Zmartwychwstanie (Tołstoj, 1900)/Część druga/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Zmartwychwstanie
Podtytuł Powieść
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1900
Druk Biblioteka Dzieł Wyborowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Gustaw Doliński
Tytuł orygin. Воскресение
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Wyrok senatu w sprawie Masłowej miał zapaść najprędzej za jakieś parę tygodni. W razie niepomyślnego obrotu sprawy w senacie Niechludow zamierzał jeszcze podać prośbę do Cesarza, jak mu doradzał jego adwokat. W razie jednak, gdyby odwołanie się do najwyższej instancyi zawiodło, co jest, jak utrzymywał adwokat, bardzo możliwe, trzeba było być gotowym na wszystko, nawet na bezzwłoczny wyjazd z Masłową na Syberyę, co było niezłomnem postanowieniem Niechludowa. A że partya więźniów, do której należała Masłowa, wyruszyć mogła w pierwszych dniach czerwca, więc należało przedtem pojechać na wieś dla uregulowania interesów.
Niechludow przedewszystkiem wyruszył do wsi Kuźmińskie, majątku słynnego z czarnoziemu, zkąd główne pobierał dochody. Będąc jeszcze dzieckiem, a potem wyrostkiem, przebywał czas jakiś w tych stronach. Jako dorosły młodzieniec był tu tylko dwa razy i to na krótko. Ostatnim razem na usilne prośby matki przywiózł administratora Niemca i powierzył mu całe gospodarstwo, domyślał się więc aż nadto dobrze stanu majątkowego i stosunku włościan do takzwanej administracyi, t. j. do pełnomocnika i rządcy. Stosunek włościan do właściciela majątku był taki, że włościanie zależeli w zupełności od zarządu, Niechludow wiedział o tem doskonale jeszcze za studenckich swoich czasów, kiedy wyznawał i zasady[1] Henryka Georgea i na podstawie tych zasad, rozdał już był swój majątek ojcowski między włościan. Prawda, że po odsłużeniu wojskowości, gdy przywykł do wydawania co najmniej 20 tysięcy rocznie, wszystkie te piękne zasady i idee przestały dlań, istnieć, poszły w zapomnienie i nie tylko nie zadawał sobie pytania, zkąd matka bierze dla niego pieniądze, lecz wprost myśleć o tem nie chciał. Ale śmierć matki i konieczność zajęcia się swoim majątkiem, to jest ziemią, znów zbudziła w nim pytanie: jaki jest stosunek jego i obowiązki względem własności ziemskiej? Dawniej może byłby sobie powiedział, że nie czuje się na siłach zmienienia całego istniejącego dotychczas porządku, że nie on rządzi majątkiem i po jakimś czasie uspokoiłby się, pobierając w dalszym ciągu dochody. Teraz jednak postanowił działać inaczej. Chociaż czekała go może daleka podróż na Sybir i zawiłe i trudne stosunki z więźniami, gdzie pieniądz stanowi wszystko, on jednak nie może zostawić tak całej tej sprawy i powinien, chociażby z uszczerbkiem dla siebie, zmienić dotychczasowy porządek rzeczy. Dlatego też postanowił nie gospodarować samemu, lecz wypuścić ziemię w dzierżawę chłopom, po przystępnej cenie, a tem samem dać im niezależność zupełną od administratora. Niechludow niejednokrotnie porównywając w myśli właściciela ziemskiego z posiadaczem dusz, przyrównywał tem samem owo rozdanie włościanom ziemi, zamiast obrabiania jej robotnikiem, do tego, co czynili właściciele niewolników, przenosząc chłopów z pańszczyzny na czynsz. To nie było całkowite rozwiązanie zadania, to był tylko jeden krok naprzód w tej sprawie, było to przejściem, z bardziej prostej do mniej prostej formy władania ludźmi.
Tak też zamyślał postąpić.
Niechludow przybył do Kuźmińska około południa; chcąc przyjechać jaknajskromniej, nie telegrafował do dworu o powóz, lecz najął na stacyi tarantasik, zaprzężony parą koni.
Woźnica, młody jeszcze chłopiec w ruskim płaszczu, suto poniżej stanu fałdowanym, siedział bokiem na koźle i tem ochotniej rozmawiał z panem, bo podczas ich całej rozmowy podbita, ślepa, siwa kobyła i podpalana, dychawiczna, pociągowa, mogły iść stępa, a im się zawsze tego zachciewało.
Woźnica rozprawiał długo i szeroko o administratorze kuźmińskim, nie wiedząc o tem, że wiezie właściciele, ale Niechludow umyślnie nie objaśniał go.
