<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1934
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLIX.

Na drugi dzień przyjechałem do domu. W Warszawie nie widziałem się z żadnym z moich dawnych kolegów po fachu. Bez słowa przywitania z bratem, a nawet z siostrami, przystąpiłem do załatwienia sprawy. Brat przeraził się nie na żarty, kiedy zobaczył mnie znów w domu i ujrzał w moich rękach papiery, które rzuciłem na stół.
— Jakie wykręty teraz znajdziesz, braciszku? Wpierw tłumaczyłeś się, że nie możesz mi nic dać, bo mojego adwokata masz na karku. Ciekaw jestem, co teraz powiesz.
Brat nie odpowiedział nic, tylko skierował swoje kroki ku drzwiom. Zastąpiłem mu energicznie drogę. Bratowa momentalnie znalazła się między nami.
Nie wiem sam, dlaczego wówczas, gdy zobaczyłem brata bladego ze strachu przed sobą, obudziła się we mnie taka litość dla niego, że momentalnie odstąpiłem i wybiegłem na podwórko. Tu spotkałem się oko w oko z siostrami, które nie wiedziały jeszcze nic o mojem przybyciu. Przelękły się niemniej niż brat, jednakże przywitały się ze mną bez wahania; młodsza nawet mnie pocałowała. Teraz już byłem zupełnie rozbrojony. Gorycz, żal i złość, które przywiozłem ze sobą, znikły zupełnie na widok siostrzyczek, które kochałem nad życie.
Dzień cały jak obłąkany wałęsałem się nad Narwią; dopiero wieczorem wróciłem do domu. Brat, bratowa i siostry, a także stary przyjaciel ojca, który dowiedział się o mojem przybyciu, byli teraz bardzo zaniepokojeni o mnie. Poznałem odrazu, że zaszła tu jakaś zmiana w stosunku do mnie. Domyśliłem się, że przyjaciel ojca wpłynął widocznie na brata, by inaczej ze mną postępował.
Wszedłem bez słowa do kuchni i tam usiadłem. Było to w piątek wieczorem. Bratowa i siostry prosiły, abym wszedł do jadalnego pokoju i zasiadł do stołu, gdyż wszyscy czekają na mnie z jedzeniem. Nie chciałem ich słuchać i na nalegania i płacz siostry mruknąłem:
— Proszę mi tu podać. Taki gość jak ja może i w kuchni jeść.
— No, chodź do stołu, nie jestem taki zły, jak myślisz. Siadaj teraz, a po sobocie pomówimy.
Nic nie odpowiedziałem. Podniosłem się, chcąc znów opuścić mieszkanie; ale siostry zastąpiły mi drogę i znów usiadłem. Widząc mój upór, podali mi jedzenie do kuchni.
Brat z rodzeństwem zjedli w milczeniu, poczem zaraz położyłem się spać. O śnie jednak nie myślałem wcale. Kiedy już byłem przekonany, że wszyscy śpią, usiadłem na posłaniu. Ach, jakże czarne myśli zaczęły mnie wtenczas gnębić! Czułem się zbyt słaby, by nie poddawać się tym myślom. Wokoło mnie było zupełnie ciemno. Cierpiąc straszne męki, bezradny i smutny, płonący zemstą stokrotnie silniej niż poprzednio, zeszedłem ze swego posłania, sam nie wiedząc poco. Czułem tylko, że chcę i muszę czegoś dokonać. Nóż kuchenny leżący w kuchni sugestjonował mój1 wzrok. Po chwili jakby ktoś (włożył mi go do rąk. Stałem niezdecydowany pośrodku kuchni, wpatrzony w drzwi prowadzące do sypialnego pokoju brata. Myśl natrętna jak bagnet wpijała się w mózg: Okradnij brata, gdy przeszkodzą ci tu w robocie, sam wiesz jak się załatwić... Zabierz biżuterję i pieniądze i zmykaj w świat! Brat zasłużył na to. I tak musisz powrócić do dawnego życia. W takiem położeniu, w jakiem jesteś, długo nie wytrzymasz. Czyż ci nie jest obojętne, kiedy nastąpi to, co nastąpić musi? Poco i naco szukać „roboty“, kiedy masz ją teraz pod samym nosem? W komodzie leży forsa w dolarach i biżuteria, która została po twojej matce i ojcu. Masz zupełne prawo zabrać to sobie...
Wtem zrozumiałem wszystko i poczułem wstręt do samego siebie. Ległem znów na posłaniu, noża jednak nie wypuszczałem z rąk. Straszna myśl nie opuszczała mnie; po chwili znów wzięła górę tak, że zerwałem się z łóżka i jak wąż prześlizgnąłem się do pokoju brata.
Stanąłem tuż przy jego łóżku. W pokoju paliła się nocna lampka, która rzucała cienie na twarze śpiących. Brat chrapał ciężko, a jego muskularna ręka zwisała z posłania. Bratowa chrapała również, wysunąwszy jedną nogę z pod pierzyny. Dobiegły mnie też z drugiego pokoju równe oddechy śpiących sióstr. Drzwi prowadzące do ich pokoju były otwarte. Stałem tak dłuższą chwilę, namyślając się, czy pieniądze leżą, jak przypuszczałem, w komodzie, czy też brat trzyma je u siebie pod poduszką. Nie wątpiłem już teraz, że swego zamiaru dokonam, chodziło tylko o to, od czego zacząć. Gdy tak stałem niezdecydowany, brat poruszył się i ułożył naw znak z rękoma na piersiach, jak dziecko. Ręka, w której trzymałem nóż, bezwiednie mi zadrżała tak, że nóż upadł na dywan. Przed oczyma widziałem teraz jak żywych ojca i matkę. Brat był zupełnie podobny do ojca. Zdawało mi się teraz, że tam śpi mój ojciec. Ukląkłem przy łóżku i przyglądałem mu się uważnie. Wyrzuty sumienia przypłynęły znowu. Brat poruszył się niespokojnie i powoli odwrócił się do ściany. Nie myślałem już więcej o występku. Przeszedłem do pokoju sióstr. Młodsza leżała twarzą zwrócona ku mnie, ale spała. Serce biło mi ze wzruszenia jak młotem. Wydawało mi się, że piersi mi rozpiera i tamuje oddech.
Trzeba było się śpieszyć i raz nareszcie wprowadzić myśl w czyn. Czułem, że czegoś oryginalnego dokonać muszę. Ukląkłem i nieznacznie ucałowałem siostry, bojąc się, aby się nie zbudziły. Młodsza drgnęła nerwowo pod wpływem mego pożegnalnego pocałunku. Wzrok mój zatrzymał się dłużej na starszej, jakbym chciał zapamiętać sobie jej szlachetne rysy, przeczuwając instynktownie, że już jej więcej nigdy nie zobaczę.
Zerwałem się nerwowo z podłogi i pocichutko odemknąłem drzwi od sieni. Tam w szafie ze starą odzieżą ledwie znalazłem moje stare mokotowskie ubranie. Włożyłem je prędko na siebie, jakby mnie ktoś poganiał, poczem ułożyłem ubranie brata na stole. Nie zapomniałem też nakreślić kilku słów pożegnania:

Żegnam was na zawsze. Idę skąd przyszedłem. Ja was dobrze rozumiem, ale wy mnie nigdy nie zrozumiecie. Nie chcę już od was nic. Ubranie, które mi dałeś, zostawiam ci i dziękuję za wszystko, co zrobiłeś dla mnie. Ja sobie poradzę w życiu; a jak nie, to w więzieniu dach nad głową i utrzymanie mam zawsze pewne. Ale pamiętaj, abyś sióstr nie krzywdził. Jeżeli się kiedy dowiem, że je skrzywdziłeś, wtedy się policzymy. Pamiętaj zawsze o tem, że przyjechałem do was z innemi myślami, a odjeżdżam z innemi... Nie wspominajcie mnie“.

Położyłem list na ubraniu. Na palcach znów wszedłem do sypialnego pokoju brata. Rzuciłem pożegnalne spojrzę nie na tych najbliższych mi jednak na świecie ludzi i skierowałem się ku drzwiom.
Nagle płacz dziecka brata obudził wszystkich. Będąc już za drzwiami, słyszałem głos bratowej i brata. Nie zatrzymałem się jednak, lecz tylnemi uliczkami zmierzałem prosto do szosy prowadzącej w kierunku Łomży.
Północ już dawno minęła. Pianie kogutów dobiegało do moich uszu i to dodawało mi odwagi w tym marszu śród ciemnej nocy. Szedłem smutny i zamyślony, sam nie wiedziałem dokąd idę. Rozmyślałem, ile to razy jeździłem i kroczyłem tą drogą szczęśliwy, stokrotnie szczęśliwszy niż teraz. Dziś idę tą drogą jako człowiek wzgardzony przez wszystkich, obdarty, bez widoków lepszego jutra. Pustki w duszy, pustki w kieszeni. Błąkam się, szukając oparcia w życiu, by zostać tem, co ludzie zwą człowiekiem uczciwym. Ja nie jestem uczciwy, dlatego też nic nie mam i nie mogę znaleźć na tym wolnym świecie ludzi, którzyby mnie przygarnęli do siebie. Dlaczego jestem taki nieszczęśliwy? — myślałem. Przecież całą duszą nie chcę iść tą drogą, na którą mnie życie zepchnęło. Patrzyłem na siebie samego jak na zbrodniarza. Lepszy Ja gardził teraz tym drugim Ja, który zawsze był we mnie, który teraz znów wypływał na wierzch. Wiedziałem, że prędzej czy później ów drugi Ja zwycięży pierwszego. Czy nie każdy człowiek jest materjałem na przestępcę i zależny jest tylko od warunków swego istnienia? Przypominam sobie niedawno przeczytany ustęp książki znanej powieściopisarki Zofji Nałkowskiej „Ściany świata“, która mówi:
„Odkąd zaczęłam bywać w więżeniu, odtąd i świat ludzi wolnych wydaje mi się już inny. Patrzę na nich pod kątem więzienia, w płaszczyźnie możliwego przestępstwa i tak często wydają mi się podobni do zbrodniarzy.
Niekiedy, widząc kogoś w rozpaczy, w smutku bez wyjścia — myślę o tem, co mu grozi. Bo wiem teraz tak dobrze, co będzie, jeśli tego nie wytrzyma, jeśli temu czemuś nieznanemu w sobie — ulegnie.
Ze strachem też patrzę na ubogich, na głodnych, na takich, co w złem, podarłem ubraniu chodzą w mróz po ulicy. Ci są tak blisko, ci są o jeden krok od tego, pochylają się już nad krawędzią. Ci, którym u drzwi kuchennych mówi się, że nic niema, że wszystkie stare ubrania są już rozdane. Co ich trzyma, co ich jeszcze ratuje? I czy może tak być długo?
Przecież ci wszyscy w więzieniu to także ludzie, których tam czasami coś zupełnie nieznacznego wepchnęło, o których zadecydowała jakaś jedna chwila.
Doprawdy — często patrzę na ludzi jako na materjał do zbrodni. Jak ich ostrzec, jak ich od tego odgrodzić?“
Słowa tej genjalnej polskiej pisarki powinny być wyryte złotemi głoskami w każdym sądzie, aby panowie sędziowie mieli możność przypomnieć sobie, że i skazańcy należą do ludzi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.