Zolojka/Czlowiecze chodź!

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Czlowiecze, chodź!

Przespawszy się po południu na górze na sianie, Edward Kunsztowny obudził się nad wieczorem i napiwszy się kawy, wyszedł przed dom.
Była chwila spokoju, bo letnicy nie powrócili jeszcze na kolację, a żona Edwarda doiła krowę. W kuchni huczał pod blachą płomień i światełko już się paliło. Ale jeszcze było cicho.
Słońce już zaszło, tylko na zachodzie świeciła złoto-czerwona jaskrawa zorza. Na ametystowo-szafirowem niebie lśniła jasno jedna jedyna duża gwiazda. Ze wszystkich kominów szły prosto w niebo różowe dymy.
Tu i owdzie przed domami panowie w kamizelkach, ze schowanej pod stołem butli delikatnie pociągając, grali w karty, czerwoni mimo wieczornego chłodku. Gdzie niegdzie zapędzono do chlewów oporniejsze krowy. Spłoszone przez małego głupiego psa stado rudych i brudnych baranów pogalopowało przez wioskę. Dwoje małych dzieci biegło, wlokąc za sobą po piasku nie mogące dotrzymać im kroku małe bobo, które, wrzeszcząc wniebogłosy, starało się jak najwyżej utrzymać kromkę chleba z masłem, aby się nie zawalała. Przechodziły kobiety z wiadrami pełnemi wody lub z workami piasku.
To było w porządku. To było zrozumiałe i naturalne.
Ale potem rozpoczęła się procesja letników, wracających na kolację. Szły dziwnie ubrane panie w jaskrawych chustkach lub czepkach, ze złotemi pierścieniami i bransoletami na rękach, a niektóre miały nawet zęby złote. Oczy im świeciły, jakby je miały od jubilera, mówiły głośno, śmiejąc się i prawie śpiewając, a wszystkie były okrutnie uradowane. Szły z niemi dzieci, już senne i ledwie trzymające się na nogach, opalone, z czerwonemi jagodami i bzykające grymaśnie rozespanym głosem. Szli panowie, o których Edward Kunsztowny wiedział, że są lub byli albo będą ministrami i wogóle wielkimi urzędownikami. Nie wątpił, że są bardzo mądrzy, ale musieli być też i bardzo skromni, bo choć nieraz z nimi rozmawiał — tej mądrości dopatrzyć się nie mógł. Żaden z nich nie wiedział co to „nete” albo „tokle”, żaden z nich nie słyszał nawet o „cezie”. Kobiety myślały, że węgorze to żmije i gryzą — dość na tem, że Edward Kunsztowny wolał w mądrość państwa wierzyć na słowo, niż się o niej przekonywać — bo jest to możliwe, żeby ludzie tacy bogaci nie byli mądrzy?
Tak tedy to wszystko przeciągało przez wioskę powoli, ze śpiewami i śmiechem, owiane ostrą, dławiącą wonią perfum i tytoniu, bo prawie każda pani paliła. Młodzi chłopcy szli pobrzękując na gitarach, młode panny śmiały się głośno, a czasem nuciły coś fałszywie, lecz wdzięcznie. Z niektórych domów dolatywały echa rozmów prowadzonych podniesionym głosem, wszystkie gospodynie leciały z nóg i coraz mniej już zaczynały rozumieć po polsku. Niektóre z nich, od czwartej rano na nogach i przez cały dzień chcące zrozumieć, czego się od nich żąda — wybuchały płaczem, i schroniwszy się w jakiś kąt, najczęściej w chlewie lub na stryszku, żałośnie biadały po kaszubsku na swą opłakaną dolę.
„Oby się to raz już skończyło!” Pełni współczucia mężowie pocieszali je zcicha i dodawali im odwagi, ale poradzić nic nie umieli, bo także nie rozumieli, czego goście właściwie chcą. I gdybyż to jeszcze byli ludzie źli — ale gdzie tam! Wszyscy byli dobrzy i wdzięczni za kawałek dachu nad głową i łyżkę strawy, chcieli tylko morza, morza i morza, które wychwalali i o którem wciąż mówili — a doch w lecie niema w wodzie nic do widzenia, bo woda jest próżna! — i to wszystko było kochane państwo, ale dziwne i trudne do zrozumienia.
Tak tedy Edward Kunsztowny stał, pykając na zimno swą starą fajeczkę, której cybuszek grał i świszczał nigdy nie wysychającym, gorzkim, brunatnym soczkiem. Tak sobie stał, w fajeczkę dmuchał i przyglądał się niezrozumiałej procesji letników. Byli to niewątpliwie ludzie żywi z krwi i kości, ale Edward patrzył na nich nie inaczej, jak na duchy czy widma — bo któż może wiedzieć, co to za tacy, skąd są i dokąd znowu wrócą? Nie, tego nikt nie wie i wiedzieć nie będzie. Ale płacą. To jest ta nasza Polska kochana, za Niemców tu letników nie było, nikt nawet nie zaglądał, chyba tylko prokurator, a teraz nam Matka Polska letników przysyła, tylko jeszcze mało, jeszcze mało!
I liczy sobie w duchu Edward Kunsztowny:
— Ja nie chcę więcej, jak trzy tysiące bezzwrotnej pożyczki, żeby rozszerzyć budynek. Tobym sobie przybudował trzy pokoje — a pracy własnej już nie liczę, niech będzie za darmo. Doch ja mam już acht und sechzig i na rybołówstwo wyjeżdżać nie mogę. Stary jestem, niech teraz panowie za mnie pociągną. Czemuż to ja mam jeździć na morze i w sztorm i w plusk i w doukę? Niech jadą młodsi, a mnie należy się żaki wiązać przy ciepłym psiecku. Jo, le trzy tysiące bezzwrotnej pożyczki, żeby mi to Matka Polska dala!
