<<< Dane tekstu >>>
Autor Zdzisław Kamiński
Tytuł Dla dobra ludu
Pochodzenie W królestwie nocy
Nowele górnika
Wydawca Księgarnia Polska B. Połonieckiego; E. Wende i Sp.
Data wyd. 1907
Druk Drukarnia Słowa Polskiego
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
DLA DOBRA LUDU



Karwicki objął dzierżawę kopalni węgla brunatnego w Horsku nie dla tego, ażeby zrobić na eksploatacyi w krótkim czasie znaczny majątek, bo pokłady były wązkie, kopalnia zaniedbaną, wymagającą ogromnego nakładu pracy i wielkiej oszczędności w administracyi. Karwicki miał inny cel na oku, ofiarowując i ryzykując na tą dzierżawę skromny swój kapitalik. Cała okolica, w której znajdowała się kopalnia, miała nad wszelki wyraz ubogą glebę: piasek, żwir i opoka, na której owsy się nawet rodzić nie chciały. Przeludnienie było ogromne, lud był ciemny i biedny, o zarobek niezmiernie trudno. Była to jedna z tych okolic w naszym kraju, które w ostatnich czasach dostarczały najwięcej materyału emigracyi w ludziach, szukających na obcej ziemi lepszej doli.
Dać temu ludowi źródło zarobku, dać mu chleb powszedni, było to samo, co ocalić go, co zatrzymać na ziemi rodzinnej, którą on tylko z musu, z konieczności, jak ptak swe gniazdo, porzuca. Karwicki miał tę ideę przewodnią, biorąc dzierżawę Horska i w imię tej właśnie idei wziął się żarliwie, gorąco do pracy. Sam był dyrektorem i inżynierem kierującym, sam sztygarem i instruktorem robotników. Ileż to razy chwytał za kilof i jak prosty żeleźnik[1] rąbał twardą skałę, by pouczyć nowo przyjętych, jak należy pracować z pożytkiem. Miał siłę i wytrwałość młodzieńczą i pomimo, że większą część życia nad książką spędził, z piórem w ręku, nie byle kto mógł się z nim mierzyć. Płace górników w kopalni Horsko były więcej niż skromne, i oczywiście nie mogły się równać z zarobkami innych uregulowanych kopalni, gdzie obfitość pokładów tudzież zbyt ustalony wyrobionego węgla pozwalały z łatwością na wymiar znacznego akordu i mimo tego jeszcze napełniały bez zbytnich wysiłków kieszenie licznych akcyonaryuszów. Horsko wymagało pod każdym względem oszczędności. Pokłady były wązkie i głębokie, wskutek czego eksploatacya ogromnie utrudniona i kosztowna. Prócz tego trzeba było czynić rozliczne inwestycye, mieć na oku bezpieczeństwo całego personalu robotniczego, a przy tem pamiętać o przyszłości, odkrywać nowe działy kopalni, szukać nowych pokładów i przygotowywać ich odbudowę. Wszystko to pochłaniało lwią część dochodów, absorbowało kapitał, który ulokowany w ten sposób stawał się co prawda: „posłaniem jutra“, ale na razie żadnych nie przynosił procentów.
Karwicki to wszystko miał na oku, wszystko dobrze rozważył. Ze skrupulatnością buchhaltera zestawiał sam bilanse swej kopalni i śmiał się nieraz serdecznie, kiedy po dokładnem obliczeniu dostawał w rezultacie czysty dochód generalnego dyrektora i kierownika kopalni, równający się płacy zwykłego robotnika. Ale jemu to wystarczało zupełnie, żenić się na razie nie myślał, a kwota, która mu przypadała w udziale, na skromne jego potrzeby i wymagania, aż nadto była wysoką. Zajmowała go natomiast myśl inna: ażeby skromny poziom płac robotniczych podwyższyć co rychlej.
Chcąc przeważną część robotników wyrwać z rąk niesumiennych kramarzy wyzyskiwaczy, założył stowarzyszenie spożywcze, gdzie sprowadzał towary z najwłaściwszego źródła i sam się tem wszystkiem zajmował. A nie łatwe to do spełnienia zadanie, gdy kopalnia liczy przeszło kilkuset robotników. Ale dla energii, dla silnej woli Karwickiego nic zbyt trudnem nie było. Wkrótce stał się prawdziwym ojcem tej całej wielkiej górniczej rodziny. Znał nie tylko każdego swego robotnika, ale znał także jego żonę i dzieci, ich sposób życia, ich wady i zalety. Jak dobry ojciec musiał także surowo karać krnąbrnych i opieszałych w robocie, bo oczywiście wiedział o tem doskonale, że wszelka pobłażliwość pod tym względem, że tak zwana „dobroć fałszywa“, która jest tylko maską braku energii i choroby woli, prędzej czy później skończyć się musi: anarchią, bezrządem, rozkładem, wyzyskiem ze strony tych ludzi chytrych, przebiegłych, tych wilków w owczej skórze, którzy tę pseudo-dobroć dyrektora, będącą w rzeczywistości tylko słabością, z krzywdą tych, co prostą iść zwykli drogą, na swoją korzyść wyeksploatować potrafią. Karwicki nie był nigdy pobłażliwym dla opieszałych w robocie, dla próżniaków i zazwyczaj pijaków, no i w tej sferze naturalnie nie spodziewał się mieć przyjaciół. Ale na resztę, na tę lepszą resztę, liczył zupełnie; wiedział, że tak jak on przylgnął do nich tem gorąco miłującem lud sercem i oni także kochać go muszą, wierzył najzupełniej we wzajemność tych dusz prostych, nieskażonych, i wierzył w to, że oni bądź co bądź musieli zdać sobie z tego sprawę: czego on pragnie, i że on dla nich tego pragnie; musieli z pewnością dojrzeć ten cel, który mu jak gwiazda jasna przewodnia wśród ciężkiej pracy przyświecał.
