<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Życie za życie
Podtytuł Powieść
Wydawca Redakcja „Mód Paryzkich“
Data wyd. 1822
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LIST XXV.
EDWARD DO ALBINY.

Co ty myślisz o mnie po tym liście ostatnim? Był to wyraz ślepej rozpaczy. Jak człowiek rozciągnięty na łożu tortur odpowiedzialnym być nie może za słowa które mu ból wyciska, tak są chwile moralnej męczarni, w których czynami naszemi, rządzi ślepy instynkt tylko i nic więcej. A jednak czyny zarówno jak i słowa podobne obracają się przeciwko nam samym; daremnie wymazać byśmy je chcieli z księgi przeszłości, kosztem życia i krwi całej. One ciążą nad nami jako fatum nieubłagane, stworzone przez nas.
Ja wiem w teoryi, że nie wolno nam tracić panowania nad sobą; ale któż będzie tak silnym, by pod żelazną ręką nieszczęścia nie ugiąć się, nie zachwiać, nie upaść? Chwili podobnej ludzie mogą nie darować nigdy, bo żadne oko zmierzyć nie zdoła przepaści piekielnych, istniejących w sercu, kiedy je rozpacz rozedrze. Świat i ludzie najmniej mogą darować to, co wychodzi po za obręb powszedniej miary.
Ale żeby i ona nie znała miłosierdzia, żeby i ona nie umiała, nie mogła przebaczyć, ona, co powinna być wielką, czystą, pogodną, jasną jak słońce samo; ona, która w myśli mojej króluje zawsze, ponad wszystkiem co mętne, i ludzkie, ona, co jedna powinna mnie przytulić, ogrzać w cieple swego serca jak dziecię zbłąkane — to już za nadto!...
Potępienie świata przyjąłbym hardem, niezachwianem czołem; przed nią jedną potrafiłem się ukorzyć duchem sercem i wolą — i ukorzyłem się daremnie.
Karnawał szaleje ciągle, i ja szalałem dni kilka; ale próżno podnosiłem oczy na balkon na którym ujrzałem Idalią; zajmowały go inne osoby. Próżno śledziłem wszystkie twarze snujące się w powozach po Corso, ona nie była pomiędzy niemi. Szukałem jej daremnie, daremnie noce całe wyczekiwałem na Monte Cavallo; nie usłyszałem więcej jej pieśni, jej głosu. Raz tylko zdawało mi się żem ujrzał zdaleka przechodzącego Herakliusza.
Szalałem na zabój, ale w głębi udręczała mnie myśl: gdzie ona? Czym ja wypędził ją z Rzymu? Nie chciałem nawet wymówić imienia, które było stałą myślą moją.
Obecność jej przyprowadzała mnie do rozpaczy, a jednak nie mogłem przenieść myśli nowego rozłączenia. Duch mój i serce pełne były sprzeczności.
Lauretta prawie ciągle była ze mną. Niepomna na nic, zaślepiona miłością, wymykała się z domu od ojca, zwolna wracającego do zdrowia i wraz ze mną jeździła po Corso. Pókim myślał że Idalia zobaczyć nas może, woziłem ją z sobą i miałem dla niej jakieś dziwne, gorączkowe uczucie. Kochałem ją jak morderca narzędzie śmierci, którem, zamierza uderzyć na nieprzyjaciela. Ale gdy dzień po dniu traciłem tę nadzieję, obecność jej udręczać mnie zaczęła jak wyrzut sumienia, a jej miłość nudziła coraz więcej. Lauretta nie rozumiała tego; ona jak dziecko bawiła się karnawałem, rzucała kwiaty, cukry i gips szczodrą ręką. Hałas i zgiełk niecierpliwił mnie i nużył rozstrojone nerwy; nie mogłem znieść go dłużej. Na Piazza di Venezia wyskoczyłem z powozu, i rzuciłem się w tłum nie oglądając się nawet.
Uciekałem od zgiełku i wrzawy, goniony nią długo jeszcze, aż w końcu okrzyki i turkot dochodziły mnie tylko jak szmer dalekiego ula. Wówczas odetchnąłem swobodnie: byłem na dawnem Forum, dziś zwanem Campo Vacino. Powietrze miało nieopisaną, wonną słodycz wiosny, rozszerzało piersi; niebo przysłonione blademi chmurami rozpinało swe głębokie szafiry, ponad tą olbrzymią ruiną. Rzym był w swojej najpiękniejszej chwili. Oblany podwójnym urokiem potężnej natury i wielkich wspomnień, przejmował majestatycznym spokojem zniszczenia, pięknością złomów kolumnowych, powalonych a pięknych jeszcze.
