Zolojka/Poranek po burzy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Poranek po burzy.

Burza trwała krótko i już rano ucichła.
Była to tylko mała przygrywka, przypadkowa improwizacja, zabawa bez znaczenia i następstw. Zresztą na morzu wszystko zwykle bezustannie się zmienia.
To też, gdy Zolojka rano wstała, dzień był pogodny i piękny.
— Będzie dziś ciepło! — rzekł jej na powitanie ojciec. — Zdrowa już jesteś?
Zaczerwieniła się i nic nie odpowiedziała, bo wstyd jej było tych przypadłości. Narąbała drzew, zapaliła w piecu, nastawiła śniadanie i surowo przykazawszy ojcu pilnować mleka, pobiegła do kościoła, a potem na „górę” czyli nadmorski wał wydmowy za „Smątarzową drogą”, odwieczne stanowisko obserwacyjne rybaków z tego kantu wioski. Stojąc na tem samem miejscu, z którego pradziadowie jej obserwowali hanzeatyckie i holenderskie karawelle, galeony, galery i statki towarowe, a skąd teraz widać było parowce idące do Gdańska, dziewczyna wytężonym wzrokiem wpatrywała się w morze i rozglądała się po strądzie, ciekawa zmian, spowodowanych burzą.
Na pierwszy rzut oka wszystko było, jak zwykle. Zniknęły wprawdzie z morza przybrzeżne linki żaków, które teraz suszyły się rozwieszone na palach pod „górami”, na białej plaży niedaleko zoloju świeciły jak oka w pawich piórkach liczne firbeki czyli nadbrzeżne kałuże, plaża była trochę zryta i stwardniała od wody, lecz zresztą zmian żadnych nie było. Ale z „grzebienia”, to jest owych przecinających się krzywych linij powstałych na piasku po falach, Zolojka poznała, iż morze tej nocy „preszcyło” mocno i dochodziło aż do gór. Dlatego zbadawszy strąd, z niepokojem zaczęła znów przyglądać się morzu.
Było ciche, pięknie zielone, promienne, woda była, według wyrażenia rybaków „jak olejwa”, ledwie przelewająca się jasnemi i ciemnemi smugami. Przybrzeżna sucha rewa, czyli tak zwany „Sachej”, mielizna, ledwie wodą przykryta, widniała wyraźnie, podobna do żółtoróżowej pręgi i nieomal wystawała z wody, ale „beka” za nią, to jest głębsze miejsce, była bardziej zielona niż dnia poprzedniego. Znaczyło to, iż fale zryły tu dno i wyrzucając z beki piasek na „sachej”, pogłębiły ją.
Zobaczywszy to dziewczyna, zbiegła z „góry” na plażę i zaczęła nią iść, wciąż bacznie wpatrując się w smugi przybrzeżne. Czasami potrząsała głową, jakby zaniepokojona czy niezadowolona. W niektórych miejscach beki pogłębiły się znacznie, gdzie indziej kule, dotychczas nie niebezpieczne, stały się groźnemi jamami i dołami. Człowiek lądowy nie spostrzegłby tego, ale rybaczka czytała w wodzie, jak w otwartej książce. Oko miała tak wprawne, że z koloru wody odgadywała głębokość tak pewnie, jakby ją odmierzała „lotem”.
W jednem miejscu stanęła i aż ręce załamała. Tu codzień rano, a nieraz w południe i wieczór kąpały się „jej” panienki. Było to ich ulubione miejsce dlatego, że dno morskie było równe, a woda sięgała tylko po piersi, tak, że ta, która umiała pływać, mogła się popisywać tą sztuką, zaś ta, która nie umiała, mogła się kąpać bezpiecznie, nie bojąc się utonięcia.
Teraz całe dno było tu zryte. Zielona woda pełna była centków ciemniejszych, poczem Zolojka poznała, iż są tu nietylko kule, ale mniejsze od nich doły. Gdyby która z panienek wpadła w taki dół, straciłaby głowę i utonęłaby niezawodnie!