Karwicki był górnikiem: ciałem i duszą. Wstawał o świcie i przed świtem, zrywał się na pierwszy odgłos sygnałowego dzwonka, który donośnem, szerokiem echem z wieży szybu Jutrzenki“ o wczesnej godzinie wzywał do pracy. Narzucał wtedy kitel czarny, brał laskę z kagankiem i szedł pospiesznym krokiem ku szybowi, ażeby z pośród migocących w około, zdążających ku temu samemu celowi lampek górniczych, które w czasie poranków ciemnych i mglistych zdawały się być rojem gwiazd spadłych na ziemię — najpierw stanąć u mety. Był też prawie zawsze pierwszy na posterunku, t. j. w ordynacyjnej izbie robotniczej szybu, gdzie po wydaniu rozporządzeń wraz z robotnikami klękał do wspólnej modlitwy przed ołtarzykiem szybowym. Karwicki nie czynił tego dla zachowania pozorów, dla przypodobania się ludziom: był szczerze i prawdziwie pobożny i przed rozpoczęciem tej pracy, pełnej grozy, w głębokich podziemiach, gdzie nikt niebezpieczeństwa przewidzieć nie zdoła, polecał się Boskiej Opiece. Często po odmówieniu modlitw sam intonował pieśń: Serdeczna Matko, Opiekunko ludzi — i przy śpiewie tej pieśni zjeżdżał wraz z robotnikami w szybu głębinę. Serdeczna Matko — śpiewał szyb cały. Jak gdyby z jednej potężnej piersi szły z początku rozgłośne tony z gardzieli szybowej, ni to z otworu trąby Archanioła, później stawały się coraz cichsze, coraz bardziej przygłuszone, jak głos tłumiony sordiną, aż do momentu, w którym ostatnie: Szczęśliwy kto się do Matki uciecze — słabem tylko echem wznosiło się ku górze, ku światłu dziennemu, jak ptak mrący, któremu już sił braknie do wzlotu, aż wreszcie słowo ostatnie modlitwy gasło zupełnie, nie wydostało się już z głębiny, wpadając jak perła najdroższa w ocean wiecznej ciemności. Było to znakiem dla dozorującego zjazdu w szybie robotnika Wojciecha Grzeli — że „na dół“ zeszli już wszyscy górnicy. Karwicki w czasie codziennej inspekcyi kopalni starał się zwiedzić wszystkie główniejsze miejsca pracy, by mieć nie tylko dokładny przegląd postępu robót, ale zarazem, by się przekonać, czy znajdują się wszędzie potrzebne zabezpieczenia dla ochrony życia ludzkiego. — Znał górników dobrze, wiedział, że nikt więcej od nich nie lekceważy sobie niebezpieczeństwa, że są z natury fatalistami i wierząc w przeznaczenie, trzymają się wygodnej maksymy: „co ma Bóg dać, to i tak da“. Wiedział, że trzeba czuwać nad nimi często jak nad dziećmi, gdy na oślep lecą w niebezpieczeństwo.
— Mój Ignacy — mówił, spostrzegłszy u jednego ze starszych robotników taką właśnie zupełną nieświadomość wszelkiego niebezpieczeństwa — czy to Ignacy nie widzi, że powała jest usypista, że trzeba ją podstemplować i podeprzeć, bo runie na głowę?
— Eh — przez woli Boga, proszę pana dyrektora, nic się nie stanie.
— A czy Pan Bóg ma także pamiętać o tej pękniętej poręczy? Ignacy chce, żeby ktoś w przepaść wleciał?
— Niechże Pan Bóg uchowa, co też wielmożny pan za myśli dopuszcza?
— To dopuszczam, co się stać łatwo może, bo tylko strzeżonego Bóg strzeże, a Ignacy wie dobrze, że zbytnia ufność w miłosierdziu boskiem jest ciężkim grzechem. Jeżeli do jutra wszystko nie będzie w porządku, to Ignacy zapłaci karę do kasy brackiej.