I serce moje wśród ciszy nieba i ziemi, wśród tego spokoju grobów, uspokajało się zwolna. Po szaleństwach, buntach, rozpaczach, po strasznych wytężeniach woli, powracałem zwolna do siebie, przebudzałem się osłabiony na duchu, śmiertelnie smutny, ale już sam sobą, jak chory po malignie trawiącej.
Długa błąkałem się śród złomów kolumn i gruzów, zapominając o niej, o sobie nieledwie. Pośród ciszy nic nie budziło mnie do rzeczywistości; ja jeden, ja sam byłem tutaj.
Powoli zbliżałem się do Koloseum i po raz setny może wszedłem na szczyt jego. Lubiłem patrzeć ztamtąd na Rzym starożytny, leżący cały u stóp moich, i myślą odbudowywać frontony tych świątyń, wieńczyć kapitelami te smukłe kolumny i wywoływać przed duchem moim tę cywilizacyą tak wykwintną a tak barbarzyńską, ten naród tak wielki a tak nikczemny i tych cichych męczenników, co zawładnęli nim siłą ducha.
Wszedłem na szczyt tej olbrzymiej budowy i zrazu olśniony słońcem, błękitem, nie zobaczyłem nic w koło siebie. Zwolna jednak rozglądać się zacząłem w koło i zadrżałem. Traf czy fatum zbliżało nas tu znowu.
Na złomie marmuru, o kroków kilka odemnie, siedziała Idalia; ale w twarzy jej i ruchach był tak głęboki smutek, tak zupełne zniechęcenie, żem stanął na miejscu i oddech zatrzymałem w piersi, by mnie nie ujrzała, nie usłyszała przy sobie. Postać jej cała zwątlała, zeszczuplała jeszcze i nabrała przezroczystości dziwnej, stała się podobną do alabastrowego posągu. Jeśli dawniej zdawała się rozkwitłym aniołem ulatać do nieba, to teraz smukła, wiotka jak duch nie należała już prawie do ziemi.
Siedziała na złomie marmuru, głowę zmęczoną opierała na ręce i spoglądała w dal, na te dwie smutne palmy, co zdobią ogród klasztoru Armeńczyków i zdają się utęskniać i więdnąć, za daleką ojczyzną nieznaną, tak jak utęskniała ona.
Oczy jej smutne, głębokie, teraz zapadły, powiększyły się wychudnieniem twarzy, a wyraz ich był tak łzawy, tak niepocieszony, iż każdy spotkawszy je zrozumieć musiał, że już nic tutaj na ziemi, zatrzymać jej spojrzenia nie mogło, Ona sama, zabłąkana na świecie, zdawała się na szczycie Koloseum cichym aniołem męczeństwa, ale już nie żywą istotą.
Spoglądałem na nią zdaleka zapatrzony, mierząc z przerażeniem straszne zniszczenie, jakie sprawiły w niej te długie miesiące rozłączenia, i zapomniałem naraz o wszystkiem co stało, co stać mogło pomiędzy nami. Oto byliśmy tutaj znowu razem, nieledwie ręką Bożą złączeni bolejący, rozkochani. Czyż próżnem miało być to spotkanie, tu, w tem miejscu, ponad wszystkiem co poziome i małe?
Zapomniałem o przeszłości całej, o żalu moim i dumie; wszystko szlachetne, naraz odżyło we mnie i zbliżyłem się do niej, gotów jak dawniej uklęknąć, gotów znowu jak dawniej cierpieć z jej woli. Na szelest moich kroków Idalia zwolna, niechętnie odwróciła głowę; znać było w jej ruchach znużenie istoty opanowanej zgubną myślą, i to zapatrzenie się w nieskończoność, co sprawia, że każdy zwrot do rzeczywistego świata jest boleścią. Spostrzegła mnie i powstała naraz szybkim ruchem, prosta, sztywna, jakby zdrętwiała i przykuta do miejsca spojrzeniem węża. Oczy jej szeroko rozwarte, wlepiały się we mnie z przerażeniem prawie.
W tem spojrzeniu, w tym ruchu nie odnalazłem nic z dawnej Idalii, nie uczułem oddźwięku mojej miłości, ani tego rozdzierającego smutku, który kazał mi zapomnieć o wszystkiem i znów szukać u jej kolan szczęścia lub rozpaczy.
— Idalio! zawołałem zbliżając się ku niej i wyciągając ręce jak do nadziemskiego zjawiska.
Ale ona nie zważała na mój głos; na wyraz błagalny; z rodzajem trwogi instynktowej odsuwała się ode mnie, zapominając gdzie jest i cofając się tak niebacznie, iż krok jeszcze, a stanęłaby na krańcu szerokiej platformy i mogłaby spaść w przepaść. Zrozumiałem to i jak szalony rzuciłem się ku niej. Jak pantera swą zdobycz, pochwyciłem ją w ramiona i uniosłem o kroków kilka.
