Bankructwo małego Dżeka/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bankructwo małego Dżeka
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1924
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Sprawdziły się słowa Tafta.
Dżek kupił w równych ilościach glansowany papier czerwony, żółty, zielony, niebieski i czarny. I po trzech dniach nie miał już ani jednego czerwonego papieru. Ktoś powiedział, że czerwony papier się najmniej brudzi, i uwierzyli. A właśnie czarnego, na którym naprawdę nie znać plam z atramentu, nie wzięli ani jednego arkusza. Nie pomogło, że Dżek na samym wierzchu kładł żółty. Nie pomogły tłumaczenia. Przeciwnie nawet, i jeszcze gorzej było.
— Ja wiem, — powiedziała pierwsza Ella, — dlatego mówisz, że zielony lepszy: bo masz dużo.
— Nie mówię, że lepszy, — bronił się Dżek, — tylko taki sam.
— Więc jak taki sam, to daj czerwony.
Mister Taft zgodził się zamienić, — i kiedy zobaczyli, że czerwonego znów jest dużo, kupowali teraz rozmaite.
Ella zna sposób okładania kajetów, że nie trzeba we środku rozcinać, tylko się podwija, — i nauczyła, jak to się robi. Kto bogatszy, okładał wszystkie kajety. Byli tacy, którzy jeden kajet obłożyli w glansowany, a resztę w szary.
I dopiero pani się dowiedziała.
— Co za dziwy, — mówi pani. — Dżon ma obłożony zeszyt. I nawet porządnie napisał.
Bo kto obłożył kajet, ten się potem więcej starał. Nawet niektórzy umyślnie kupowali nowy, chociaż w starym mieli jeszcze kilka kartek czystych.
— Mam wydać na cukierki, to wolę mieć porządne kajety.
Dopiero powiedzieli pani, że jest już kooperatywa.
Dżek otworzył szafę.
Wyszedł z ławki, a wszyscy ucichli. Sięga do kieszeni. Już jest zupełnie cicho. Dżekowi lekko drży ręka, więc nie może odrazu trafić kluczykiem. Jest tak cicho, że pani aż się obejrzała. No i Dżek otworzył szafę.
Ładnie wyglądało. Wyżej książki, równo ułożone, jak w prawdziwej księgarni; nie ułożone, bo stoją, a każda ma przyklejoną kartkę z numerem. A na dolnej półce — ko-o-pe-ra-ty-wa!. Trzy kupki kajetów, obok papier: na dole szary, na górze glansowany. Obok pudełko drewniane od cygar: tam są ołówki, obok papierowe białe pudełko, tam farby. I małe pudełko od papierosów, ale ze szklaną pokrywką: tam leżą scyzoryki. Aż zabłysły, jak je Dżek wyjmował.
Papierowe pudełko dał mister Taft, pudło od cygar przyniósł Pitt, a pudełko ze szklanym wierzchem dał Harry Passon. W tem pudełku trzymał Harry motyla. Bo Harry ma zbiory przyrodnicze: ma zielnik, morskie muszle, różne motyle i robaczki zatrute eterem i nasadzone na szpilki. Harry ma także gwiazdę morską i kawałek bursztynu, w którym jest zaklejona przedpotopowa mucha. Przed potopem bursztyn był żywicą, i na tej żywicy usiadła mucha — i się zupełnie wkleiła. A potem to skamieniało i mucha już zostanie tam wiecznie. A jak bursztyn potrzeć o rękaw, małe kawałki papieru skaczą do bursztynu i tak na nim wiszą. Bo w nim jest elektryczność. Bo bursztyn jest przedpotopowy.
Harry ogromnie szanował swoje zbiory, przynosił do szkoły tylko wtedy, kiedy pani kazała. No i jeżeli on dał pudełko, a motyla przeniósł gdzieindziej, to znaczy, że szanuje Dżeka.
— Widzę, — powiedziała pani, — żeście się już zupełnie zagospodarowali. Zobaczymy teraz, czy siódmy oddział lepiej poprowadzi kooperatywę, czy wy.