Stało się tak, jak to wczoraj pomyślała! Nic nie pomogło, że tę złą myśl zmyła z siebie gorącemi łzami skruchy, nic nie pomogło, iż wyspowiadała się z niej Bogu, klęcząc na piasku u wrót kościelnych — pomyślane przez nią złe stało się, i oto tu zastawione już sidła śmiertelne czekają na swe ofiary.
Lądowy człowiek powiedziałby sobie poprostu:
— Pójdę, przestrzegę panienki, wytłumaczę im, żeby się w tem miejscu nie kąpały, i już.
Potem poszedłszy spokojnie dalej, wstąpiłby gdzieś na kawę, czy coś podobnego, załatwiłby jakieś swoje interesy i wróciłby spokojnie do domu, wiedząc, że ma czas, bo panienki kąpały się zwykle dopiero po dziewiątej.
Ale rybak myśli inaczej. Przyzwyczajony do liczenia się ze wszystkiemi okolicznościami, wszystkiemi możliwościami i przypadkami, ma bardzo daleki widnokrąg, a co za tem idzie, rozumie doskonale trudność najwłaściwszego postąpienia połączoną z koniecznością szybkiej decyzji. Człowiek lądowy może postąpić właściwie lub zbłądzić, a potem błąd naprawić — człowiek morza, zbłądziwszy — ginie, a nie ma czasu długo rozmyślać nad tem, co zrobić.
— Iść do domu, przestrzec panienki? — myśli Zolojka.
Mogły już wyjść. Może się z niemi rozminąć. Mogą wyjść, zanim się z nimi rozmówi. Może ją neńka czemś zająć, tak, że nie będzie miała czasu.
Czekać tu, przy tych kulach? Mogą przypadkiem kąpać się gdzie indziej, w miejscu jeszcze gorszem! A potem, jeśli się co złego stanie, to ona będzie winna, ona... Bo ona pomyślała.
Ogłuchła, zaniewidziała, zwróciła się cała w głąb, słuchając „głosu” — a potem szybko poszła ku domowi.
Gdy zgrzana i zdyszana weszła do ich pokoju, były dopiero napół ubrane.
Odetchnęła.
— Gdzieś ty była, Zolojko? Taka czerwona, zmęczona! Wyjeżdżałaś na węgorze?
— Nei!
Mówić nie mogła, potrząsała tylko głową i uśmiechała się do nich swemi dobremi, jasnemi oczami.
— Patrz, ona ma oczy naświetlone słońcem i morzem! — wykrzyknęła genjalnie jedna z dziewczynek.
— Oni wszyscy mają takie oczy! — zauważyła druga. — Jasne i dobre!
Zolojka uśmiechnęła się, a serce zabiło jej tak, że w jednej chwili zrobiło się jej ciepło w piersiach. Sięgnęła do kieszonki sweatera i wydobywszy z niej garstkę bursztynów, wysypała je na stół.
— Przyniosłam panienkom bursztyny! — rzekła. — Nie są ładne, ale można z nich zrobić paciorki.
— Skąd je masz? Gdzie je znalazłaś?
— Na strądzie — odpowiedziała.
— A myśmy tyle razy szukały i nigdyśmy nic nie znalazły! Jak ty mogłaś znaleźć?
Wzruszyła ramionami. Nie wiedziała nawet, że zbierała bursztyny. Machinalnie schylała się czasem, nie patrząc poco, nie wiedząc dlaczego. Robiła tak od dziecka — a słynęła w wiosce ze swego szczęścia. Znała strąd, znała morze, wiedziała, że norda bursztyny przynosi, wiedziała, gdzie je składa denega i która i jaka... Przecie każda gospodyni wie, która kura się niesie i gdzie składa jajka...
— Ale panienki beze mnie niech się dziś kąpać nie idą, dobrze?
