<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1934
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXVIII

Niema nic wiecznego na świecie; i moja kara skończyła się. Nastąpił piękny słoneczny poranek 25 sierpnia. Nadszedł dzień wolności, dzień na który czekałem lata całe, dzień, który powinien był być dniem radości. Jednak niestety tak nie było.
Więzień po długoletnim pobycie w murach więziennych przestaje odczuwać radość. W piersi jego wysycha źródło nadziei na lepsze jutro. Staje się obojętny na wszystko, odnosi się nieufnie do owej wolności. Przyjmuje wszystko jako przeznaczenie, po którem niczego nadzwyczajnego nie oczekuje.
Słowo „wolność“, które przez cały czas odsiadywania kary jest dlań wszystkiem najdroższem na świecie, w ostatniej chwili, gdy już ma tę wolność odzyskać, staje się bańką mydlaną, i niczem więcej. Dopiero teraz doznaje rozczarowania i pustki w sercu, że czekał daremnie. Wolność odzyskana staje się teraz nowem więzieniem, gorszem od tego, które go zwalniało.
Tu przynajmniej ma jaki taki dach nad głową, otrzymuje regularnie pożywienie, a na wolności?... Kto go przyjmie do siebie i da mu strawę? Co może począć ze sobą człowiek, który nie ma na świecie innych opiekunów prócz policji, i dachu nad głową prócz więzienia?
Więzień, którego społeczeństwo mianuje recydywistą, przyjmuje wolność jak dopust Boży. Wie on zgóry, że jakkolwiek postąpi na wolności, wszystko będzie się składało na to, by go wepchnąć do więzienia zpowrotem. Wie on, że los zepchnął go w otchłań wyrzutków społeczeństwa, omotał go pajęczyną pogardy i potępienia i nikt na wolności nie poda mu ręki. Wychodzi na wolność z uczuciem buntu, z pragnieniem zemsty na tych, którzy wepchnęli go do murów więziennych. Rozumie i wie doskonale, że na tej wolności długo popasać nie będzie; to też nie zachwyca go ona wcale, gdyż wie, że będzie musiał ją nanowo pożegnać.
Ja tak samo pragnąłem tej wolności, a jednocześnie obawiałem się jej. Odwykiem od jarmarku życia i ludzi. Zdejmował mnie lęk przed nieznaną przyszłością, poprostu przed ludźmi.
Byłem też przygnębiony dziwnym snem, jaki mi się śnił tej nocy.
Śniło mi się, że przełażę przez kraty mojej celi wprost na ulicę. Najpierw przesadzam głowę, później ręce, następnie resztę ciała. Ulica jest przepełniona tłumem odświętnie ubranych ludzi. Skoczna muzyka gra z całych sił, a tańczące pary kręcą się wokoło mnie, śmiejąc się i krzycząc w niezrozumiałym dla mnie języku. Stoję w więziennem ubraniu i drżę z zimna. Każdy, kogo chcę powitać, oddala się ze wstrętem ode mnie, uciekając jak od trędowatego. Biegam za nimi wołając, że jestem głodny, błagając o kawałek chleba. Ale nikt nade mną się nie lituje. Kilku ludzi z tłumu zbliża się do mnie, wymachuje mi przed nosem grubą kiełbasą i chlebem i naigrywa się ze mnie. Zmęczony i wyczerpany ledwie mogę dowlec się do bramy więziennej. Tam natychmiast przyjmują mnie zpowrotem.
Wstałem tego dnia bardziej przybity smutkiem, niż wtedy, kiedy zamknięto mnie w więzieniu. Towarzysze niedoli żegnali mnie życząc, abym nigdy więcej nie wrócił do tych murów i naturalnie, abym dobrze „zarabiał“.