W innem miejscu zastał robotnika tak zajętego i zacietrzewionego w pracy, że nawet kroków jego nie słyszał.
— Szczęść Boże! — zawołał kilkakrotnie głosem donośnym.
— Szczęść Boże! — odrzekł nareszcie górnik, spuściwszy kilof.
— Cóż to pan Maciej już tak teraz zhardział, że na pozdrowienie nie odpowiada?
Chłop stanął przed nim wyprostowany, śmiejąc się dobrotliwie.
— Trza pracować mocniej, proszę pana dyrektora, bo trudno z familjom wyżyć ze szczupłej pensyi.
— A dużo tam teraz tego drobiazgu u Macieja? Pono znowu był bocian, jak mnie słuchy dochodzą.
— Był, proszę jegomości, ha, no, jak wola boska... jest znowu jeden chłopak więcej, to już razem sześcioro.
— A nie obchodził tam Maciej chrzcin nadto uroczyście?
— Gdzie zaś, trochę się ino, co koniecznie, skropiło.
— No, no, niech Maciej przyjdzie w niedzielę do Zarządu, to się tam może jaka zapomoga znajdzie.
Karwicki nie był gadułą, ale i mrukiem też nie był, znał usposobienie ludu, wiedział, że ciepłe, serdeczne słowo przełożonego, jest mu czasami więcej od chleba i grosza potrzebne. Gdzie należało, był w swych rozkazach stanowczy i kategoryczny.
W czasie przeglądów kopalni spotkał pociąg kolei konnej. Niesumienny, nieludzki woźnica sprzągł razem długi szereg wózków z ciężarem i bił niemiłosiernie konia, który mimo nadmiernego wysiłku pracy tej podołać nie mógł.
— Stój! — krzyknął na woźnicę, który zrozumiał zaraz, o co chodzi, gdy głos dyrektora usłyszał.
— A to Cepiak? To ty się ładnie sprawujesz! — Ty piękny jesteś człowiek, co się tak znęca nad biednem zwierzęciem.
— To tylko ten jeden raz tak było — proszę wybaczyć. To ino dla tego....
— Dlatego, żeby prędzej wywieść to, co do was należy, a potem siedzieć z założonemi rękami przez resztę szychty. Dlatego: niech koń się męczy i niech zdechnie, bo to i tak nie wasz koń — prawda? — Ten raz mi wystarczy. Degraduję Cepiaka do niższej kategoryi. Od jutra idziecie do innej roboty.
Przechodząc obok komory, którą wyprawiano grubymi klocami, spostrzegł, jak jeden z młodych robotników podnosi olbrzymi pień bez użycia przepisanego drążka dźwigarowego. Była to lekkomyślność ogromnie wśród robotników rozpowszechniona, wskutek której wielu z nich cierpiało na przepuklinę.
— Woźniak! jak śmiesz tak sobie lekceważyć przepisy — zawołał gromkim głosem dyrektor.
Woźniak wypuścił z rąk pień, który uderzeniem o ziemię stwierdził ogromny swój ciężar.
— Zapłacisz karę za nieposłuszeństwo, bo was dopiero karą do tego zmuszać trzeba, żebyście pamiętali o swojem życiu i zdrowiu.
Kiedy szedł z pośpiechem przez jeden ze starszych oddziałów kopalni, w oddali wśród absolutnej ciemności zamigotało mu drobne światełko. Poskoczył w tę stronę, ale w tej chwili ktoś, przyłapany na gorącym uczynku palenia tytoniu, zaczął przed nim w ciemności uciekać. Puścił się w pogoń i dogonił go właśnie w chwili, gdy chciał w kąt rzucić niedopalonego papierosa.
— Jędrek! Ty łotrze jeden! — zawołał, chwytając go za kołnierz — czy masz pojęcie o nikczemności, którą popełniasz, narażając na pewną śmierć życie tylu ludzi dla zaspokojenia twego nałogu? Wynoś mi się w tej chwili, tak jak jesteś, i niech noga twoja więcej tu nie postanie, boś ty niegodzien być górnikiem!
Zirytowany do żywego, szedł ku wyjazdowi w szybie i dopiero widok Wojciecha Grzeli, którego bardzo lubił, rozchmurzył jego oblicze.
Grzelę można było polubić. Sprytny, zwinny, przytomny, do każdej roboty chętny. Ogromnie służbisty i skrupulatny w wypełnianiu poruczonych mu obowiązków. Nic dla niego nie było za trudne, żadnej roboty się nie lękał, przed wykonaniem żadnego polecenia nie zawahał, wszystko obmyśleć umiał doskonale swoim prostym chłopskim rozumem. Karwicki znał jego punktualność i przekonawszy się wielokrotnie, że mógł na nim najzupełniej polegać, powierzał mu stanowisko dozorcy, używał do pomiarów kopalnianych, w ogóle Grzela był jego alterego, jego siłą pomocniczą w zawiadywaniu kopalnią, jego ręką prawą.
