Życie za życie/List XXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Życie za życie
Podtytuł Powieść
Wydawca Redakcja „Mód Paryzkich“
Data wyd. 1822
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LIST XXVI.
EDWARD DO ALBINY.

Sprawiedliwość rządzi ludźmi, Albino. Spiorunowany schylam przed nią głowę, bo czyny szaleństwa obracają się przeciw szaleńcom. Sprawdza się straszne potępienie: kto zasiał wichry, będzie zbierał burzę.
Czy pamiętasz owe Laurettę, czy pamiętasz tę przelotną burzę rozpaczy, która wplątała ją w życie moje? Od chwili gdym odnalazł Idalią, nie chciałem jej już widzieć zapomniałem prawie że istniała, że może kiedyś zmysły moje ukochały jej piękność. Od owego spotkania na koloseum, nie wróciłem więcej do swego mieszkania. Nająłem w pałacu Rospigliosi jakąś izdebkę pod strychem, by być tylko bliżej Idalii. Strzegłem ją od każdego wzruszenia, strzegłem szczególniej od wpływu i widoku hrabiego. Otaczający ją musieli mnie słuchać, rozkazywałem z piekłem w oczach. Du Barlette drżała przedemną. Odrzuciłem na bok wszystkie światowe względy, wszystko co ludzie powiedzieć lub myśleć mogli: szło o jej życie. Chciałem zrazu wywieźć ją z Rzymu: wzbraniała się, nie miała siły; to miasto ruin oczyniało ją czarem swoim. Zwołałem najbieglejszych lekarzy: nie mogli znaleźć lekarstwa na chorobę bez nazwy, której siedlisko nie było w ciele. Odeszli wstrząsając głową.
Ja jednak nie traciłem nadziei i przy fotelu na którym spoczywała Idalia, przykuta dziwną niemocą, zapominając o świecie całym czuwałem niezmordowanie.
Tak dnia jednego byliśmy na balkonie. Balkon wychodził na rodzaj dziedzińca, pełnego kwiatów, posagów i fontan bijących. Idalia słuchała ich szmeru i dnia tego wydawała mi się mniej bladą, bardziej żywą, bardziej myślą na ziemi.
Nachylony nad nią, zapatrzony, pytałem półgłosem.
— Wszak lepiej ci dzisiaj? nieprawdaż?
Szukałem nadziei: ona zrozumiała to widać i smutnie wstrząsnęła głową.
Wzrok jej błądził po niebie bez chmury, po drzewach i krzewach wydających wonie upajające i odetchnęła silniej, jakby pierś jej spragnioną była powietrza.
— Jak tu pięknie w tym kraju słońca! wyrzekła jakby sama do siebie. Pochowajcie mnie tutaj, Edwardzie, wśród róż i cyprysów, wśród oliwnych gajów; tu dajcie mi leżeć spokojnie.
— Nie mów tak, zawołałem. Więc świat ten tak piękny, tak rozkwitły, nie ma już dla ciebie ponęty żadnej?
— Kocham go tem więcej, że go opuścić muszę, odparła z nieporównaną słodyczą w głosie, jakby ranę zadaną słowami złagodzić chciała, — kocham go tak samo jak ciebie, Edwardzie.
— Czy masz sumienie chcieć mnie porzucić! mówiłem rozżalony, wstrzymując łzy, które gwałtem zalewały mi oczy, drżały na rzęsach i paliły źrenice.
Ale ona nie zdawała się zwracać uwagi na to; duch jej kołysał się w napowietrznej sferze ciszy, jasności; tylko na ustach położyła mi palec alabastrowy, jakby prosząc bym jej nie przerywał myśli i marzeń. Ukląkłem przy niej, a ona blade ręce przesuwała mi po włosach, pochyliła się nad mojem czołem i po raz pierwszy w życiu dotknęła go zimnemi usty.
Zadrżałem z rozkoszy i trwogi, bo to nie był pocałunek kochanki, to nie był pocałunek prawie, ale jakieś pożegnalne dotknięcie ulatującego ducha.
— Lepiej jest tak jak jest, szepnęła. Ja nie mogę żałować życia; tak mi błogo umierać, a przecierpiałam tyle!...
— Nie cierpiałabyś już dzisiaj, mówiłem z pękającem sercem, jabym ci nie pozwolił cierpieć.
Uśmiechnęła się tajemniczym, znękanym uśmiechem.
— Nie mówmy o tem co być mogło rzekła poważnie, widocznie zbierając siły; to już dzisiaj jest niepodobieństwem.
— Czemu? czemu? zapytałem.
— Dla mnie już niema szczęścia na ziemi, mówiła. Wierzę iż je znajdę po za nią. Rozłączyć się musiemy, ale nie na długo.
— Czy sądzisz żebym mógł przeżyć ciebie? zawołałem.