Dżek był zadowolony, że pani zwraca się do całej klasy, nietylko do niego.
Znów było bardzo cicho, kiedy pani przeglądała rachunki.
— Bardzo dobrze, — powiedziała pani. — Czy wszyscy widzieli, jak się zapisuje?
Nie, nie widzieli.
Więc pani przepisała na tablicy jedną stronicę; a to tak wyglądało.

Kupiłem:    Sprzedałem:
We wtorek 12 arkuszy W środę 3 arkusze
W czwartek 7 arkuszy
W piątek 12» W piątek 2 arkusze
(zamieniłem 6 arkuszy
żółtego i 6 czarnego na
12 czerwonego).
W sobotę 4
W poniedz. 1 arkusz
We wtorek 1
Dopiero w sobotę Nelly poradziła, żeby nie pisać za każdym razem »arkusze«, tylko pod spodem dwa przecinki, bo znaczy, że to samo. Był też kłopot, że na górze było napisane »kupiłem«, a Dżek nie kupił, tylko zamienił. Nelly poradziła, żeby pod spodem napisać i wziąć w nawias. Nelly tak gdzieś widziała, a Dżek się zgodził, chociaż nie wiedział, czy można; ale innej rady nie było.

Ale pani powiedziała, że dobrze.
Najładniej było, kiedy Dżek powiedział, że można policzyć, ile powinno być w szafie czerwonych arkuszy i że można sprawdzić. Pani razem z klasą policzyła, i powiedzieli:
— Powinno być jeszcze sześć.
Dżek wyjął z szafy papier. Wszyscy patrzą i czekają. Dżek wie, że jest dobrze, ale się strasznie boi. Bo co powie, jeżeli nie będzie? Już nawet żałował, ale tylko na małą chwileczkę. Ale potem znów pomyślał, że nie szkodzi. Jeżeli mógł się omylić Horton z siódmego oddziału, to i on z Nelly mogą się pomylić.
— Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć.
Odetchnął z ulgą. Klasie też się bardzo podobało. Ktoś nawet chciał jeszcze. Ale pani powiedziała, że teraz nie lekcja arytmetyki i że trzeba wybrać komisję rewizyjną.
Przez całą godzinę wszyscy się bardzo dobrze sprawowali, nikt nie dokazywał. Może chcieli pokazać, że są naprawdę już starszym oddziałem, a może myśleli, że ich wybiorą do komisji rewizyjnej, choć co to jest — nawet Dżek nie wiedział.
Dżek był bardzo uważny, bo postanowił, że będzie myślał o kooperatywie tylko na pauzach, żeby mu pani znów nie powiedziała, że myśli o migdałach. Pewnie wcale niema niebieskich migdałów na świecie, więc się dlatego tak mówi.
Ale pod koniec lekcji już nie mógł — i zaczął nie uważać. Dużo różnych myśli przyszło mu do głowy.
Więc:
— Coby to było, gdyby zgubił pieniądze? Przychodzi do domu i niema portmonetki. Och, jak strasznie się trzeba pilnować.
I przypomniał sobie Dżek, że raz naprawdę zgubił centa. Było to dawno. I było co innego: to był własny cent, a nie Pennella i całej klasy.
Potem przyszło mu na myśl:
— Za jakie pieniądze powinien kupować, jeżeli coś potrzebne? Naprzykład kajet, gdzie zapisane, co kupił i co sprzedał, i taki sam kajet na brudno, gdzie sam wpisywał.
Bo Dżek miał dwie kontrole. Co włożył do szafy i co wydawał, zaraz zapisywał na brudno, a potem dopiero Nelly przepisywała.
To dziwne, że się pani nawet nie zapytała, kto mu pomaga. Może źle zrobił, że sam nie powiedział, bo wygląda, że niby tylko Dżek otrzymał pochwałę, że bardzo dobrze. Nelly nie będzie się gniewała, ale innej mogło być przykro, że pani nie wie, że to ona.
Dzwonek. I Dżek teraz dopiero widzi, że jest w klasie, że się lekcja skończyła, że przy nim siedzi Peell, że pani stoi i coś mówi. Pewnie pani coś na jutro zadała, a on nie wie. Dał sobie słowo, że będzie uważał, i nie udało mu się.