— I nad czemże to Grzela znowu tak kalkuluje? — rzekł do pilnującego wyjazdu szybowego robotnika, widząc, że Wojciech trze zawzięcie czuprynę płową i dużymi krokami mierzy wnętrze szybu, co u niego było zawsze oznaką wielkiego zamyślenia.
Wojciech zamiast odpowiedzi zaczął się uśmiechać i jeszcze mocniej tarł czuprynę.
— No, śmiało, śmiało, niech i ja wiem: co tam znowu się kombinuje w tej głowie?
— Kiedy bo pan dyrektor może się ze mnie wyśmieje.
— Czy postąpiłem tak kiedy?
— No, nie, ale ja się teraz wziąłem nie do swojej roboty, to jest inżynierska rzecz takie pomysły.
— O cóż chodzi?
— O ten pokład w najniższym poziomie. Ja sobie tak kalkuluję, panie dyrektorze, że jeśli my jeszcze niżej pójdziemy i w tej samej godzinie[2], to my go tam koniecznie znaleść musimy i to już znacznie grubszym, bo on się przecież ku spodowi rozszerza. Tak to widzę wszystko jak na dłoni i szedłbym po niego na pewniaka.
— To Grzela dobrze widzi, bo tak jest w istocie, tak z obliczeń moich wynika i w tym właśnie kierunku w odbudowie tego pokładu widzę przyszłość kopalni.
Wojciech, aż spąsowiał, tak się ucieszył tem wysokiem uznaniem dla swego projektu. Przestępował jednak z nogi na nogę, naciągał palce u rąk, miał minę wielce frasobliwą, słowem zachowaniem swem dawał do poznania, że mu coś ważnego leży na sercu, czego wypowiedzieć nie śmie, choć ma do tego ogromną ochotę.
— Kiedy bo... proszę... pana dyrektora — zaczął wreszcie nieśmiało, patrząc w oczy Karwickiego, — mnie we wszystkiem, co chcę skombinować, tego brakuje, bez czego ani rusz na świecie.
— Wiem, czego ci brakuje: nie umiesz czytać — ale to wy wszyscy cierpicie na tę okropną chorobę, która się analfabetyzmem nazywa, i nie wasza w tem wina, że was tak ojcowie w świat puścili.
— A jabym się tak bardzo chciał nauczyć czytać. Tam tyle cudnych rzeczy, tam całe skarby, tam wszystkie tajemnice i wszystkie odkrycia muszą być w tych grubych księgach, których już tyle, tyle tak mądrzy napisali ludzie. Panie dyrektorze! ja przy służbie nad szybem lub w podszybiu mam w czasie dozoru chwile wolne, kiedy zamiast patrzeć w próżnię i myśleć Bóg wie o czem, mógłbym przeczytać niejedną księgę i niejeden z niej dla siebie, a może i dla drugich, wyciągnąć pożytek... Gdybym ja umiał czytać!
— Więc ja cię będę uczył, Wojciechu.
Grzela nie mógł się powstrzymać w wybuchu wielkiej radości: chwycił dyrektora za rękę i pocałował go, nim mu ją wyrwać zdołał.
— Czem ja się panu za to wywdzięczę? czem wywdzięczę?!
— Tem tylko, że będziesz drugich uczył, że im będziesz to odczytywał, z tem zaznajamiał, co poznania jest warte. Założymy później „Czytelnię“ i w wolnych chwilach, w niedziele i święta, będziecie mieli wspólne ognisko, gdzie się kształcić możecie i gdzie ty Grzela przy tych, które ci Bóg dał, zdolnościach wiele, wiele zdziałać możesz dobrego.
W wolnych od pracy chwilach, których dyrektor miał bardzo nie wiele, uczył się Grzela od niego czytać i pisać. Namozolił się co prawda dosyć Karwicki, nim grubą ciężką rękę Wojciecha przyzwyczaił do pióra, ale za to czytać nauczył się Grzela bardzo prędko, litery połykać się zdawał, wchłaniał zdania całe, tak był spragniony, tak chciwy nauki. Od chwili gdy posiadł sztukę czytania, nie rozłączał się prawie z gazetą i książką. Materyału dostarczał mu po części Karwicki, a prócz tego Grzela sam gdzieś wyszukał sobie różne źródła, z których dostawał książki i gazety.