I znów, raz jeszcze, uczułem na piersi szybkie, przyśpieszone bicie jej serca. Jej wątła kibić gięła się w mojem ręku, głowa zwisła na mojem ramieniu, oczy przymknęły się, a usta blade, drżące, wyszeptały moje imię.
Rozszalały, przycisnąłem ją do siebie namiętnie; ręce jej jak mdłe gałązki bluszczu, oplotły ramiona moje i poza niemi zwieszały się ku ziemi.
— Idalio! szeptałem, tyś moją znowu, moją nazawsze! Idalio, czas rozłączenia, to był sen tylko, zły sen, Idalio, nieprawdaż?
Otworzyła oczy zamglone, spojrzała na mnie, spotkała moje wejrzenie, i znowu jej wielkie, podkrążone oczy przybrały wyraz trwogi; ale węzeł jej rąk nie rozplątał się od razu, i była w niej chwila walki miłości z przestrachem. Serce biło coraz silniej, pierś pracowała gwałtownie. Chciała, a nie mogła wyrwać się z rąk moich; całe ciało drżało w moim uścisku.
— Puść mnie pan, wyrzekła w końcu.
Nie mogłem.
— Idalio, powiedz mi, że ta straszna przeszłość minęła i nie powróci więcej, powiedz mi że znowu, jak dawniej, jesteśmy sobie światem nawzajem.
— Nigdy! nigdy! zawołała, odzyskując panowanie nad sobą i siląc się wydobyć z rąk moich.
Te słowa padły na mnie lodem; ramiona nasze się rozplotły: posadziłem ją znowu na odłamie marmuru, zimną, drżącą, trwożną, a sam znękany ukląkłem przy niej.
— Miej litość nademną, mówiłem, miej miłosierdzie, miej sumienie! Ja cię kocham jak ostatni szaleniec. Dla mnie bez ciebie niema już nic; świat cały jest mi pustką i grobem.
Wzrok błagalny utopiłem w jej oczach, ale napróżno szukałem w nich promyka wzajemności; malował się w nich tylko rodzaj nieokreślonej trwogi i osłupienia, który przejmował mnie dreszczem, przechodził granicę pojęć moich. Przed pogardą mogłem się usprawiedliwić, gniew przebłagać, ale na to spojrzenie nie miałem odpowiedzi, nie rozumiałem go.
— Idalio, mówiłem, czy wiesz? co ja cierpieć muszę, wracając znowu do ciebie, i znowu błagając wzajemności? Patrz, duma moja złamana, harde serce moje korzy się i kruszy przed tobą. Cierpienie przeszło miarę sił. Miłości tej nic nie zwalczy, nic przemienić nie zdoła. W twojem ręku jest życie i zbawienie moje. Znasz mnie dość, by wiedzieć, że nie mówię słów próżnych.
— Więc czego chcesz odemnie? Edwardzie, spytała w końca rozbitym głosem.
— Czego? Chcę serca, które mojem było i mojem zostało, chcę słowa twego i życia, chcę ciebie, Idalio!
— A ona, a ta włoska dziewczyna, co z nią zrobisz? pytała dalej, tymże samym głosem, jakby nić wiążąca słowa z sercem, zerwaną była.
— Ta włoska dziewczyna? powtórzyłem zdziwiony, bo zapomniałem prawie, że Lauretta istnieje.
Ona była tak niczem dla mnie, że nie rozumiałem zrazu, jakim sposobem jej imię pomiędzy nami wymówionem być może.
— Co z nią zrobisz, pytała dalej Idalia.
Spuściłem głowę.
— Jam jej nie kochał nigdy i chwili jednej, wyrzekłem. Usta moje przeniewierzyć ci się mogły, Idalio, ale nie serce, nigdy serce! Rozpacz zawiodła mnie na zgubna drogi i rządziła szaleńcem, rozpacz włożyła w rękę moję rękę Lauretty.
Słuchała mnie spokojnie; gdy klęcząc przed nią rozpłomieniony, spowiadałem najskrytsze zakąty serca.
A jednak kochała mnie zawsze, czułem to naprzekor jej słowom.
— A te wszystkie kobiety, któreś kochał i rzucał? pytała dalej niemiłosiernie.
— Kochałem ciebie jednę, Idalio. Czyż mnie nie możesz zrozumieć?
— Nie, nie mogę, odparła cicho, chciałabym a nie mogę.
Załamałem ręce z rozpaczą.
— Więc pomyśl, żem nie wart, żem niegodzien ciebie, rzekłem po chwili; ale cię kocham, Idalio, ale żyć bez ciebie nie mogę!