Tak sobie to rozważał w duchu Edward Kunsztowny, stając przed swym domem, z rękami wsadzonemi głęboko w kieszenie, zgarbiony trochę, ogorzały, z przedawnionym zarostem, a ostrym nosem, jak dzióbem „batu”, zwrócony przeciw ciepłej ludzkiej rzece.
— Wśród tego państwa może jest ta gruba ryba, któraby mi te trzy tysiące dala, ale jak ją złowić?
Wzrok jego prześliznął się po kilkunastu mniej lub więcej niezrozumiałych postaciach i spoczął na figurze jakoby skądś znanej.
Był to człowiek dobrze starszy, ubrany — Edward Kunsztowny powiedziałby porządnie, bo miał na sobie zatłuszczony i zaplamiony, ale cały czarny żakiet, niesłychanie zmiętą i przekrzywioną krawatkę koloru „tango”, ciemnozieloną czapkę sportową, strasznie brudny kołnierzyk, takież wylatujące z rękawów niezapięte mankiety, pepitowe spodnie i brunatne płócienne pantofle. Szczecinowaty, białoczarny zarost tego człowieka był posępny, jak wyrok bezapelacyjny, oczy zaś, jasne i wodniste drgały, jakoby w pełnym lęku i niepokoju zachwycie. Postawa tego człowieka przypominała postawą psa, który służy i jest z tego powodu bardzo z siebie zadowolony. Człeczyna mianowicie siedział na drewnianym na zielono lakierowanym kufereczku, z rękami złożonemi na kijku. Jedna z tych rąk, brunatna wielce i jakąś czernią srodze zapuszczona, z wystrzępionemi paznokciami, była siną barwą tatuowana. Od całej postaci biło wyraźnie delikatne aroma denaturatu i pasty na obuwie — albowiem wąsy figury były mocno czarne.
Raz — drugi rzucił Edward Kunsztowny okiem na tę przyziemnie kucającą postać i zrozumiał, że tu oto ma do czynienia z czemś konkretnem, realnem i prawdziwem.
Oto człowiek! Nie jakaś lalka wyjmująca papierosy ze złotego pudełeczka i trzymająca je w złotych zębach białemi, delikatnemi palcami, lecz człowiek pracy, który nie napróżno twardemi, czarnemi rękami chwyta się życia, bo ma na tych rękach tatuowaną kotwicę, to jest — ma w sercu nadzieję. Niewątpliwie były marynarz. Skąd przyszedł i dokąd pójdzie — wszystko jedno, bo on zawsze i wszędzie jest u siebie, jest tym przechodniem, którego można spotkać na wszystkich bitych i wodnych gościńcach świata. I niewiadomo nawet — czy to znajomy, czy nieznajomy, czy brat, czy przyjaciel, czy ktoś, który może chce zwrócić pożyczone kiedyś w Chile przed trzydziestu laty sto marek, albo może zażąda zwrotu tych trzydziestu, które przed półwiekiem pożyczył w Ecuadorze, a może zechce zapłacić za jakieś dawno zapomniane pchnięcie nożem...
Dość na tem, że Edward Kunsztowny zachłysnął się zimnym, gorzkim soczkiem z fajeczki — kupił ją w Londynie przed pięćdziesięciu laty — i podszedłszy wolnym krokiem do człowieka siedzącego na kuferku, zapytał go łagodnie i grzecznie:
— Czego ty tu chcesz, czlowiecze?
Człowiek chuchnął zlekka denaturacikiem i odpowiedział pokornie:
— Jestem chory. Zdaje mi się, że zaczynam mieć suchoty, a mam już sześćdziesiąt pięć lat i boję się, że mi to może zaszkodzić. Powiedzieli mi, żebym pojechał nad morze, więc pojechałem.
Człowiek mówił łamanem kaszubskiem narzeczem.
— Jo, suchoty! — rzekł Edward Kunsztowny. — U nas powietrze na suchoty jest dobre, bo albo zabije, albo wzmocni.
A potem zapytał:
— Dzie ty mieszkasz, człowiecze?
— W Gdańsku.
— A dzie ty tu będziesz mieszkał? Masz ty jaki pokój sztelowany? Masz ty jakie detki?
— Pokoju sztelowanego nie mam i detków także nie.
Zrozumiał to Edward Kunsztowny bez trudu, ale doch zdziwił się i zaczął kręcić głową.
— To jest licho! — rzekł po namyśle. — Na noc jabym cię wziął do budy, dam ci coś do jedzenia, ale cóż ty tu, człowiecze, będziesz robił?
Siedząca na kuferku figura z godnością podniosła głowę.
A było to w chwili, gdy złoto-czerwona łuna już przygasała, a rozpaliły się białe lampy elektryczne.
W tem świetle głowa siedzącego na kuferku była ogromnie marna.
Obfitość czarnych cieniów na twarzy wskazywała, iż więcej w niej było kości, niż czego innego. Ociężałe, bardzo zmęczone powieki unosiły się nieco wgórę i biało-czarna twarz rzekła z godnością:
— Jestem szewiec.
Edward Kunsztowny skłonił się trochę i rzekł:
— Czlowiecze, chodź!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.