— Szcwany niemiec — prawił, obróciwszy się bokiem do siedzenia i przeginając to z wierzchu, to od spodu długie biczysko; — trójkę sprzągł, jak się patrzy, ta i wyjedzie ze swoją gospodynią — i goń wiatr w polu! Zimą, na Boże Narodzenie, była choina we dworze, ja także gości woził; pięknie ubrana była. I w guberni takiej nie ujrzysz! Naściągał pieniędzy, aż strach! Ha, cóż to mu źle? wszystko jego! Powiadają, że piękny majątek kupił.
Niechludow myślał w duchu, że jest mu zupełnie obojętnem to, jak Niemiec zarządza jego majątkiem i jakie ciągnie zeń zyski. Lecz opowiadanie woźnicy w pofałdowanym płaszczu nie było mu miłe.
Rozkoszował się pięknym wiosennym dniem, siwemi obłokami, co od czasu do czasu przesłaniały słońce, i polami, nad któremi unosiły się skowronki, i lasami okrytemi już na wierzchołkach świeżą, jasną zielenią, i łąkami, kędy się pasły stada koni, i świeżo zaoranemi polami i coś mu się przypomniało i coś majaczyło, jakieś wspomnienie przykre i, kiedy pytał sam siebie, co to, natenczas dźwięczała mu w uszach opowieść, jak Niemiec gospodaruje w Kuźmińsku.
Przyjechawszy na miejsce i zająwszy się interesami, Niechludow zapomniał o tem przykrem uczuciu.
Przegląd kancelaryjnych gospodarskich ksiąg i rozmowa z rządcą, który w całej swej naiwności opowiadał o dogodnościach, jakie płyną z powodu, Że chłopi otoczeni są zewsząd, pańską ziemią, jeszcze bardziej utwierdził Niechludowa w zamiarze rozdania im wszystkiej swej ziemi. Z kancelaryjnych ksiąg i z rozmowy z pisarzem dowiedział się, że dwie trzecie lepszej polnej ziemi, tak jak i dawnemi czasy, obrabiano swoim robotnikiem i swojemi narzędziami, pozostałą zaś trzecią część obrabiano chłopami najętymi, płacąc po pięć rubli za dziesięcinę. To jest za pięć rubli włościanin zobowiązywał się trzy razy ziemię orać, trzy razy nawozić i zasiać dziesięcinę, potem skosić, albo zżąć, związać i zwieść do gumna, to jest wypełnić robotę, wartującą, płacąc jak najtaniej najemnemu robotnikowi, po dziesięć rubli za dziesięcinę. Ale chłopi odrobkiem płacili za wszystko to, co potrzebowali z kancelaryi i to po cenie najdroższej. Płacili pracą za pastwisko, za las, za każdy korzec kartofli i prawie wszyscy byli zadłużeni. Więc za ziemię, oddawaną do uprawy włościanom, brano za dziesięcinę cztery razy więcej, niżeli wynosiła wartość tejże ziemi rachując rocznie po 5 procentów od sta.
Wiedział o tem Niechludow i przedtem, teraz jednak uderzyło go to wszystko, jako rzecz zupełnie nowa i tylko dziwił się samemu sobie i wogóle ludziom, znajdującym się w podobnem położeniu, że nie widzą całej nienormalności i niesprawiedliwości takiego stosunku.
Dowody, stawiane przez rządcę na to, jak za bezcen trzeba będzie sprzedać cały inwentarz, jak chłopi wyjałowią i wyniszczą ziemię, i jak wogóle Niechludow dużo straci na sprzedaży ziemi chłopom, utwierdziły bardziej Niechludowa w mniemaniu, że rozdając ziemię chłopom i pozbawiając siebie większej części dochodu, spełnia dobry uczynek.
Postanowił więc zakończyć sprawę natychmiast. Zebrać i sprzedać zasiewy, rozprzedać cały inwentarz i niepotrzebne budynki, ale to wszystko miał uczynić rządca po jego wyjeździe.
Na teraz prosił tylko rządcy, aby kazał zwołać jutro włościan, z trzech wsi graniczących z Kużmińskiem, bo chciał im oznajmić o swoim zamiarze i ułożyć się o cenę dzierżawy.
Z uczuciem zwycięztwa i dumy ze swej stanowczości względem rządcy i gotowości poświęcenia dla włościan Niechludow opuścił kancelaryę; rozmyślając nad interesami, przechadzał się wokoło domu, między zapuszczonemi kwietnikami i klombami, po zarośniętym przez cykoryę i chwasty lawn-lennisie, i po lipowej alei, gdzie zwykle chodził palić cygaro i gdzie trzy lata temu flirtował ze śliczniutką, goszczącą u nich Kizimową. Obmyśliwszy wkrótce, co ma jutro powiedzieć chłopom, Niechludow powrócił do rządcy i obgadawszy raz jeszcze, przy herbacie, w jaki sposób ma zlikwidować całe gospodarstwo, zupełnie spokojny i zadowolony ze swego dzieła wszedł do przygotowanego dlań gościnnego pokoju.