— Kochasz mnie, powtórzyła, kochasz mnie i ją kochasz.
W jej głosie był cichy, beznadziejny spokój. Mogłem mówić długo, bez końca, dla niej słowa moje nie miały już znaczenia, nie mogły trafić do serca; struna wiary, ufności, niepowrotnie potarganą była. Dłonie moje zacisnęły się konwulsyjnie. Jam sam tę strunę potargał i zerwał, na cóż skarżyć się mogłem?
— A ty, zawołałem znowu, powiedz czy zapomniałaś przeszłości? czy bezemnie możesz znaleźć szczęście?
— Szczęście, wyrzekła zwolna ze zdziwieniem w głosie; jakby mówiła o rzeczy nieznanej, szczęście? I cichy uśmiech męczeństwa zarysował się na jej bladych ustach!
— Więc ty także zapomnieć mnie nie możesz! mówiłem, chwytając jej zimne dłonie i cisnąc je w moich gwałtownie.
Ale nie oddała mi uścisku; ręce jej były jak lód nieroztopiony, a jednak nie mogłem oderwać się od niej. To nie wola, to nie gniew i zawiść opierały się miłości mojej, ale tajemnicza, rządząca nią potęga, której sama była pierwszą ofiarą.
Patrzyła na mnie smutno, łagodnie, ale jak na obcego człowieka.
— Idalio, wyrzekłem, ty i ja nie możemy zapomnieć; kochamy się dla szczęścia lub nieszczęścia życia, kochamy się, bo nie możemy serc naszych przemienić. Pocóż tak strasznie cierpieć mamy i żyć w męce, rozłamaniu i tęsknocie? Powiedz, czego żądasz odemnie, naznacz mi próby i pokuty; ja serce moje wyspowiadam przed tobą. Czego żądasz? mów, rozkaż!
— Edwardzie, wyrzekła po długiej chwili, jakby badała siebie. Jabym chciała módz wierzyć, módz żądać czegośkolwiek na świecie. Ale wszystko wyczerpało się we mnie, ja niczego już nawet pragnąć nie mogę.
Mówiła prawdę. Słowa te zdawały się ją męczyć, wyczerpywać jej słabe siły. Czoło jej bladło i okrywało się zimnym potem.
W rozpaczy spoglądałem na nią, szukając słowa coby ją zbudzić mogło i wlać wolę do życia.
— Więc dobrze, rzekłem nieprzytomnie prawie, jestem winien wszystkiemu, przyjmuję odpowiedzialność za wszystko. Ale czyż nie możesz przebaczyć? czyż czyste, anielskie serce twoje nie zna miłosierdzia?
— Przebaczyć? powtórzyła, Bóg widzi, że niema w myśli mojej przeciwko tobie goryczy ni żalu; oddawna już przebaczyłam ci, modliłam się za ciebie, za szczęście twoje.
— Więc serce i myśl twoja przebaczyły mi, pochwyciłem, a miłość twoja czyż nieubłaganą zostanie? Patrz, złamany, zwyciężony, żebrzę litości twojej. Kochaj mnie.
Patrzyła długo, smutno, litośnie na czoło moje zorane przedwczesnemi zmarszczkami, na oczy świecące gorączką.
— Jabym chciała, szepnęła cicho, ale nie mogę. Edwardzie, ja szczęście twoje okupiłabym zbawieniem własnem. Bóg widzi, że nie liczę się z cierpieniem, nie dbam o siebie, chciałabym znowu kochać ciebie jak kiedyś, bogdaj cierpieć jak dawniej; ale to nie jest już w mocy mojej. Czemuż pomiędzy tobą a mną stają te obce postacie. One jak cienie, zawsze są, zawsze będą między nami.
— To fałsz, Idalio, to zdrada i podstęp postawiły je między nami. Ja nie mam prawa, nie chcę, nic mogę ci nic wyrzucać; ale czemuż wyjechałaś tak nagle, czemu zostawiłaś mi te zabójcze słowa, a na list mój żadnej nie dałaś odpowiedzi?
— Na twój list? ja nie odebrałam żadnego.
— Więc jedna zbrodnia więcej ciąży na tych co nas rozdzielili. Bóg widzi, oskarżono mnie fałszywie; przypadek tylko sprowadził do mnie tę kobietę. A ty potępiłaś mnie nie wysłuchawszy. Dzisiaj ty powinnaś mi przebaczyć.
Słuchała mnie znowu z tem dziwnem przerażeniem w oczach.
— I to prawda? prawda Edwardzie? pytała.
— Prawda, przysięgam na miłość moję.
— Na twoję miłość!... I wstrząsnęła głową ze zwątpieniem nieuleczonem.