Gdy wszyscy wyszli do pracy, biegałem po celi jak szalony, nie mogąc doczekać się, aby mnie już zabrano do przebrania. Wreszcie przed samym obiadem zawołano mnie do magazynu, gdzie otrzymałem worek z mojem ubraniem. — Wysypałem zawartość worka i zrobiło mi się ciemno w oczach. Ubranie było zupełnie białe, podziurawione i zjedzone przez mole. Gospodarz kopnął moją garderobę i zawołał:
— Marsz do gmachu, musicie poczekać, ja dla was z patronatu zapotrzebuję ubranie.
— Jakto, — próbowałem protestować, — ja miałem dobry granatowy garnitur, nie przyjmę patronackich łachów.
Gospodarz pchnął mnie w kierunku gmachu, mówiąc:
— Psia twoja mać, nie myśl, że już jesteś wolny. Zanim wyjdziesz za bramę, tak ci mordę zbiję, że mnie popamiętasz!
Próbowałem się teraz hardo postawić, jednakże po namyślę dałem spokój, wiedząc z doświadczenia, że póki jeszcze jestem tutaj, naprawdę mogą ze mną zrobić, co im się podoba.
Zostałem znów zaprowadzony do gmachu, a po drodze nie żałowałem pochlebnych uwag pod adresem administracji, za co też trzymano mnie do godziny trzeciej w celi pojedyńczej.
Patronat nad więźniami był dla mnie bardzo łaskaw. Przysłał mi ubranie najnowszej mody paryskiej: a więc frak, dosłownie frak od jakiegoś zbankrutowanego mecenasa, który ofiarował go na ten cel; koloru fraka mimo najszczerszych chęci nie potrafiłbym określić, gdyż był już nicowany na trzecią stronę. Rękawy były jakby wydziobane przez wrony, a zamiast guzików, wpięte były weń dwie agrafki. Posiadacz tego oryginalnego fraka musiał go odziedziczyć po pradziadku, który zapewne paradował w nim jeszcze za czasów Napoleona I. Spodnie sztuczkowe zapewne pamiętały króla Jana Sobieskiego. Jednem słowem, gdy przebrano mnie w więzienną bieliznę, którą mi podarowano, we frak, spodnie, spleśniały melonik, o którym także hojny patronat nie zapomniał i drewniane trepy, — także dar więzienny, — wyglądałem zachwycająco. Sam siebie nie poznałem. Więc też nic dziwnego, że gdy stanąłem w kancelarji więziennej, panowie urzędnicy i urzędniczki boki zrywali ze śmiechu, patrząc na mnie.
Tak oto miałem więc wstąpić w nowe życie, po kilkuletniem więzieniu zostać uczciwym człowiekiem. Zjawił się też mój przyjaciel, stary dozorca Szper... Oczywiście jemu wypadło palnąć mi kazanie i w upomnieniu na nową drogę życia, cisnąć garść grochu o ścianę. Gdy ceremonja ta została zakończona, odezwałem się do niego nie bez ironji:
— Panie starszy, no, kogo teraz kasztan wywiezie z Mokotowa? Pan nie dotrzymał słowa, za parę minut będę wolny. Uważaj pan, aby pana nie spotkało to, co pan mnie wróżył.
— Przyjdziecie tu zpowrotem, — odparł pewny siebie. — Kasztan na was tu czeka.
I zaśmiał się szyderczo.
— Zobaczymy, — zawołałem, — kogo kasztan wpierw stąd wyciągnie.
— Zobaczymy, — powtórzył i odwrócił się, rzucając urągliwe spojrzenia w moją stronę.
Słowa jego spełniły się, o czem w trzecim tomie czytelnik się dowie.
Wyszedłem z tego przeklętego grobowca jak pijany. Wolność, a potem jakby we śnie widok drzew i kwiatów sprawiły, że doznałem zawrotu głowy. Jakiś policjant przeciął mi drogę, co wziąłem za niedobrą wróżbę dla siebie. Przyglądając się to sobie, to przechodniom, pojąłem wówczas jak nędznie wyglądam wobec tych ludzi. Stanąłem, nie wiedząc dokąd skierować swoje kroki. Wstydziłem się zrobić krok naprzód, patrząc, jak ludzie mnie obserwują. O, jakże gorzka jest wolność dla człowieka, który nie wie, dokąd skierować swoje kroki! Świat jest taki piękny, a ja stoję niezdecydowany, ubrany jak warjat, w starych trepach. Wszystko, co posiadam, otrzymałem w drodze łaski, jakby tym moim dobroczyńcom chodziło specjalnie o to, by z mego ubrania ludzie odrazu mogli odgadnąć skąd powracam.
