Zmartwychwstanie (Tołstoj, 1900)/Część pierwsza/XXX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Zmartwychwstanie
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1900
Druk Biblioteka Dzieł Wyborowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Gustaw Doliński
Tytuł orygin. Воскресение
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXX.

Cela, w której siedziała Masłowa, miała dziesięć arszynów długości, a siedem szerokości. Dwa okienka dawały światło. Duży odrapany piec wystawał na izbę, a dwie trzecie całej przestrzeni zajmował tapczan, zbity z porozsychanych desek. Naprzeciw drzwi wisiał poczerniały obrazek święty z przylepioną doń woskową świeczką i zwieszającą się na dół, na sznurku, wiązanką nieśmiertelników. Obok drzwi stało cuchnące wiadro, a pod niem duża, czarna, wilgotna plama na podłodze.
Patrol przeszedł. Kobiety były zamknięte na klucz. W celi — siedziało osób piętnaście.
Dwanaście kobiet i troje dzieci.
Jeszcze nie pociemniało zupełnie. Dwie kobiety leżały na tapczanach, jedna głupkowata, z głową okrytą kaftanem, druga suchotnica, uwięziona za kradzież. Ta druga nie spała i podłożywszy pod głowę kaftan, patrzyła w górę rozwartemi szeroko oczyma, z trudnością powstrzymując kaszel, pobudzany zbierającą się obficie w gardzieli plwociną.
Kilka kobiet szyło, siedząc na tapczanach, reszta przypatrywała się przez okna chodzącym po podwórzu więźniom.
Jedną z szyjących bab była właśnie Korablewa, co odprowadzała do drzwi Masłową, gdy ta wychodziła rano do sądu.
Wygląd miała posępny, twarz starą, pomarszczoną, podbródek obwisły, wzrost wysoki, budowę silną, krótkie kosmyki rudych włosów na skroniach i brodawkę, porosłą włosami, na policzku.
Skazano ją do katorgi za zabicie siekierą męża. Zabiła go za to, że umizgał się do jej córki.
Korabiowa dozorowała izbą i sprzedawała wódkę. Nałożywszy okulary, szyła, trzymając igłę po chłopsku, trzema palcami, z końcem zwróconym ku sobie. Obok niej siedziała, szyjąc również worek płócienny, niska, czarniawa, o zadartym nosie kobieta, z małemi czarnemi oczyma, dobroduszna i gadatliwa. Była to dróżniczka, skazana na trzy miesiące więzienia za to, że nie wyszła w czas z chorągiewką przed budkę w chwili przejścia pociągu.
Pociąg zaś uległ wypadkowi. Trzecią była Teodozya Fiwiczka (tak ją zwały koleżanki). Biała, rumiana, młoda, z długiemi włosami, splecionemi w warkocze, z niebieskiemi oczyma dziecka, bardzo przyjemnej powierzchowności.
Osadzono ją w więzieniu za usiłowanie otrucia męża. Chciała go otruć zaraz po wyjściu za mąż, a miała wtenczas lat szesnaście.
W czasie, kiedy pozostając na wolnej stopie za poręczeniem, oczekiwała wezwania do sądu, pogodziła się z mężem i żyli, kochając się, jak para gołąbków. Pomimo, że mąż i ojciec męża i kochająca ją bardzo świekra, wszelkich sił użyli, aby ją uniewinnić, skazaną została na Sybir i ciężkie roboty.
Teodozya była sąsiadką Masłowej, polubiła ją i starała się wszelkiemi sposobami być jej usłużną i pomocną.
Dwie kobiety, jeszcze nie stare i przystojne, z których jedna karmiła dziecko przy piersi, skazane zostały za opór władzy podczas wywożenia rekrutów. Przewinienie zależało na tem, że ciotka jednego z rekrutów chwyciła za uzdę konia zaprzężonego do wozu, na którym siedzieli popisowi. Na tapczanie siedziała jeszcze przy piecu siwa, nizka, pomarszczona stara baba.
Udawała, że chce złapać małego, czteroletniego chłopaka. Dzieciak rad z zabawy, kręcił się i biegał.
W koszulinie, boso, dreptał to tu, to owdzie i zanosił się od śmiechu. „I nie złapała!“ — wołał dzieciak — „nie złapała!“
Ta starowina, obwiniona łącznie z synem o podpalenie, znosiła karę w cichości, trapiąc się tylko synem, w temże więzieniu siedzącym, a bardziej jeszcze swoim „starym“, który sam sobie w chacie rady nie da i całkiem wszy go zjedzą, bo i synowa z domu poszła, i starego niema kto obsłużyć!
Cztery inne kobiety patrzyły w okno, trzymając się za żelazną kratę i w głos i na migi wiodły rozmowę ze świeżo przybyłymi z kolei żelaznej więźniami.
Jedna z nich, tęga, otyła, ruda, piegowata, nalana, z tłustą szyją i żółtawą twarzą i rękami, ochrypłym głosem wykrzykiwała nieprzystojne słowa.
Obok niej stała małego wzrostu niby dziesięcioletnia dziewczyna, czarniawa, niezgrabna, aresztantka, z długim stanem i nad miarę krótkiemi nogami.
Twarz miała czerwoną, pokrytą plamami, oczy czarne, podsiniałe, szeroko rozstawione, grube a krótkie wargi, ukazujące zdrowe, białe, wystające zęby.
Śmiała się urywanym, syczącym śmiechem. Z powodu zalotności zwano ją „Choroszawką“, uwięziona była za kradzież i podpalenie. Za niemi, w brudnej jak ścierka koszuli, chuda, ciężarna kobieta, skazana za przechowywanie kradzionych rzeczy. Milcząc, uśmiechała się z tego, co widziała na podwórzu.
Czwarta z kolei, odsiadująca karę za przemytnictwo kobieta wiejska, była matką małego chłopca i siedmioletniej dziewczyny. Ponieważ nie miała przy kim zostawić w domu dzieci, pozwolono wziąć je do więzienia. Kobieta, marszcząc czoło i zakrywając oczy, słuchała krzyku aresztantów, wymyślających na podwórzu. Siedmioletnia dziewczynka, jej córka, drobna z płowemi włosami, w jednej tylko koszulinie, trzymała się za spódnicę rudej, piegowatej baby i słuchała wymiany grubych wyrazów i obelg. I jakby chcąc zapamiętać dosadne wyrażenia, po cichu powtarzała je szeptem.
Ostatnią aresztantką była córka dyaka, skazana za utopienie w studni własnego dziecka. Wysoka, dobrze zbudowana, pokaźna dziewczyna, z obfitemi, kędzierzawemi, jasno-blond włosami, nie zwracając uwagi na to, co się kolo niej działo, chodziła tam i napowrót po izbie, zawracając bystro, jak tylko znalazła się przy ścianie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Gustaw Doliński, Lew Tołstoj.