Był to pokój niewielki, czysty, na ścianach wisiały obrazy z widokami Wenecyi, a między dwoma oknami było lustro, nieco dalej widniało czyste, wygodne łóżko i stolik z zapałkami, gutenachtem do gaszenia świecy i szklanka wody. Na wielkim stole pod lustrem stał otwarty kufer Niechludowa, zkąd wyzierał podróżny necessaire i książki, które wziął z sobą; jedna z nich ruska, jakieś poważniejsze dzieło sądowe, niemiecka, oraz angielska, traktująca o tejże samej kwestyi. Niechludow wziął je z zamiarem czytania w wolnych chwilach swej podróży, lecz teraz, spojrzawszy na nie, poczuł, że odbiegł daleko od tych zagadnień i umysł jego zajmowało zupełnie coś innego.
W kącie pokoju stał staroświecki fotel z czerwonego drzewa z inkrustacyami i widok tego fotelu, stojącego niegdyś w sypialni matki, obudził w jego duszy jakieś nowe, najzupełniej niespodziane uczucie. Zrobiło mu się smutno i żal tego domu, który rozwali się i pójdzie w gruzy, i ogrodu, co zapuszczony zdziczeje, i lasu, co padnie pod siekierą, i wszystkich tych starych zabudowań, stajen, szop, składów, narzędzi, koni, krów, które wiedział, z jakim trudem były zgromadzone i utrzymywane przez lat tyle.
Przedtem zdawało mu się, że przyjdzie mu z łatwością wyrzec się tego wszystkiego, lecz teraz żal mu było nie tylko tego, ale i ziemi, i tej połowy dochodu, który byłby mu się tak przydał obecnie.
I w tej chwili zjawiło się na usługi rozumowanie i sądy, z których wypadło, że nie należy rozdawać, ot tak sobie, ziemi chłopom i niweczyć własnego gospodarstwa.
— Osiąść na ziemi nie mogę. A nie gospodarując samemu, w żaden sposób takiego gospodarstwa utrzymać nie potrafię; prócz tego wyjeżdżam na Sybir, ani majątek, ani dom nie są mi potrzebne — mówił jeden głos. — Tak, wszystko to prawda — prawił głos drugi — ale ty całe życie nie będziesz na Syberyi.
A jeśli się ożenisz, to możesz mieć dzieci. I jeśli odziedziczyłeś majątek zagospodarowany porządnie, to takim musisz go oddać. Są obowiązki względem ziemi. Rozdać, zniweczyć wszystko, to łatwo, ale, stworzyć coś nowego, to trudno, bardzo trudno. Najpierw musisz obmyślić swoje przyszłe życie i postanowić, co dalej będziesz z sobą robił i stosownie do tego rozporządzić swoją osobistą własnością. Następnie, czy to, co robisz, robisz z wewnętrznego przekonania, czy tylko robisz to dla ludzi, dlatego, aby się pochwalić przed nimi — pytał sam siebie Niechludow i nie mógł nie przyznać tego, że gadania i sądy ludzkie mają wpływ na jego postanowienie.
Im dłużej myślał, tem więcej powstawało w umyśle jego zapytań i zagadnień, coraz trudniejszych, coraz bardziej zawikłanych. Ażeby przerwać te rozmyślania, położył się na wygodnej pościeli i chciał zasnąć, aby jutro, z wypoczętą głową i świeżym umysłem, rozwiązać zagadnienia, w które się teraz zaplątał. Ale długo nie mógł zasnąć; z otwartych okien razem ze świeżym podmuchem wiatru i światłem księżyca wlewało się całą falą rechotanie żab, przerywane od czasu do czasu dalekim śpiewem słowików, co zawodziły w głębi parku, a jeden śpiewał tuż pod oknem w kępie rozkwitłych bzów. Słuchając słowików i chóru żab, Niechludow przypomniał sobie muzykę córki nadzorcy; i przyszła mu na myśl Masłowa i stanęła jak żywa ze swemi drżącemi ustami, które tak drżały jak drżał chór rechotających żabek, kiedy mówiła: „niech pan o tem zapomni“. Potem Niemiec-rządca zaczął schodzić do żab. Trzeba było go zatrzymać, ale on nie tylko schodził, ale zmienił się nagle w Masłową i zaczął drwić z niego: „Ja katorżna, a pan kniaź“. Nie, nie poddam się, myślał Niechludow, i ocknął się i spytał siebie: Cóż, dobrze, czy źle robię? Nie wiem... jutro zobaczę?“ I on sam zaczął schodzić tam, kędy zeszedł Niemiec-rządca i Masłowa i na tem skończyło się półsenne widzenie.







  1. Głośny ekonomista.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Gustaw Doliński, Lew Tołstoj.