— Nie możesz mi uwierzyć? pytałem chwytając jej ręce i patrząc w oczy. Czyż i cierpienie moje jest igraszką i kłamstwem?
Długo nie odpowiadała mi nic, aż w końcu zwolna odwróciła głowę szepcząc imię Lauretty.
— Lauretta! zawołałem doprowadzony do ostateczności, przeklętą niech będzie godzina w której ją ujrzałem!
Zdawało mi się, że cichy jęk ozwał się w powietrzu; alem na to nie zważał. W tej chwili dla mnie na całym świecie była jedna tylko Idalia.
Ona siedziała ciągle w jednakiej postawie, wpół martwa, wpół zamyślona, patrząca na mnie szalejącego trwożnem i litośnem okiem.
— Nie przeklinaj nikogo, wyrzekła zwolna, kładąc mi rękę na ustach.
— Ty możesz nieprzeklinać, pochwyciłem gwałtownie; alboż wiesz co to jest szaleństwo, alboż wiesz co to jest rozpacz? Miłość twoja była sielanką wiośnianą, ale nie płomieniem i gromem. Chłodna, sprawiedliwa, nieubłagana, co możesz mieć wspólnego z namiętnością człowieka, któremu ziemia osuwa się z pod stóp. który skona u nóg twych, jeśli się nie dasz przebłagać?
I ponurem okiem mierzyłem przestrzeń pomiędzy szczytem Koloseum a ziemią, mierzyłem sterczące mury rozwalonych arkad, o które głowę roztrzaskać chciałem.
Nie wiem czy Idalia zrozumiała mnie, czy zdolną była odgadnąć myśli, podobne myślom potępieńców, które wirowały w mózgu moim, gdy stałem przy niej bielszy od jej sukni, konwulsyjną ręką szarpiąc bluszcze pnące się po złomach muru.
Scena ta nie miała wyjścia, czułem to i nie mogłem znieść jej dłużej.
— Idalio, rzekłem po długiem milczeniu, głosem, który silił się na spokojność, a drżał na ustach moich i ledwie wychodził z piersi ściśniętej, — Idalio, ty wiesz, że nigdy nie mówię słów próżnych: ja podobnego życia nie przeniosę dłużej. Czekam na wyrok mój.
— Edwardzie, odparła zwolna, więc czegoż chcesz odemnie?
— Ciebie, Idalio, ciebie i tylko ciebie, a jeśli kiedy pożałujesz chwili w której zawierzysz mi życie, to niewart będę tego prochu który depcesz nogami.
Uśmiechnęła się z jakimś nieokreślonym wyrazem niedowierzania, nieufności.
— Dobrze więc, wyrzekła siląc się powstać i wspierając się na ramieniu mojem, nie będę przeciw tobie bronić tej resztki życia. Rządź mną według woli twojej; tylko Edwardzie, nie mów mi o przyszłości, nie żądaj więcej niż ci dać mogę. Jestem zaledwie echem i cieniem dawnej istoty.
Miała słuszność. Wspierała się na mnie, ale nie czułem prawie ciężaru jej ciała; oddawała mi życie bez sprzeczki, bez radości, ni żalu, jak rzecz niewartą obrony. Oczy jej nie zatrzymały się na mnie z dawnym wyrazem, ale smutne, nieujęte błądziły po przestrzeni, jakby szukając odpoczynku.
Zwolna wiodłem ją po szerokim szczycie Koloseum, nie jak kochanek zdobytą kochankę, ale jak ofiarę przemocy. Nie pytała się nawet gdziem ją prowadził; było w niej rozłamanie dziwne pomiędzy myślą a rzeczywistością. Duch jej co chwila uciekał od ziemi spłoszony; nić wiążąca go z ciałem, była coraz bardziej wytężoną, za pierwszem wzruszeniem, pęknąć mogła. Idalia nie wydawała się chorą, tylko na wpół umarłą: duch nie mógł pogodzić się z ciałem i opuszczał je.
Czułem to, i z nieokreśloną trwogą w sercu; tknięty strasznem przeczuciem, prowadziłem ją wokoło szczytu Koloseum bo nie miałem odwagi wrócić z nią na ziemię do ludzi. Bądź jak bądź, odnalazłem ją, zdobyłem znowu; pod ciepłem miłości mojej mogła wrócić do życia, mogła odzyskać szczęście i ufność. Jam wierzył że tego cudu dokazać potrafię, bo w tej chwili kochałem ją bez dumy i szału, a miłość moja przeszedłszy przez próby ognia, stała się czystą i jej godną, w chwili właśnie gdy potępiały mnie pozory i fakta, w chwili w której słusznie zwątpić o mnie mogła.
Milczeliśmy oboje, bo jakież słowo mogło sprostać uczuciom? Zapomnieliśmy o reszcie świata, ale świat nie zapomniał o nas.