∗                    ∗

Kopalnia rozwijała się prawidłowo, mimo, że Karwicki z uregulowaniem zbytu horskiego węgla nie mało miał jeszcze kłopotu. Kosztowało go także ogromnie wiele badanie pokładów węgla i przygotowanie przyszłej odbudowy, którą Niemiec tak dobrze terminem: Hofnungsbau nazywa. Cieszyło go to jednak niezmiernie, że ta Hofnungsbau, z takim prowadzona wysiłkiem i nakładem, okazywała znakomite rezultaty i dawała mu istotnie wiele, wcale nie płonnych na przyszłość nadziei. Pokład odkrywany nową poprzecznią w najniższym kontyngencie okazywał grubość znaczną i mógł postawić Horsko w przyszłości w rzędzie najpierwszych kopalń w kraju. — Z rozszerzeniem kopalni miał też Karwicki i pracy znacznie więcej. Większą część dnia spędzał na inspekcyi i pomiarach w kopalni, a wieczorami do późnej godziny płonęła lampa w jego pokoju, gdy siedział nad rajsbretem, lub przy zestawianiu rachunków. Myśl jedna dręczyła go przy tem ustawicznie i nie dawała spokoju. Wiedział, czuł to dobrze, że płace robotników są za małe, że zarobki akordowe za nizkie, ale mimo najszczerszych chęci, mimo licznych utyskiwań z ich strony, nic się na razie w tym kierunku na lepsze zmienić nie dało. Gdyby oni wiedzieli, ile on sobie zostawiał na życie! Wstydziłby się przyznać do tego przed kolegami z akademii, którzy już od dawna mieli dobrze płatne posady kierowników w różnych rentujących się kopalniach, gdzie technicy z fachową wiedzą górniczą bardzo byli poszukiwani. Koledzy nazwaliby go może waryatem gdyby się zwierzył przed nimi ze swoich marzycielskich projektów. Bo on przecież mimo swego zawodu, który na zmyśle praktycznym się opierał, był na wskróś duszą marzycielską. Nieraz, usiadłszy na odłamku skały w bezludnym kątku kopalni, zmęczony długiem chodzeniem, postawiwszy u stóp swoich kaganek i wpatrując się w jego migotliwe światło, dawał folgę tym marzeniom, które rozsnuwał jak złote nici na czarnem tle kopalni, haftując niemi w tej ciszy podziemnej wdzięczne przyszłości obrazy. Widział wtedy Horsko jako olbrzymią, już sławną szeroko w świecie kopalnię, z mnóstwem kominów dymiących i wyrzucających parę maszyn rozlicznych, widział pobudowane wzorowo domy robotnicze, łaźnie, szpitale, wszystko, tak jak by on to urządzić pragnął, gdyby mu na ten cel wystarczały fundusze. Widział liczny zastęp swych robotników w dostatku i dobrym bycie, w porze, gdy po ukończonej szychcie w ogródkach swych przed domkami używają zasłużonego wywczasu. Horsko, skąpane w jasnych promieniach jego marzeń, wydawało mu się ni to olbrzymia falansterya, którą by rajem na ziemi nazwać można. A i siebie także widział wśród tej falansteryi inaczej! Wiecznie przecie tak samotny żyć nie będzie. Ożeni się, będzie miał liczną rodzinę, założy własne ognisko, będzie prowadził dom na stopie dostatniej, bo mu na to wtedy jego znaczne dochody z łatwością pozwolą. Na myśl o żonie zamajaczyła mu przed oczyma znana twarzyczka, którą zawsze widział w takich momentach: błękitnookie dziewczę z buzią różową w otoczeniu jasnych kędziorków. Serce mu zaczyna bić żywiej, bo oto spostrzega teraz siebie, idącego obok ukochanej swej żony przez Horsko. Wszyscy go pozdrawiają, wszyscy witają życzliwie, a on by chciał jej to powiedzieć, że ta kopalnia i ten lud, który on pracą i staraniem przywiódł do dobrobytu i dla kraju ocalił, to jest jego duma i szczęście i że on niczego więcej prócz ziszczenia tych marzeń od Stwórcy nie pragnął.
Usłyszał kroki w oddali, więc powstał szybko, wstydząc się sam przed sobą — za długie trochę far niente. To Grzela, który od czasu, gdy się nauczył czytać i pisać, był jeszcze pożyteczniejszą dla niego siłą, zbliżał się ku niemu z raportem.
Grzela misyę oświecenia i kształcenia robotników wziął sobie widocznie mocno do serca, bo od dłuższego czasu spostrzegał go nieraz Karwicki w otoczeniu licznej rzeszy górników, którym coś czytał, lub z żywą giestykulacyą tłómaczył.
Karwicki cieszył się tem, że jego uczeń tak dzielnie się spisuje, i nie szczędził mu nawet z tego powodu słów pochwały. Jedna tylko rzecz martwiła w ostatnim czasie Karwickiego. — Oto zauważył z przykrością niewymowną pewną, choć tylko bardzo nieznaczną, zmianę, w zachowaniu się robotników wobec niego. Napróżno starał się dociec przyczyny tej zmiany. Był dla nich jak zawsze otwartym, szczerym, sprawiedliwym w postępowaniu, a oni zaczęli mu odpłacać skrytością i nieufnością. Umiał czytać dobrze w duszy ludzkiej, więc i Grzela także wydał mu się jakiś inny niż dotychczas. Rozmyślał nad tem teraz często i oczywiście musiał przypuszczać, że ogół jest z czegoś niezadowolony — ale z czego? Płac nie mieli wysokich, to prawda, ale ci ludzie przecież, nim on się podjął wziąć w dzierżawę porzucone od tylu lat Horsko, albo marli poprostu z głodu, albo szli szukać zarobku po za granicami kraju, albo rzucali ziemię macochę, która ich żywić nie chciała i zebrawszy z trudem grosz ostatni na daleką wędrówkę potrzebny, żegnali na zawsze z krwawiącem się z bólu i tęsknoty sercem rodzinne strony, by za morzem znaleźć już nie lepszą dolę, bo na zdobycie wymarzonego szczęścia wielu z nich sił żywotnych czuło w sobie za mało, — lecz by mieć przynajmniej chleb pewny dla siebie i rodziny.
