Żaby (Arystofanes, 1895)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Arystofanes
Tytuł Żaby
Pochodzenie Obraz literatury powszechnej
Redaktor Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Fryderyk Henryk Lewestam
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron

3) Żaby.
Wielki zwolennik poezyi dawnej, zapalony wielbiciel Eschila, przedstawia Arystofanes w tej komedyi swoją cześć dla niego, łącząc ją z dowcipną krytyką tragedyj Eurypidesa. Dyonizos (Bachus), bóg wina, niezadowolony z żyjących tragików, w sukni więc szafranowego koloru z lwią skórą zarzuconą na ramiona, z maczugą w ręku, wybiera się tedy do Hadesu, by stamtąd wydobyć niedawno zmarłego Eurypidesa. Niewolnik jego Ksantyas, przybrany za Sylena (bożka leśnego), objuczony dużym pakunkiem, siedzi na ośle i radby pożartować w guście trywialnym, ażeby sobie choć tym sposobem ulżyć w odbywaniu utrudzającej drogi. Dyonizos jednak nie pozwala mu na to, łając go:

Dyonizos.  Toż mi dopiero pieszczoch i zuchwalec!
Ja, bóg Dyonizos, prawy syn — Okseftu,
Piechotą łażę sam, on sobie jeździ,
Aby się tylko nie podźwigał zbytnie.
Ksantyas.  Alboż nie dźwigam?
Dyonizos.  Jakże dźwigasz, jadąc?
Ksantyas.  Dźwigając jadę.
Dyonizos.  Jakżeż?
Ksantyas.  Ciężko dźwigam
Dyonizos.  Alboż pakunku osioł twój nie dźwiga?
Ksantyas.  O nie, dalipan! czuję go na sobie.
Dyonizos.  Jakżeż ty czujesz? ciebie czuje osioł!
Ksantyas.  Nic nie wiem, tylko to wiem, że ja czuję.
Dyonizos.  Więc kiedy osioł na nic ci się nie zda,
Zleź z niego, sam go weź i dźwigaj jego.
Zleź z osła, ty hultaju! Jużem prawie
U bramy stanął, gdzie wprzód wstąpić muszę[1].
(puka)  Jegomość! hej jegomość, słuchaj wasze!

Ksantyas zsiada z osła, który natychmiast ucieka. Z domu wychodzi Herakles.

Herakles.   Któż tu tak stukał? kto tu przycwałował,
Jakgdyby jaki Centaur? Co to było?
Dyonizos  (do Ksantyasa). Widziałeś?
Ksantyas.  Cóż?
Dyonizos.  Toś nie uważał?
Ksantyas.  Czego?
Dyonizos.  Jak mnie się boi?
Ksantyas.  Myślał chyba, żeś ty waryat.
Herakles.  Dalibóg, niepodobna mi się wstrzymać
Od śmiechu! Ażem już się ugryzł w język!
Dyonizos.  Poczciwy człeku, przystąp bliżej, proszę!
Herakles.  Śmiech tak mię dusi, że już nie wytrzymam.
Jak dobrze mu z lwią skórą na tej sukni!
Co to ma znaczyć koturn ten z maczugą?
Skąd idziesz?
Dyonizos.  Na Klistena wsiadłem okręt.
Herakles.  I biłeś się na morzu?
Dyonizos.  Chyba z tuzin
Albo i więcej statków naszym wrogom
Do szczętu zatopiliśmy.
Herakles.  Wy we dwóch?
Dyonizos.  Klnę się na Apollina!
Herakles.  Ot, po wszystkiem!
Dyonizos.  Więc potem siedząc na okręcie, czytam
Tak sobie, dla zabawy, Andromedę[2],
Wtem nagle, jakby piorun przeszywając
Me serce, wpada mi zachcenie —
Herakles.  Duże?
Dyonizos.  Maleńkie, wzrostu może — powroźnika!...
Herakles.  Więc mów, braciszku, cóż to?
Dyonizos.  Ach, nie mogę!
Tylko zdaleka chyba dam ci poznać.
Czy ci się kiedy chciało już powideł?
Herakles.  Powideł? albo raz od lat dziecinnych!
Dyonizos.  Czyś pojął? czy też jaśniej wytłómaczyć?
Herakles.  Rozumiem doskonale! O! powideł!
Dyonizos.  Więc widzisz, taki sam uczuwam pociąg
Do Eurypida, który już nie żyje.
Nikt mi już nie wyperswaduje, żebym
Natychmiast doń nie zstąpił.
Herakles.  Gdzie? do Hadu?
Dyonizos.  Klnę się na Zeusa! choćby jaknajgłębiej!
Herakles.  O cóż ci idzie?

