, co wbrew nadziei, z przeciwnemi losami walcząc, szczęśliwy cel osiągnęli. Damy i młodzieńcy przyklasnęli temu ułożeniu.
Gdy wszyscy umilkli, rzekł Dioneo:
— Zgadzam się, królowo ze wszystkimi, że wasze ułożenie na pochwałę zasługuje, ale jako o łaskę osobną was proszę, abyście mi pozwolili, dopóki tu w kompanji jesteśmy, nie podlegać temu ogólnemu prawidłu i opowiadać to, co mi na myśl przyjdzie. Aby zasię nikt nie pomyślał, że o łaskę tę proszę, jako człek, któremu materji do nowel braknie, zgadzam się zawsze na końcu głos zabierać.
Królowa wiedząc, że Dioneo jest zawołanym żartownisiem, umyśliła, iż dobrze będzie dać mu tę wolność, aby w przypadku, gdy towarzystwo już znużone będzie, rozweselił wszystkich nieoczekiwanie jakąś zabawną historją; dlatego też, naradziwszy się z innymi, na prośbę jego przystała.
Później wszyscy podnieśli się i skierowali kroki swoje ku przezroczej rzece, która wody swoje toczyła z pagórka w dolinę, zacienioną drzewami, płynąc pośród kamyków i traw zielonych. Tutaj buty zdjąwszy i ramiona obnażywszy, weszli do wody i igrali w niej wesoło. Gdy się godzina wieczerzy zbliżyła, wrócili do pałacu i pożywili się ze smakiem. Po wieczerzy przyniesiono instrumenty muzyczne. Królowa dała znak, aby rozpoczęto tańce, którym Lauretta przewodzić miała. Emilja, pod dźwięk fletni Dionea, odśpiewała kanconę miłosną:

Tak jestem dumna z lic moich piękności,
Że nigdy inne kochanie
Mną nie owładnie, ni w sercu zagości.
Patrzę na siebie i w piękna odbiciu
Znajduję wieczne źródło upojenia.
Zdarzenia, myśli, sny o przyszłem życiu
Nigdy mi mego nie zaćmią marzenia.
Jakież to inne żądze, czy pragnienia
I jakież inne kochanie
Mogłoby przybyć tu, do serca w gości?

Gdy kiedykolwiek je dla swej rozkoszy
Przywołam — dąży już na me spotkanie,
Cierpienie z serca, smutek z myśli płoszy.
A tak jest piękne, że nie znajdzie na nie
Stosownych pochwał ten, komu kochanie
Z podobną siłą w duszy nie zagości.

Gdy wzrok oderwę od swojej postaci,
Tęsknota serce w piersiach rozpłomienia
I krew goręcej w żyłach mi szkarłaci.
Snów najtajniejszych oglądam wcielenia,
Bo czar piękności wszystko wkrąg przemienia
W szczęście i zachwyt, co przychodzi w gości
Do ludzi własną miłujących krasę.

Pieśń dobiegła do kresu. Wszyscy wesoło jej wtórowali, aczkolwiek słowa dziwne nieco im się wydały. Później pląsali jeszcze z ochotą, ponieważ jednak większa część nocy już upłynęła, królowa oznajmiła, że pierwszy dzień się skończył. Zapalono pochodnie i towarzystwo na spoczynek się udało.


Kończy się pierwszy dzień Dekameronu i zaczyna drugi, w którym, gdy Filomena rządy sprawia, mówi się o tych, co przeciwnym losom podlegając, przecie, wbrew nadziei, do pomyślnego skutku sprawy swoje przywiedli.

Słońce promieniami swemi już nowy dzień ozłociło, a ptaszkowie na zielonych gałęziach, miłe nucąc pienia, świadectwo temu dawały, gdy młodzieńcy i damy, podniósłszy się z posłania, do ogrodu się udali. Cicho po rośnej stąpając trawie, tam i sam krążyli i piękne wieńce splatali, a później rozproszyli się w różne strony: Uczynili to, co i poprzedniego dnia: posilili się w chłodzie, potańczyli nieco, i wczasowi się oddali.
O dziewiątej wstali i, spełniając wolę królowej, zebrali się na zielonej łączce i wokół Filomeny zasiedli. Wielce urodziwa królowa, miły pozór oblicza mająca, wawrzynowym wieńcem ozdobiona była. Siedząc w milczeniu, pilnie na wszystkich patrzyła, aż wreszcie poleciła Neinfile, aby pierwsza opowiadać zaczęła.
Neinfile zaraz wesołym głosem mówić poczęła:



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Giovanni Boccaccio i tłumacza: Edward Boyé.