Słońce poczynało chylić się do zachodu i lekki chłód wieczorny czuć się dawał, gdy na płaszczyźnie muru, obok naszych przedłużonych cieni, zarysował się cień trzeci. Podniosłem oczy: przy nas stał Herakliusz z ciepłym szalem na ręku; niespokojny snadź o księżniczkę, przychodził po nią.
Na widok tego człowieka, którego obwiniałem w duchu o wszystko złe przecierpiane i spełnione, krew uderzyła mi gwałtownie do twarzy. Spojrzałem na Idalią: była spokojną; na jej twarzy błąkał się ten sam cierpliwy, zaświatowy uśmiech. Herakliusz, równie jak i ja, był dla niej zaledwie wspomnieniem.
Od czasu jak ją tu zobaczyłem, myśl nawet jakiegobądź związku między niemi, nie przeszła mi już przez głowę; zapomniałem zupełnie o plotkach i domysłach świata, o tej rozmowie posłyszanej przypadkiem, która tak przeważnie wpłynęła na szaleństwo moje. Widok hrabiego przywiódł mi to wszystko na pamięć, a on, zobaczywszy mnie, cofnął się o kroków kilka jak przed widmem; twarz jego pogodna, dumna, zwycięzka nieledwie, przeszła przez wszystkie fazy niepokoju, gniewu i nienawiści. W tej chwili nie strzegł uczuć swoich, niespodzianość spotkania zaskoczyła go znienacka i odsłoniła wszystko brudne i mętne w tej twarzy, ukrywane pod maską pogody. Wyraz jej był ohydny. Oczy przeszywały mnie skośnem wejrzeniem, wązkie wargi, przycięte aż do krwi, wypowiadać się zdawały niemym wyrazem całą nienawiść jego, a chytre zmarszczki nagromadzone w koło powiek świadczyły, że nienawiść ta nie cofnie się przed niczem, że do celów swoich użyje każdego środka, choćby i najpodlejszego. Takim przeczuwałem hrabiego Herakliusza, takim po raz pierwszy ukazał mi się wówczas.
Widocznie nienawiść ta nie była bez przyczyny. Ten człowiek nic nie robił daremnie; musiałem krzyżować wszystkie jego plany. Próżno stawałem zawsze przed nim z odkrytą twarzą i piersią: on obrachować mnie nie mógł: stałem wyżej od niego o całą siłę uczuć moich, uczuć i pojęć nieznanych jemu. I znalazłem się na jego drodze, w chwili właśnie gdy wierzył żem był przy Laurecie, żem wraz z nią utonął w wirze karnawału.
Nie powitaliśmy się ukłonem nawet, ale jak dwaj nieprzyjaciele mierzyliśmy się krwawem okiem.
W końcu on pierwszy zbliżył się do nas i przemówił.
— Idalio, wyrzekł stłumionym głosem, niby nie zważając na mnie, późno już, chłodno; podaj mi rękę, chodź ztąd.
W głosie jego był rodzaj panowania, przemawiał do niej jak do dziecka. Idalia, zabłąkana myślą w przestworzach nieskończoności, była znać zupełnie bierną w życiu powszedniem; straciwszy ster swego istnienia, dała powodować sobą bez oporu. Dla niej już wszystko na świecie było obojętnem.
Ja nie puściłem jej ręki.
— Idalio, mówił dalej Herakliusz drżącym głosem, co znaczy przy tobie obecność pana Edwarda?
Nie zwracał do mnie mowy, nie chciał czy nie śmiał; imię moje nawet wymówił z wahaniem. Chciał podać jej ramię, chciał jej coś poszepnąć, nachylił się ku niej; ale Idalia, nie tracąc spokojnej powagi, odsunęła się i rzekła cichym, stanowczym głosem:
— Od tej chwili Edward jest narzeczonym moim.
Herakliusz stanął jak wryty. Po raz pierwszy boleść, boleść prawdziwa wyryła się na jego twarzy. Strącony ze szczytu nadziei swoich tem jednem słowem, nie miał już potrzeby, woli czy siły grać komedyi i zresztą na cóżby się to przydało? Nie miał już żadnej możności rozdzielenia nas. Odrzucił więc maskę jako niepotrzebną i z odkrytą twarzą stanął do walki.
— To być nie może, zawołał, topiąc w niej swe blade źrenice, to być nie może!
Idalia spoglądała na niego, nie pojmując cierpienia wyraźnego w twarzy i głosie. Nie badała nigdy tego człowieka, nie przypuszczała w nim tajemnic.
— Dlaczego to być nie może? zapytała spokojnie. On obraził mnie jednę; wolno mi zapomnieć i wrócić do przeszłości.