Taki był stan rzeczy, gdy on objął Horsko. I on ich przecież z tego wydźwignął. On staraniem, pracą gorliwą, przechodzącą czasem siły i odporność ludzkiego organizmu i tym zapałem ogromnym dla tak ukochanej przez siebie sprawy doprowadził do tego, że mogą dalej pozostać na drogiej ziemi ojców, bez której nie ma życia, tylko ból, tęsknota i rozpacz! Więc, jeżeli nie na wdzięczność, to przynajmniej na uznanie, na zrozumienie celu, dla którego pracował, liczyć miał prawo.
Zmiana w usposobieniu robotników dotykała go tem mocniej, że on się zżył z nimi jak z rodziną jedną. Uważał tych maluczkich duchem za dzieci swoje, z któremi łączyło go tyle nici serdecznych. Znał ich wady nie małe, ale i zalety znał wielkie i wiedział, że to jest materyał, z którego najwspanialszy gmach zbudować może człowiek, gdy się do dzieła wziąć umie, gdy ich dla dobrej sprawy zjednać potrafi i gdy pójść za nim zechcą gromadą. Więc bolało go mocno, że się te nici serdeczne z niewiadomej przyczyny naprężać i rwać zaczynają.
Dawniej, gdy zjawiwszy się w pośród nich przed rozpoczęciem szychty o rannej godzinie witał zgromadzonych słowami: Szczęść Boże! — spostrzegał na otaczających go obliczach wyraz uszanowania dla przełożonego, ale i życzliwości zarazem i tej sympatyi, którą się ma dla duszy bratniej i pokrewnej. Dziś uniżoność i czołobitność były większe może niż poprzednio, ale dawny wyraz znikł zupełnie, a natomiast coraz częściej spostrzedz się dawał pewien rodzaj sarkazmu, który najwidoczniejszym był na pełnem inteligencyi obliczu Grzeli.
Czyżby i Grzela także miał mu co do zarzucenia?
Pochylony nad obliczeniami, które co wieczór zestawiał, puścił wodze złym myślom, dręczącym go od dłuższego już czasu. Głowę wsparł na dłoni i zapomniawszy zupełnie o zaczętej robocie siedział, jak posąg nieruchomy. Czuł, że zaczyna go coraz częściej nawiedzać ta hydra stugłowa, ten krab wstrętny, który znienacka zapuszcza ssawki swe zabójcze w serce i duszę człowieka, co najpotężniejszą wolę, najszlachetniejsze zamiary w niwecz obrócić potrafi, a nazywa się — zwątpieniem.
— Przecież ja tu dla nich pracuję, dla nich jedynie wyrzekłem się wszystkiego i oni mnie koniecznie zrozumieć powinni! — powtarzał w duchu.
Z odrętwienia zbudził go niezwykły o tej porze gwar, który aż do jego samotnego na wzgórzu doleciał mieszkania.
Spojrzał przez okno i zauważył, że gospoda „Pod kilofem“, w której zbierali się górnicy, była rzęsiście oświetlona, gwar więc i krzyki stamtąd pochodzić musiały.
— Czemuż to oni jeszcze do tak późna i taką gromadą ucztują? — myślał — prawda, dziś po wypłacie, na zarobki się narzeka, ale dla szynkarza zawsze się jeszcze dosyć grosza znajdzie.
Pokiwał smutnie głową i wziął się na nowo do czekającej go pracy.


∗                    ∗

Tymczasem w gospodzie „pod kilofem“ działy się ciekawe rzeczy.
Na ławie obok szynkwasu stał Grzela z jakąś gazetą w ręku i czytał głosem donośnym. Nietylko cała izba była tak szczelnie górnikami nabita, że się ruszyć nie było można i że szynkarz ani części obsłużyć nie był w stanie, ale i po za obrębem gospody stało mnóstwo górników i przez otwarte okna słuchało mowy Grzeli, przerywając ją często okrzykami i potakiwaniami. Stentorowy głos Grzeli, którym akcentował każde słowo dobitnie, słychać było bardzo daleko. Grzela snać reasumował dłuższą przemowę:

Towarzysze!