Spojrzała na mnie trwożnie, błagalnym wzrokiem.
— Edwardzie, szepnęła siląc się na uśmiech, ty usłuchasz prośby mojej, nieprawdaż?
— Prośby? powtórzyłem. Mów, rozkazuj, powiedz co cię na świecie zatrzymać, ucieszyć może!
Wahała się chwilę jakby lękała się przerazić mnie, i odjąć nadzieję, jaką źle zrozumianemi obudziła słowy.
— Przysięgnij że spełnisz prośbę moję, powtórzyła.
Łzy migotały w jej zamglonych oczach, ręce złożone podnosiła ku mnie. Zrozumiał że żądać będzie ofiary ciężkiej, ale mógłżem jej odmówić?
— Przysięgam, odparłem złamanym głosem, że wola twoja jest i będzie zawsze dla mnie świętą. Ale Idalio nie żądaj niepodobieństwa.
Wzrok jej się rozradował.
— Edwardzie, wyrzekła miękko, głosem dziecinnej prawie prośby, przysięgnij mi że żyć będziesz po śmierci mojej, że nie targniesz się nigdy na życie swoje; przysięgnij, bo inaczej zatrujesz mi słodycz tych chwil ostatnich, goryczą śmierć zaprawisz, a mnie tak spokojnie, tak błogo!
Umilkła i patrzyła bacznie i prosząco w czoło moje, po którem przechodziły chmury myśli nawalnych.
Chwilę pasowałem się sam z sobą: ale ona zwyciężyła mnie jak zawsze. Przysiągłem. Dłoń jej z wdzięcznością spadła w ręce moje. Nie miałem już słów: oddałem jej więcej niż życie. Pomiędzy nami stała się uroczysta cisza, wśród której serca nasze przemawiały jedne, a uczucia nie mogły sformułować się w słowa.
W tej chwili głośny okrzyk dał się słyszeć na dziedzińcu, mięszając dziwnie myśli nasze.
Oboje zadrżeliśmy, zbudzeni z marzenia i spojrzeli na dół.
Na dziedzińcu stała Lauretta, z obłąkanem okiem, z rozwianemi włosami, śmiejąc się, śpiewając i płacząc naprzemian. A ja, jak gdyby uderzony gromem, nie mogłem poruszyć się z miejsca, by ta biedna, obłąkana dziewczyna nie zobaczyła mnie, nie poznała.
Ręka Idalii ścisnęła mnie gwałtownie, konwulsyjnie.
— Edwardzie, zawołała, to ta sama dziewczyna którą widziałam z tobą.
Na ten głos, na to imię, Lauretta podniosła głowę, spojrzała w górę, poznała mnie i oczy jej ożywił wyraz dzikiej radości. Załamała ręce nad głową i wyciągnęła je ku mnie.
— Edoardo! Edoardo! wołała, znalazłam cię w końcu. Mówili mi że ciebie już niema, ja nie uwierzyłam; mówili żeś ztąd wyjechał, nie uwierzyłam; mówili...
I tu zastanowiła się chwilkę, jakby zbierała uciekające myśli. Przytomniejszem okiem powiodła w koło, ale wzrok jej osmutniał nagłem przejściem, właściwem obłąkanym.
[1] — Ty przestałeś mnie kochać, zawołała smutnie, tyś nie kochał mnie nigdy. Pamiętam, usłyszałam, biegłam za tobą... na Koloseum... I rozśmiała się dziko... Czy to prawda Edoardo mio?
Pragnąłem by się ziemia rozstąpiła podemną, by się sklepienie nieba zwaliło, a nie mogłem ruszyć się z miejsca; ręka Idalii lodowata, zaciśnięta, przykuwała mnie obok siebie na balkonie. Bez słów, głosu i myśli czekałem co dalej wypadnie, niezdolny kierować wypadkami, nie mogąc obronić jej ni siebie, zwyciężony. Czyny moje powstawały przeciwko mnie, szaleństwa myśli wkraczały w dziedzinę faktów; przyszła na mnie chwila osłupienia ducha, w której traciłem pamięć i świadomość siebie. Czułem tylko że coś okropnego ciąży na mnie.
Lauretta zaczęła śpiewać jednę z dawnych piosenek swoich; ludzie gromadzili się w koło niej, a nikt nie myślał wyprowadzić jej ztąd, wziąć w opiekę. Patrzyli na nią z głupią ciekawością gminu.
Miała na sobie świąteczne szaty podarte, powalane, zmienione w łachmany, a jednak znać było ich pierwotne kolory; tak samo na jej duchu zmąconym, rozbitym, widna była pierwotna barwa niewinności, kochania. Kobiety litowały się nad nią, zowiąc „povera inna morata“, mężczyźni żałowali jej młodości, dzieci śmiały się z dzikich śmiechów ze słów pomieszanych, z urywanych śpiewów.