Spoglądałem beznadziejnie na wszystkie strony, oszołomiony hałasem tłumu, dorożek i aut. Po chwili ruszyłem ulicą Rakowiecką do Marszałkowskiej. Głowa pracowała uparcie, rozmyślając o różnych znajomych na bruku warszawskim. Cały mój kapitał zarobiony przez tyle lat w więzieniu, stanowiło 3.223 marki. Więc myślałem sobie: jeśli będę żył oszczędnie i rozsądnie, jak to talmud mówi: „Pas ba mełach tej chał a majim bam suro tyszte“ (chleb ze solą jedz, a wodę z umiarkowaniem pij), mogę istnieć jako człowiek uczciwy zaledwie dwa dni. A co będzie dalej?
Zła myśl pośpieszyła na pomoc. Nie wiesz, co będzie dalej, frajerze? Pójdziesz na ulicę Niską do dawnych koleżków i koleżanek, oni ci zginąć nie dadzą.
Całą duszą czułem wstręt przed udaniem się tam; postanowiłem więc przedewszystkiem zwrócić się do patronatu, aby zamieniono mi moją teatralną garderobę na inne ubranie i dano mi jakąś pracę.
Gdym tak szedł przez Marszałkowską, wybijając takt trepami, wyelegantowani ludzie patrzeli na mnie jakoś dziwnie, ustępując mi z drogi. Wreszcie przywlokłem się do bramy Nr. 74 przy ul. Marszałkowskiej, gdzie mieści się poważna instytucja społeczna — patronat.
Wszedłem na podwórze, rozglądam się dookoła pięknego gmachu i wchodzę na schodki naprzeciw bramy, gdzie na drzwiach czytam napisy:
Od godziny 10-ej do 11-ej dla więźniów.
Od godziny 11-ej do 12*ej dla inwalidów wojennych.
Od godziny 12-ej do 1-ej dla sierót i wdów wojennych.
Od godziny 1-ej do 2-ej i t. d.
Jednem słowem, pomyślałem sobie: taka instytucja społeczna nie da mi zginąć. I z sercem pełnem nadziei ująłem za klamkę drzwi. Były jednak zamknięte.
Wyszedłem na podwórze i stanąłem w bramie. Zbliżył się do mnie tęgi mężczyzna, dozorca tego domu.
— Czego tu szukacie? — zapytał groźnie.
— Do patronatu, proszę pana, chciałem.
— Patronat jest zamknięty i nikogo się nie przyjmuje teraz. Marsz stąd. Cholera z tymi złodziejami, stale ich tu pełno.
A widząc, że się nie ruszam, chwycił za miotłę, która stała w kącie i zawołał:
— Precz stąd, złodzieju jeden, bo policjanta zawołam! Bez słowa protestu, przygnębiony, z żalem do całego świata i ludzi ruszyłem naprzód przed siebie, nie zdając sobie sprawy dokąd. Wtem poczułem czyjąś rękę na ramieniu i obejrzałem się.
— Coś ty za jeden? — wolał policjant groźnie mierząc mnie wzrokiem i odprowadzając mnie na stronę.
Bez słowa podałem mu czerwoną kartkę zwolnienia.
— A poco się wałęsasz po ulicy? — zawołał oddając mi kartkę zpowrotem.
— Nie wałęsam się wcale, — odparłem, — idę sobie poprostu, chyba teraz mam prawo chodzić po chodniku jak każdy.
Policjant obejrzał mój ubiór i roześmiał się tak szczerze, że począłem się śmiać wraz z nim. Po chwili machnął ręką, splunął i oddalił się. Powędrowałem więc znowu bez celu dalej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.