Jeżeli porównacie teraz zarobki, które pobierają górnicy, pracujący w kopalniach niemieckich, francuskich, angielskich i amerykańskich, z temi płacami, jakie my tu dostajemy, to się wam dopiero przedstawi ta ogromna krzywda nasza. Tam robotnik niejeden więcej przez dzień zarobi niż my tu przez tydzień, bo nasza płaca to nie jest zarobek godny górnika i jego ciężkiej pracy bez światła Bożego i z ciągłem narażeniem życia. To nie jest płaca, to jest nędza!
— Prawda, dobrze gada — odezwały się liczne głosy.
— Z takiej pensyi ledwie wyżyć można — dorzucił któryś.
— Górą Wojtek! — wołali podnieceni wódką.
— Dajcie mu tam arendarzu na przepłukanie gardła — wystąpił ktoś z propozycyą.
Grzela skinął ręką, by się uciszyli, i mówił dalej:
— A jeśli wam zestawię obecne ich zarobki z tem, co mieli przed laty, to dopiero poznacie różnicę. I oni dawniej brali mało co więcej niż my teraz bierzemy, ale oni umieli sobie poradzić, bo na wszystko jest sposób, tylko trzeba się umieć wziąć do tego dobrze. A wiecie, jak się nazywa ten sposób?
Wśród zasłuchanych zapanowała przez chwilę zupełna cisza.
— Strajk!! — zawołał Grzela.
Słowo to, rzucone w tłum, zaczęło się powtarzać, rosnąć, olbrzymieć, przeszyło jak błyskawica setki głów rozpalonych i wstrząsnęło niemi jak huragan.
— Strajk — Strajk — Strajk — podawano sobie z ust do ust.
Nikt z otoczenia zrazu nie zauważył, że Ignacy, który przez cały czas mowy Grzeli przeczącym giestem ręki dawał do poznania, że się z jej treścią nie zgadza, wyskoczył na drugą ławę i chciał przemówić. Dopiero kilkakrotne:
— Bójcie się Boga ludzie! — Opamiętajcie się! — przyciszyło gwar na chwilę.
— Bójcie się Boga, ludzie, co wy też robić chcecie?! Czy was rozum opuścił? — mówił Ignacy, trzęsąc rękami. — Jakże można tę naszą biedną kopalnię porównać z kopalniami w Anglii i Ameryce? Przecież on nam tego płacić nie może, co oni tam dają, bo sam nic nie ma, sam jest chudziak.
— A ty skąd wiesz, że nic niema? Siedzisz w jego kieszeni? czy co? — zainterpelował go wypędzony Jędrek, który, chociaż już w służbie nie był, wlókł się zawsze za górnikami.
— Gdzie widzicie na nim te bogactwa?
— Czy to nie może dać do kasy?
— Albo dla zamydlenia oczu kupić sobie gdzie indziej dobra, na Węgrzech lub w Szwajcaryi?
— Ja wam mówię, że to lis i kutwa, z pewnością dobrze siedzi na pieniądzach, uciułanych z waszej krwawicy — syknął znów Jędrzej.
— Ty tak mówisz, bo masz złość na niego, że cię ze służby nagnał — wmieszał się do dyskursu Maciej, a ja mówię, że to człowiek godny, zacny, jakich mało na świecie i że on dobrze, z serca dla nas chce.
— Gadacie Macieju, boście wzięli kilka razy zapomogę i to wam tak gębę miodem zalepiło.
— Dobry, godny człowiek — powtarzał Maciej.
— Dobry, dobry, jaki mi ta dobry! — odezwał się już pijany Cepiak. — Za lada głupstwo — zaraz: kara! Koń trochę więcej wózków pociągnął, zaraz! „płać karę“, bo u niego zwierzę ważniejsze niż człowiek?
— A ja może sprawiedliwie zapłacił?! — krzyczał Woźniak. — Dla tego, żem przy dźwiganiu kloca mógł dostać ruptury. Dyabli mu do mojej ruptury! Dostanę to moja rzecz, a jemu zasię do tego!
— A nie „zasię“, bo jest człowiek uczciwy i pamięta o ludziach. Zresztą karę ściąga nie dla siebie, tylko dla nas, do kasy brackiej — argumentował Maciej.
— Co tu gadać! moja krzywda z wszystkich największa — zawołał Jędrek.
— Czym mu kopalnię podpalił, czy co, żeby mnie jak psa zaraz wyganiał?! — Ja wam mówię ludzie strajk! — to jedyna na takich panków rada.
W gospodzie się zaroiło jak w ulu. Zaczęto zbierać głosy, kto jest za strajkiem, a kto przeciw, i okazało się, że większość decydowała się nie wrócić do roboty, dopóki nie podwyższą znacznie płacy dziennej i akordowej. Najbardziej czynnym w organizowaniu całego strajku był Grzela. Kiedy się tak uwijał wśród górników, zbierając głosy, przystąpił do niego nagle Maciej i wstrząsnął nim mocno.