Z tem wszystkiem ona była dziwnie piękną, tylko straciła człowieczeństwo. Ruchy jej były ptasie i zwierzęce; lekka jak sarna, chybka jak jaskółka, zachwycała i zrażała razem. Myśl kołatała się po jej główne, jak ster na rozbitym okręcie; nie władała nią, ale była owładniętą. Jest coś strasznego w tem przeinaczeniu zasadniczych warunków bytu. Imię moje powracało co chwila na jej usta; wymawiała je ze łzami i śmiechem, z pieszczotą i rozpaczą naprzemian.
Byłbym dał życie, by uchronić Idalią od tego widoku.
— Na miłość Boga, chodź ztąd, wyrzekłem zaledwie słyszalnym głosem, podając ramię Idalii, obejmując ręką jej kibić, by łatwiej powstać mogła.
W tej chwili przez tłum domowników zgromadzonych około Lauretty, przecisnął się wysoki starzec. Wiatr rozwiewał resztki jego srebrnych włosów, twarz jego blada i wychudzona, przedstawiała zaledwie cień dawnej istoty. Przeczułem w nim więcej niż poznałem Andrea; od czasu gdym go widział, przybyły mu lata całe.
Naraz ujrzałem się otoczony wszystkiemi ofiarami szaleństw moich; one razem powstawały przeciwko mnie. Cokolwiek ukochałem, czegom dotknął złamałem i zniszczyłem w koło siebie. Czułem to, i przygnębiony pojęciem win własnych, stałem w miejscu, gromem sprawiedliwości przybity.
Nie mogłem uprowadzić Idalii.
Tymczasem Andrea zbliżył się do córki.
— Lauretto, Lauretto, mówił biorąc jej ręce i przytulając ją do siebie.
Dziewczyna spoglądała na niego pięknemi, obłąkanemi oczyma.
Ona ciągle patrzyła na niego, nie rozumiejąc słów.
— Nie, nie, wyrzekła, potrząsając głową, tyś nie Edoardo, tyś niepodobny do niego.
Dla niej mój obraz przysłonił świat cały, zatarł wszystkie inne rysy.
— Chodź ztąd, mówił Andrea, chcąc wyprowadzić ją z tego miejsca, bo nie wiedział jeszcze co ją tu przykuwało.
Ale ona z dzikim krzykiem wyrwała się z rąk jego, i zwracając się ku mnie, wyciągnęła ręce, czepiając się filarów, jakby ją gwałtem z miejsc tych oderwać chciano. I tak stała z rozwianym włosem, z wyrazem miłości na bladej twarzy, pół anioł, pół Eumenida.
Andrea poszedł za kierunkiem jej oczów, ujrzał nas na balkonie, i rysy jego szlachetne, zbolałe, przybrały wyraz straszny. Rękę wyciągniętą podniósł groźnie w górę, jakby przeklinał i wzywał pomsty nieba na sprawcę nieszczęścia swego; usta jego ściśnięte nie wyrzekły słowa, gniew i żal zbierały się w oczach, nadawały im moc zabójczą. Oczy jego, jak dwa sztylety, utkwione były we mnie, w Idalii.
Na nią niewinną spadły grzechy moje. Zachwiała się i jęknęła cicho. Świat cały zmroczył się przedemną. Lauretta, Andrea znikli mi z oczów; widziałem tylko Idalią. Głowa jej biała jak marmur opadła na piersi, usta wpół otwarte były sine, oczy się przymknęły i ręka w której trzymała dłoń moję rozwarła się i zwisła bezsilna.
Zrazu nie mogłem pojąć strasznej rzeczywistości. Jak szalony porwałem ją w ramiona: martwe ciało przełamało mi się w rękach, ciemne włosy rozsypały się na mnie i zasłały ziemię. Poniosłem ją w głąb pokoju, położyłem ostrożnie na sofie, jak dziecię uśpione. Nie wierzyłem, nie mogłem wierzyć, by ten cichy jęk był ostatniem tchnieniem. Trzeźwiłem ją, wołałem, oblewałem palącemi łzami jej twarz przezroczystą, jej usta okolone w śmierci nawet tym cichym uśmiechem męczeństwa; zanim zrozumiałem że dla mnie skończyło się już wszystko.
I teraz, gdy piszę te żałobne słowa, ja sam dobrze nie pojmuję ich dźwięku, nie pojmuję dobrze ni tego co jest, ni tego co będzie. Jakie miejsce dla mnie bez Idalii pozostało jeszcze na ziemi, dla mnie, który przysiągłem jej że żyć będę?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Brakujący fragment str. 179 przepisano z wydania „Życie za życie“ Waleria Marrené, w „Tygodniku Ilustrowanym” pod redakcją Ungera we Warszawie 1867 r., dostępnym na serwerze Commons