— To być nie może! powtórzył hrabia, blednąc i wspierając się ręką na rozłamie muru, jakby mu siły zbrakło. Idalio, ty tego nie możesz uczynić!..
— Dlaczego? spytała znowu z tymże samym automatycznym spokojem.
— To być nie może! pochwycił gwałtownie. Póki ja żyję, to nie będzie nigdy!
Księżniczka spoglądała na niego, zdziwiona tym wybuchem; jam milczał, czekając aż w chwili ślepego gniewu odkryje się lepiej jeszcze. Ludzie podobni rzadko tracą panowanie nad sobą, lecz wyjątkowo tracą je zupełnie; natura mści się w jednej chwili za lata zadawanego gwałtu.
— Czyż darmo lata całe czuwałem nad tobą, strzegłem cię, kochałem od kolebki prawie? I ty sądzisz że ja cię oddam w ręce jego spokojnie. Nigdy! nigdy!
Słowa te były wyraźne dla mnie, ale Idalia nie zrozumiała ich jeszcze, tylko w gniewnem ściągnięciu brwi, jego, w wyrazie twarzy przeczuwała coś złego. Cofała się od niego.
Herakliusz zapominał się coraz bardziej, jak gdyby myślą zgłębiał ogrom upadku swego.
— I ty sądzisz, powtórzył zbliżając się znów do niej, że dziś zbędziesz mnie tak jednem słowem.
Wyraz jego był groźnym prawie.
Idalia zbladła, patrząc w twarz jego.
— Byłeś zawsze dobrym dla mnie, wyrzekła w końcu; ja wierzę że zostaniesz nim zawsze.
— Mylisz się, zawołał hrabia z nieopisaną goryczą. Nie byłem dobrym nigdy. Kochałem cię!..
I zakrył twarz rękoma: to słowo wyrwało mu się gwałtem, boleśnie.
— Kochałeś mnie, powtórzyła Idalia wzruszona, kochałeś mnie i kochasz jak córkę...
Nie pojmowała znaczenia słów jego.
— Kochałem cię miłością, Idalio! Czyż nie możesz nawet zrozumieć tego? zawołał z wściekłością.
— Nie mów tak, nie mów, szepnęła trwożliwie odwracając oczy od niego, jakby nie chciała widzieć i słyszeć nic więcej.
Ale hrabia nie zdołał powstrzymać słów swoich.
— Kochałem cię, mówił dalej gwałtownie, od dnia w którym oddano mi cię w opiekę piękną, nieskalaną, żałobną. Od dnia tego stałaś się namiętnością moją. Ale byłem cierpliwym, oddawałem sobie sprawiedliwość, wiedziałem że taką jaką byłaś, pokochać mnie nie mogłaś, czekałem... Czekałem aż przyjdą boleści, zawody, aż zrażona życiem i światem, zwrócisz się do mnie i ocenisz wartość wiernego serca. I ty sądzisz żem czekał daremnie? Czy wiesz co działo się we mnie gdym ujrzał przy tobie Edwarda? czy wiesz jakie piekło katuszy ukrywał mój uśmiech w Maniowie? I ty sądzisz żem darmo tak cierpiał? Świat dzisiaj łączy nazwiska nasze i ma słuszność, to było celem mego życia. Świat dzisiaj zowie cię narzeczoną moją, czy wiesz o tem? Pamiętaj że choćbym miał go zabić, ty musisz być moją!
Mógł mówić długo i w bezsilnej wściekłości otwierać nam męty swego serca. Idalia nie była zdolną go usłyszeć. Słowa jego odejmowały jej wszystko to, na czem dotąd wspierała życie. Ostatnia nić wiary pękła w jej duchu, gdy zrozumiała jakiego człowieka i jakiego uczucia stała się ofiarą, gdy zrozumiała w końcu tę miłość i zdradę oplątującą ją jak brudna pajęczyna; którą tak niespodzianie zniweczyło przypadkowe spotkanie nasze.
Wyznanie jego było dla mnie tryumfem, a jednak spojrzawszy na Idalią, nie mogłem się niem cieszyć. Oczy jej przybrały znowu ten wyraz przerażenia, jakby wszystko na świecie wydawało jej się fałszem i zdradą. Rumieniec krwisty wybiegł na jej lice; jej dziewicza duma cierpiała, że tak nikczemnie kochaną być mogła. Wyznanie jego raziło ją jak hańba; ze wstrętem i trwogą spoglądała na niego szeroko roztwartemi oczami.
— Idalio, zawołałem, odgadując jej wrażenia, nie patrz tak, nie trwóż się życiem, nie oglądaj za siebie. Patrz w serce moje, na którem wesprzeć się możesz.