— Bo co?
— Morze jest po sztormie zmienione.
— Ale my się jeszcze wykąpać musimy, bo za kilka dni wyjeżdżamy!
— Tak. Dobrze. Ale beze mnie niech panienki nie idą.
Przyrzekły.
Bernard przyniósł wangorze. Miały być na obiad, gotowane, z koprowym sosem. I przysmażana bulwa. Trzeba było wangorze sprawić, a potem skrobać bulwę, dużo bulwy.
Etta pracowała chętnie, gorliwie, zerkając wciąż na drzwi, prowadzące do pokoju panienek. Dolatywał przez nie śmiech. Pewnie przy oknie byli już panicze.
Neńka szkalowała o rozbity talerz.
— Ty jest czysto niedoczyniona! Przez ciebie zawsze przyjdę do szkody.
— Ja waju ten talerz odkupio!
— Doch nei! Ten talerz ja mialam już pięć lat, a dalam za niego dwadzieścia groszy, choć był wart pól marki! Takiego taniego talerza nie kupisz dziś za największe detki! I choćby ty talara dala, to nie dostaniesz za niego talerza, co był wart pól marki a kosztowal dwadzieścia groszy! A tera bioj do księżej panny koper alać, bo ja już nie mam!
Pobiegła, lecz gdy wróciła, panienek nie było.
Rzuciła neńce koper na stół i popędziła na plażę.
Biegła, nie zwracając uwagi na to, że ludzie przystają i patrzą na nią ze zdziwieniem, biegła, modląc się w duchu i omal nie płacząc.
Zdaleka już zobaczyła „ich” miejsce i na plaży dwa barwne punkty — różowy i błękitny.
Czy zdąży?
Widziała, jak jedna panienka wchodziła powoli w wodę przy brzegu. Woda musiała być dość zimna, bo panienka cofnęła się szybko i zaczęła rozmawiać ze swą przyjaciółką, która stała opodal i przyglądała się jej. Po chwili pierwsza znowu weszła w wodę po pas i nacierając piersi i ramiona, czekała na towarzyszkę, zbliżającą się do niej z pewnem wahaniem. Wreszcie obie wzięły się za ręce i już miały iść dalej w morze, gdy nadbiegła Zolojka, krzykiem i ruchami przyzywając je na brzeg.
Usłuchały jej trochę zdziwione. Dowiedziawszy się, w czem rzecz, wykąpały się przy brzegu, udając, że zrozumiały jej wykład o bekach, kulach i rewach.
— Z pewnością zadrwiła sobie z nas! — rzekła jedna Marysia, gdy Zolojka uradowana odeszła.
— Poco miałaby to robić? — odparła druga.
— Żebyśmy jej coś dały za uratowanie życia niby... Bo niby teraz wypada...
— A to ja pójdę, spróbuję... Pływać przecie umiem...
— Lepiej może nie.
— E, nic mi się nie stanie...
Wstała i rezolutnie weszła w wodę.
Dziwna rzecz! Przed chwilą jeszcze kąpała się tu tak spokojnie i tak bezpiecznie, jak w basenie zakładu kąpielowego, a teraz każdy krok wydawał się jej zdradliwy, każde chluśnięcie fali groźne, każdy dołek w dnie ową straszliwą „kulą”, z której niema wyjścia.
— Jestże możliwe, o morze! — myślała panienka — abyś ty, takie piękne i śmiejące się bezlitośnie chciało pochłonąć młode, niewinne życie?
Odpowiedział jej tylko cichy, tajemniczy szmer fal.
Panienka postąpiła jeszcze parę kroków naprzód i stanęła. Zdjął ją lęk.
— Nic nie rozumiem! — pomyślała.
— Lepiej już nie próbuj, chodź — zawołała na nią z brzegu przyjaciółka.
Cofnęła się — może z nad skraju śmierci, a może nie...
Któż to wie?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.