Fil powiedziałby napewno:
— Psia kość słoniowa.
Bo zawsze tak mówi, jak jest niezadowolony.
Na pauzie Dżek zauważył, że Nelly jest jakaś smutna. Nelly nigdy nie bywa zanadto wesoła. No — dziewczynki, rozumie się, mniej dokazują, niż chłopcy, chyba taka Betty, ale ona jedna. Ale Nelly była naprawdę smutna: stoi przy oknie i tak jakoś patrzy.
Dżek musi się dowiedzieć, bo jak nie, to może zaraz wejść do kancelarji i powiedzieć, że wszystko pisze Nelly. Nawet woźny powiedział:
— Ocho, widzę, że się zbogaciłeś: wziąłeś sobie sekretarkę. Ile też jej płacisz?
Woźny nawet poradził, jak ma ułożyć wszystko w szafie i codzień się pytał, czy Dżek dużo utargował. Oddawał mu też do schowania zostawione przez gapy i niedbalców — pióra i ołówki, bo przychodzili do niego dawniej i zawracali mu głowę.
Dżek stanął niedaleko Nelly i czeka, aż go zauważy.
A potem:
— Czy nie wiesz, co pani zadała na jutro, bo nie słyszałem?
— Pani kazała przepisać dalej i podkreślić czasowniki. Może jeszcze coś, bo nie uważałam tak bardzo.
Nie, Nelly ma inne zmartwienie.
— Może jutro nawet nie przyjdę do szkoły, — mówi Nelly jakby do siebie.
— Dlaczego? — pyta się Dżek. — Czy kaszlesz?
— Ja nie kaszlę, ale tatuś jest bardzo chory.
I łzy ma w oczach.
Dżekowi było bardzo smutno, więc nic nie powiedział, tylko stoi. Aż dopiero dolatuje Adams i z całej siły uderza go w plecy.
Ach, jak czasem trudno się nie bić. Bo masz zmartwienie, a tu cię ktoś nagle zaczepi. I żeby tylko to, ale nie: odepchniesz go albo powiesz, żeby poszedł; gdzież tam, dalej zaczyna. Uderzył, no to uderzył: dziury nie zrobił, zaboli i przestanie. Ale on kontent, że cię rozgniewał, śmieje się i dalej zaczyna.
— Idź sobie, — mówi Dżek.
— A ty mi każesz? — mówi Adams.
Dżek bał się, że się jeszcze Nelly będzie czepiał, więc już nic nie mówi.
— Coś taki dumny? Chcesz się gonić?
— No, uciekaj, — mówi Dżek.
Ale ani myśli się z nim bawić. Tylko odszedł od Nelly i stanął przy ścianie. Doszedł do niego Iim.
— Dżek, coś ci powiem. Czarli rozpuszcza plotki, że jesteś dumny, że wcale nie można z tobą teraz mówić. Namawiał Harry, żeby ci odebrał pudełko. »Poco masz temu zarozumialcowi pomagać?« — mówił. Ja dopiero na niego: »Skąd wiesz, że dumny, kto ci to powiedział?« — Na mnie możesz liczyć. Jak będzie trzeba, to się nawet za ciebie pobiję. Ale się jego pilnuj. On, Sanders i Adams — to jedna paczka.
— No, a co Harry powiedział?
— A bo ich Harry nie zna? Sanders zły, żeś mu nie chciał dać na kredyt.
— Przecież mu dałem.
— No i co, oddał?
— Jeszcze nie.
— A ja ci mówię, że nie odda. Mnie winien cztery centy już więcej, niż rok. Od Stanleya pożyczył, od Gilla, od Smitha, od dziewczynek pożycza. Jeszcze coś o nim wiem, tylko nie chcę mówić.
I Dżek wie, że wszystko prawda. Bo Iim lubi się wtrącać, to prawda, ale ani nie kłamie, ani plotek nie robi. Tylko jak widzi niesprawiedliwość, mówi zaraz.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.