Dyonizos.  Trzeba mi poety,
Takiego prawdziwego! Albo żadnych
Nie widzę, albo ci, co są, nic warci.
Herakles.  Wszak Jofon[3] żyje.
Dyonizos.  To też to nam jedno
Zostało dobre, jest naprawdę.
Sam bo nie wiem, jak te rzeczy stoją.
Herakles.  A zamiast Eurypida, czyż nie lepiej
Większegobyś sprowadził Sofoklesa,
Gdy już sprowadzać sobie chcesz koniecznie?
Dyonizos.  Nie prędzej, aż po tonie dobrze poznam,
Co Jofon bez Sofokla będzie znaczył.
A zresztą figlarz to, ten Eurypides,
Czmychnąłby z tamtym razem i bez śladu.
Herakles.  Cóż przecie z Agatonem[4]
Dyonizos.  On daleko!
Poeta dobry! każdy tu go pragnie.
Herakles.  Gdzież więc się podział?
Dyonizos.  Na królewskiej uczcie...
Ksantyas.  O mnie się nie pyta,
Choć mnie na plecach skóra się przetarła...

Herakles wskazuje Dyonizowi drogę do Charona. Wsiadłszy do jego łódki bożek słyszy odzywające się chóry Żab na jeziorze piekielnem:

Chór.  Berekekekeks! koaks! koaks!
Berekekekeks! koaks! koaks!
Więc my, bagnistych źródeł ród,
Zanućmy teraz w jeden głos
Naszego hymnu chórem pieśń melodyjną.
Koaks! koaks!
Którą przy synu Zeusa, Nizejskim
Bachusie, tam w kałuży śpiewamy,
Gdy w upojenia zachwycie
Dzikości pełen, w Święto Garnków[5]
Do naszej świątnicy roi się lud.
Berekekekeks! koaks! koaks!
Dyonizos.  Żebyście pękły, koaksując!
Toć nic w was niema; tylko koaks!
Chór.  Dobrze ci tak, mospanie Wścibski!
Mnie bo wybrała Muza, lirze rada,
I z koziem kopytem Pan[6],
Który przygrywa na fujarze.

Z radością słucha mię nawet sam arfiarz Apollo,
Dla trzciny na denko do cytary,
Którą wilgotną trzymam mu w bagnie.
Brekekeks! koaks! koaks!
Dyonizos.  Mnie już odgniotły się pęcherze
I ciało poci się oddawna,
A gdy się schyli, wnet zawoła:
Brekekeks! koaks! koaks!
Lecz muzykalny ludku, daj pokój raz[7].
Chór.  Głośniej jeszcze niech zabrzmią nasze śpiewy,
Gdy w słoneczne dni wesoło,
Wskakując przez zielony tatarak
I przez zielsko pieśniom rade,
Na powierzchnię wypływamy;
Lub gdy przed Jowisza chroniąc się deszczem
Pluskamy kółkiem na dnie
W pstrym tańcu i pstrej ochocie,
Przy piany wirze nad nami.
Brekekeks! koaks! koaks!

(F. H. Lewestam).
Chór Żab jest ciętą satyrą na chóry spółczesnych Arystofanesowi dramaturgów, pełną dowcipnych alluzyj, które dopiero po dokładnem zgłębieniu politycznych i literackich stosunków Aten mogą się stać zrozumiałemi.
Po przebyciu jeziora piekielnego, dostrzega Ksantyasz potwory i strachy, a opowiadając o nich, wielką bojaźnią przejmuje Dyonizosa. Gdy zmierzają do mieszkania Plutona, zachodzi im drogę jeden z sędziów podziemnych Eak. Dyonizos przedstawia mu się jako Herakles, a ponieważ ten nienawistny jest Eakowi, dlatego że niegdyś zabrał mu psa Cerbera, grozi teraz przychodniowi strasznemi mękami. Dyonizos przelękniony prosi Ksantyasa, żeby mu do serca przyłożył mokrą gąbkę, wskutek czego serce opada mu do żołądka. A że Ksantyas nie zląkł się Eaka, więc Dyonizyos oddaje mu skórę lwią i pałkę Heraklesa, a sam zamierza dźwigać swoje tłomoki: Bogini podziemna, Persefona, dowiedziawszy się o przybyciu Heraklesa, każe mu przez służącą przyjść do siebie. Ale Heraklesem jest teraz Ksantyas. Gdy służąca opowiedziała, jakie to potrawy i napoje przygotowała bogini, jakie-to młode tancerki tam znajdzie, Ksantyas mówi do Dyonizosa:

Ksantyas. Niewolniku, bierz tłomoki i idź za mną.
Dyonizos. Ciszej. Żartem cię tylko przerobiłem na Heraklesa, a ty wziąłeś to za prawdę.
Ksantyas. Jakto? Myślisz odebrać mi to, coś sam dał.
Dyonizos. Nie, ja nie myślę odebrać, ale odbieram. Zdejm skórę.
Ksantyas. Bądźcie świadkami, wielcy bogowie, jak on ze mną postępuje!
Dyonizos. Jacy bogowie? Czyś ty głupi, czy szalony? Ty, niewolnik i śmiertelny, masz być synem Alkmeny?
Ksantyas. Dobrze, weź sobie. Kiedyś, jak bogom się podoba, będziesz mię jeszcze potrzebował.
Chór. Człowiekowi roztropnemu i światłemu, co wiele po morzu wędrował, przystoi zawsze żagiel swój na tę stronę rozpinać, skąd wiatr wieje, nie zaś stać prosto i nieruchomo jak jaki bałwan przydrożny. Zmieniać rolę dla dobra osobistego jest to być człowiekiem zręcznym, prawdziwym Teramenem[8].

Dyonizos rzeczywiście, lękając się Eaka, musi znów prosić Ksantyasa, by udawał Heraklesa. Eak każe wiązać tego „złodzieja psów“, Ksantyas się nie daje, zaklinając się, że nigdy nic nie kradł, i proponuje Eakowi, żeby jego niewolnika to jest Dyonizosa poddać próbie.

Eak. Jakiej próbie?
Ksantyas. Wszelakiej. Możesz go powiesić, posiekać razami, nalać octu w nos, nakłaść nań cegieł, możesz z nim zrobić, co zechcesz, tylko go nie bij czosnkiem ani porami[9].
Eak. Zgoda; ale jeżeli razy okaleczą twego niewolnika, to ty mię pozwiesz o straty?
Ksantyas. Wcale nie. Idź go poddać próbie.
Eak. Zrobię to tutaj i chcę, żeby mówił przy tobie. No, tymczasem zdejm tłomok i nie waż się kłamać.
Dyonizos. Zabraniam ci poddawać mię próbie, bo jestem nieśmiertelny; biada ci, jeśli się ośmielisz.
Eak. Co takiego?
Dyonizos. Powiadam, że jestem nieśmiertelny, Dyonizos, syn Zeusa, a ten — ten jest moim niewolnikiem.
Eak (do Ksantyasa). Słyszysz?
Ksantyas. Tem większa zasada bić go rózgami; jeżeli on jest bogiem, to nie poczuje uderzeń.
Dyonizos (do Ksantyasa). A kiedy tak, toć i ty podajesz się za boga; czemuż więc nie bić i ciebie.
Ksantyas (do Eaka). Słusznie. Sprobuj: kto z nas pierwszy zapłacze przy biciu, kto pierwszy będzie zmęczony, ten oczywiście nie jest bogiem.

Eak każe im się rozbierać i po kolei bije obu. Ale każdy z nich upewnia, że nie czuje razów, tłómacząc mimowolne wykrzyki innemi przyczynami. Nie wiedząc co robić, Eak pozostawia decyzyę Plutonowi i Persefonie. Oni sami są przecie bogami i poznają się na was — powiada. — Prawda — odrzecze Dyonizos — ale trzeba było pomyślić o tem przed biciem. W Hadesie straszna wrzawa, krzyki i spory. Eschil i Eurypides kłócą się o pierwszeństwo. Eschil zajmował tron tragedyi, ale pojawienie się Eurypidesa wywołało w Hadesie burzę. Eak, czując sympatyę dla Ksantyasa, opowiada mu, że Eurypides zaczął deklamować wiersze swoje przed oszustami, ojcobójcami i rozbójnikami, któremi piekło przepełnione; jego giętkie zasady zachwyciły to tałałajstwo, które uznało go za pierwszego tragika. Eurypides, pełen zarozumiałości, zasiadł na tronie Eschila. A czyż Sofokles nie domagał się pierwszego miejsca dla siebie? — pyta Ksantyas, na co Eak: Bynajmniej. Przybywszy tutaj, uścisnął Eschila; on mógłby był zasiąć obok Plutona, bo Eschil ustępował mu miejsca, ale Sofokles wolał być drugim. Ma się odbyć walka o pierwszeństwo między Eschilem a Eurypidesem; za sędziego obrano Dyonizosa, jako znającego się na tragedyi. Obaj z początku sobie wymyślają, że Dyonizos musi im przypomnieć, iż poeci nie powinni się kłócić jak przekupki, iż raczej wypadałoby im zanieść modły do bogów. Eschil wzywa Demetry, a Eurypides nie uznając bogów, zwraca się do Eteru, który go wspomaga w gibkości języka. Gdy przyszło do walki, Eurypides kładł nacisk na brak akcyi w tragedyach Eschila, na napuszoność jego mowy, na brak życia i prawdy w jego postaciach, Eschil zaś, którego zdaniem poeta powinien uczyć dojrzałych ludzi, jak wychowawca uczy dzieci, wyrzuca Eurypidesowi, że nauczył Ateńczyków paplaniny, drobnostkowych subtelności retorycznych, że psuł młodzież różnemi sofizmatami, że osłabił poczucie obowiązku. Ażeby spór bezowocny zakończyć, Eschil proponuje zważyć wiersze ich obu. Dyonizos zapowiada, że będzie przedawał talent poetycki na wagę, jak się sprzedaje ser na rynku. Spółzawodnicy trzymając się szalek wagi, wypowiadają kilka razy po jednym wierszu, szala Eschila zawsze przeważa. Eschil zgadza się, żeby na jednę szalę położyć dwa jego wiersze, a na drugą samego Eurypidesa, z jego dziećmi, żoną i wszystkiemi tragedyami, bo jest przekonany, że i wtedy nawet jego szala przeważy. Dyonizos zadaje potem obu poetom pytania, dotyczące spraw ateńskich, podziwia odpowiedzi jednego i drugiego, tak że nie może się zdecydować, kogo wybrać; znaglony jednak przez Plutona, wybiera Eschila, czem wywołuje wielkie niezadowolenie Eurypidesa. W odpowiedzi na jego zarzuty posługuje się cytatami z własnych jego tragedyj.