— Wojciechu i ty także przeciwko niemu? On tak cię lubi, odznacza, tyle zrobił dla ciebie!
— Lubi? bo wie, że za takie psie pieniądze, takiego, jak ja nie dostanie dozorcy — bo gdzie indziej takiemu, jak ja dozorcy pięć razy tyle płacą — odrzekł z sarkazmem Grzela.
Była już czwarta rano, gdy został większością głosów uchwalony strajk, od którego pod przysięgą nikt się wyłączać nie śmiał.


∗                    ∗

Kiedy Karwicki o zwykłej godzinie wyszedł ze swego mieszkania z kagankiem w ręce, zdziwiło go mocno, że nie dostrzega, jak zwykle, dokoła mnóstwa ruchliwych płomyków, które o tej porze z wszystkich stron zdążały ku szybowi.
Sądząc, że wstał za wcześnie, spojrzał na zegarek: minęła piąta. Dlaczegoż nie słyszał dzisiaj sygnałowego dzwonka z wieży? Spojrzał ku szybowi: okna „Jutrzenki“ były zupełnie ciemne. Cóż to ma znaczyć? Jakieś złe przeczucie ścisnęło mu serce.
Ranek był mglisty, jesienny, więc przypuszczał, że to gruby opar tak mu światła zakrywa, i szedł dalej pospiesznym krokiem.
Przed szybem stanął, jak wryty, nie zdając sobie sprawy z tego, co się stać mogło. Drzwi od szybu były zamknięte. Budynek stał czarny, bezludny. Poskoczył do wejścia, gdy wtem kaganek jego rozświecił cały zbity tłum, z którego przygłuszony pomruk dochodził.
— Co to?! co to ma znaczyć? — zawołał. — Dlaczegoście tu stanęli? Czemu nie idziecie do izby ordynacyjnej?
— Nie pójdziemy do roboty — odezwały się głosy.
— Nie pójdziecie?! dlaczego? co się stało?
— My chcemy podwyższenia płac i zarobków — rzekł Grzela, występując przed tłum górników — i jeśli tego nie osiągniemy, rozpoczynamy strajk.
Karwicki osłupiał. Przez chwilę zbierał myśli, zdawało mu się, że śni.
— Wy chcecie podwyższenia płacy?! zawołał po chwili, zdając sobie sprawę z tego, co zaszło. — I to ty? ty, Grzela, występujesz z takiem żądaniem?! Ależ ja tego zrobić nie mogę teraz! — w żaden sposób nie mogę! Zechciejcież mi ludzie uwierzyć, że ja tylko waszego dobra pragnę, ja chciałem wam dać zarobek, chciałem was utrzymać przy tej ziemi i dlatego jąłem się pracy, która czasem siły moje przechodzi. Ty, Grzela, powinieneś to był pierwszy zrozumieć i na ciebie liczyłem najwięcej. Ja nie żądam od was wdzięczności, chcę tylko zrozumienia waszego własnego interesu. Nie idźcie za głosem bezrozumnych podżegali, zaklinam was: wróćcie do pracy, a da Bóg będzie z czasem lepiej, kiedy tę konieczną kryzis przetrwamy, którą kopalnia nasza przejść musi. No, Grzela — mówił już głosem miękkim i łagodnym, stań teraz przed nimi i tak jakeś do strajku nakłonił zaprowadź wszystkich pierwszy do pracy. — Ufajcie mi i wierzcie, że ja sam o was pamiętać będę, bom was pokochał jak dzieci własne! — dokończył, czując, że wzruszenie ściska mu gardło.
Ale ze zbitego tłumu nikt się nie ruszył. Usłyszał tylko głuchy pomruk — protestu. Wtedy krew młoda zakipiała w żyłach Karwickiego i uderzyła mu falą do głowy. Na usta cisnęły się słowa:
— To gińcie marnie! — ale tych słów nie wypowiedział. Bez pożegnania odwrócił się od tłumu i szedł wolnym krokiem ku swemu mieszkaniu. W oczach miał wyraz beznadziejnego smutku, jak człowiek patrzący na gmach swoich marzeń zwalony w gruzy, z których nikt go już dźwignąć nie zdoła.
Migotliwe światło jego kaganka, ginące w mgle porannej w miarę oddalania się Karwickiego, zdawało się być gasnącą gwiazdą „Jutrzenki“.


∗                    ∗

Od dłuższego czasu stoi szyb Horsko opuszczony, z powybijanemi przez wiatr szybami. Mimo licznych starań właścicieli nikt dotychczas nie chciał się podjąć dzierżawy takiej kopalni.
W pośród ludu kręcą się ajenci, znajdując łatwych klientów dla różnych transportowych przedsiębiorstw, wywożących emigrantów za morze.
Karwicki otrzymał za granicą świetną posadę dyrektora rozległej kopalni.










  1. Nazwa górnika pracującego kilofem.
  2. Oznaczenie podziałki na kompasie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zdzisław Kamiński.