Ale nie zdołałem nawet zwrócić jej uwagi, odwołać myśli biegnących drogą swoją. Może wówczas pojmowała wyrządzoną mi krzywdę i długie pasmo zdrad i fałszów, któremi Herakliusz nas rozdzielił, uwidomiło się w jej pamięci. Mimo to jednak nie zwróciła się do mnie; serce jej zawiedzione, rozdarte, nie mogło się uspokoić. Blada, wpółmartwa, pogrążona w strasznej zadumie, ciążyła coraz bardziej na ramieniu mojem, jak ciało bez życia.
Hrabia zaślepiony namiętnością, nie widział sinych cieni łamiących się na jej twarzy, nie zrozumiał wyrazu jej spojrzenia. Sądził może że marna groźba jego wywołała jej przestrach. Ta nikczemna miłość jaką jedynie zdolny był uczuć, nie rozwidniła pojęć jego, nie rozszerzyła horyzontu myśli. On mógł kochać jej piękność tylko, bo tej jednej dosięgał miarą swoją. Jej duch, jej serce były dla niego tajemnicze, zaledwie domyślał się ich istnienia.
— Idalio, mówił nie odbierając odpowiedzi, nie naigrawaj się ze mnie. Znałaś mnie dotąd pokornym uległym; dziś lękaj się gniewu mego, lękaj się zemsty!..
Chciał zbliżyć się do niej, alem ja stanął między niemi; jedną ręką wspierając Idalią, drugą zasłoniłem ją od dotknięcia jego, jak od jadowitego gadu.
— Czy nie widzisz pan, wyrzekłem, że księżniczka nie zdoła cię usłyszeć. Kogo chcesz przestraszyć groźbami swemi? Ja się ich nie ulęknę i gotów jestem zawsze i wszędzie odpowiedzieć na nie.
Te ostatnie słowa wymówiłem tak, by Idalia ich nie dosłyszała. Nie dowierzałem jej zamyśleniu, lękałem się jakiembądź uczuciem wstrząsnąć znowu jej duszę zbolałą.
— Idalio, szepnąłem, nachylając się jej do ucha prawie, Idalio! nie lękaj się niczego; jesteś ze mną, z pod mojej opieki nikt cię wydrzeć nie potrafi.
— Jak tu straszno! wyrzekła, oglądając się w koło z dreszczem trwogi, jak tu straszno!
I przymknęła oczy, jakby przed rzeczywistością uciec chciała.
— Idalio moja! wołałem, cisnąc do ust jej zimne dłonie.
— Ja już niczyja, Edwardzie, odparła otwierając mdlejące powieki i spoglądając na mnie i na Herakliusza z grobowym spokojem.
Próżno łudzić się chciałem: w jej głosie; w jej oczach, w jej słowach czytałem straszną przepowiednię.
Z kolei nachyliłem się do hrabiego, który blady, z zaciśniętemi usty, stał o kilka kroków.
— Patrz, zabiłeś ją! szepnąłem w rozpaczy.
Wyraz piekielnej zemsty zabłysnął w jego oczach.
— Ona nie będzie twoją! zasyczał.
Może w tej chwili chciał żebym wybuchnął, kiedy śmiał drażnić mnie i urągać słowem podobnem. Czułem się zdolnym w proch go zetrzeć. Alem zapanował nad sobą; rachunek nasz zostawiłem na później. Gdziekolwiek on będzie, zemsta moja go nie minie. Ten człowiek do mnie należy; ale teraz jam należał do Idalii. Chwiejąca się zaniosłem prawie do powozu, który czekał na nią, i od tej chwili rozpocząłem walkę rozpaczną z widmem śmierci, które mi ją wydrzeć usiłuje.
Czyż zdala od tego człowieka, co był złym duchem jej młodości, nie zdołam wrócić jej wiary i woli do życia? Czyż serce jej nie potrafi już ulubić ziemi, na której chcę jej stworzyć raj rozkoszy? Czyż siły jej są już niepowrotnie stargane? To być nie może bym ją utracił. A jednak gdy spoglądam na jej białe czoło, na lice bez krwi, zdaje mi się że tulę w objęciu martwe ciało tylko. Gdy spotkam wzrok jej pogodny i smutny jak niebo, czuję że ta istota do niego należy.
To nie ona sama, Albino, leży na balkonie w białej szacie, otoczona kwiatami; to serce moje kona z nią razem niepowrotnie; to przyszłość moja cała, to zbawienie rozgrywa się wraz z jej życiem. Ja nie wiem już czem jestem, czem być mogę bez niej, szaleńcem czy potępionym, ale już nie człowiekiem.
W każdym razie napisałem do Jana, wezwałem go tutaj. Godzina walki pomiędzy mną a Herakliuszem nadejść musi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.