Eurypides. Brałeś bogów na świadków, że mnie stąd zabierzesz; przypomnij sobie przysięgę i wybieraj.
Dyonizos. Tak, usta moje przysięgały, ale ja wybieram Eschila.
Eurypides. Coś ty zrobił? nie masz sumienia.
Dyonizos. Ja! Przyznałem pierwszeństwo Eschilowi; więc cóż?
Eurypides. I po takim bezczelnym postępku śmiesz mi patrzeć w oczy?
Dyonizos. Cóż w tem bezczelnego, jeżeli widzowie bezczelnem tego nie nazywają?
Eurypides. Okrutniku! to ty mię zostawisz tu bez litości z umarłymi?
Dyonizos. Oczywiście! Być może żyć jest-to umrzeć, oddychać — jeść obiad, a sen — runo.
Pluton. Wejdźcie do mego pałacu; chodź Dyonizosie.
Dyonizos. Cóż my tam robić będziemy?
Pluton. Chcę poczęstować gości, zanim się oddalą.
Dyonizos. Doskonale, klnę się na Zeusa i to lubię!
...................
Pluton. Żegnaj, Eschilu, wracaj na ziemię; niech miasto nasze (Ateny) ocalą twoje szlachetne nauki, niech poprawią nierozumnych a ich tam tak dużo!
Eschil. Spełnię rozkazy twoje, a ty posadź Sofoklesa na mojem miejscu. Niech on zatrzyma je dla mnie, jeśli kiedyś wrócę. Naznaczam dla niego drugi stopień między tragicznymi poetami. A co do tego łotra, tego nędznego żartownisia, patrz, żeby nigdy sobie nie przyswoił zaszczytnego miejsca, chociaż go inni na niem posadzili.
Chór. Bogi podziemne! ześlijcie drogę szczęśliwą poecie, który nas opuszcza i na ziemię wraca; ześlijcie takie miastu naszemu myśli rozumne i zbawienne. Połóżcie w ten sposób koniec strasznym nieszczęściom, co nas dręczą, okropnemu szczękowi broni.


Przypisy

  1. Udający się do Hadesu wstępować musieli poprzednio do świątyni Heraklesa w Melite (w Attyce); tę więc zapewne świątynię wyobrażał domek na scenie.
  2. Andromeda, jedna z zaginionych tragedyj Eurypidesa.
  3. Jofon, syn Sofoklesa, autor kilku uwieńczonych tragedyj, które jednak podejrzewano, że je utworzył jego ojciec.
  4. Agaton, znakomity tragik, bawił na dworze króla macedońskiego.
  5. W świątyni Bachusa w Limnach (bagnach) obchodzono uroczystości zwane Antesteryami przez trzy dni; trzeci dzień zwano świętem Garnków, ponieważ ustawiano wtedy garnki z gotowanemi jarzynami dla przebłagania podziemnego Dyonizosa (Hermesa).
  6. Pan, bożek leśny.
  7. Gniew Dyonizosa stąd głównie pochodzi, że według taktu coraz szybszego skrzeczenia mimowoli coraz szybciej robić musi wiosłem.
  8. Jeden z trzydziestu tyranów panujących nad Atenami, głośny z życia lekkomyślnego.
  9. To jest lekkiemi uderzeniami, jak bito dzieci.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arystofanes i tłumacza: Fryderyk Henryk Lewestam.