Dolina trwogi/Rozdział VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Conan Doyle
Tytuł Dolina trwogi
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze "Rój"
Data wydania 1928
Druk Druk. "Praca" F. Bogucki
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Valley of Fear
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rządy terroru
ROZDZIAŁ VIII.
Człowiek.

Było to czwartego lutego roku 1875. Zima była ostra i w wąwozach gór Filmerton leżał głęboki śnieg. Stalowy pług oczyścił jednak tor kolejowy i pociąg wieczorny, łączący długi szereg osad przy kopalniach węgla i hutach żelaznych, wlókł się, chrapiąc po stromej pochyłości, która rozciąga się między Stagville na równinie i Vernissa, głównym miastem leżącym u wejścia do doliny Vernissy. Od miejsca tego tor wiedzie ku dołowi do Barton’s Crossing, Helmdale i czysto rolniczych okolic Mertonu. Był to tor pojedyńczy, ale przy każdem odgałęzieniu jego — a było ich wiele — długie szeregi wagonów z węglem i rudą żelazną świadczyły o ukrytych bogactwach, które sprowadziły ludność roboczą i ożywiony ruch w ten najbardziej zagęszczony kawałek Stanów Zjednoczonych.
Gdyż był, zaiste, opuszczony. Pierwszy wędrowiec, który tu zaglądnął nie przypuszczał zapewne, że najpiękniejsze prerje i najbujniejsze łąki nie miały żadnej wartości w porównaniu z tym ponurym krajem o czarnych urwiskach i gęstych lasach. Ponad ciemnymi i często trudnymi do przebycia borami na stokach gór, widniały dumne, nagie, wierzchołki skał, pokryte śniegiem i poszarpane turnie, piętrzące się po obu stronach długiej, krętej, o nieregularnym przebiegu, doliny. Przez dolinę tę wlókł się mały pociąg.
W pasażerskim wagonie na przodzie, w długim, nędznym wozie, w którym siedziało dwadzieścia lub trzydzieści osób, zapalono właśnie lampy naftowe.
Osobami temi byli przeważnie robotnicy, wracający z całodziennej pracy w niżej położonych częściach doliny. Przynajmniej tuzin z nich, sądząc z pobrudzonych twarzy i lampek bezpieczeństwa, było górnikami. Siedzieli razem, paląc, rozmawiając półgłosem i spoglądając od czasu do czasu na dwóch ludzi w drugim kącie wagonu, których mundur i odznaki zdradzały policjantów. Kilka kobiet z klasy robotniczej i jeden czy dwóch podróżnych, którzy mogli być drobnymi kupcami, stanowili resztę towarzystwa, wyjąwszy młodego mężczyznę, siedzącego osobno. Mężczyzną tym mamy się właśnie zająć. Przypatrzcie się mu dobrze, gdyż zasługuje na to.
Jest to młody człowiek, o świeżej twarzy, w średnim wieku, wyglądający na lat około trzydzieści. Ma wielkie, bystre, wesołe, szare oczy, którymi mruga od czasu do czasu, przyglądając się badawczo przez okulary siedzącym obok niego ludziom. Łatwo zrozumieć, że ma usposobienie towarzyskie i zupełnie proste i że chciałby się odnieść przyjaźnie do każdego człowieka. Robi na pierwszy rzut oka wrażenie jednostki otwartej i serdecznej, wesołego usposobienia i lubiącej żarty. Gdyby się mu jednak ktoś lepiej przypatrzył, zauważyłby silne szczęki i zaciśnięte usta, któreby go ostrzegły, że w głębi duszy jego kryją się inne zalety i ten przyjemny, o ciemnych włosach, młody Irlandczyk wyróżniłby się dodatnio lub ujemnie w każdem środowisku.
Wypowiedziawszy kilka zdań do najbliższego górnika i otrzymawszy tylko krótkie, opryskliwe odpowiedzi, podróżny umilkł zrezygnowany, przypatrując się przez okno okolicy. Nie był to wesoły widok. W zapadającym mroku sterczały rozpalone do czerwoności piece po obu stronach doliny. Wielkie stosy żużli i kupy popiołu wznosiły się na stokach, a ponad nimi piętrzyły się wielkie szyby węglowe. Wzdłuż toru pobudowane były grupami wielkie domy drewniane, których okna zaczynały świecić wśród nocy, a na częstych przystankach roiło się od czarnych ich mieszkańców. Obfitujące w żelazo i węgiel doliny okręgu Vernissy, nie były siedliskiem kultury lub lenistwa. Na każdym kroku widniały ponure ślady ciężkiej walki o byt, czekającej w przyszłości pracy i prostych, silnych robotników, którzy ją mieli wykonać.
Młody podróżny przyglądał się tej ponurej okolicy z twarzą, na której malował się wstręt i zaciekawienie, świadczące, że scena ta była dla niego nowością. Od czasu do czasu wyjmował z kieszeni gruby list, który przeglądał i na którym kreślił jakieś znaki. Raz wydobył z tylnej kieszeni przedmiot, o którego posiadanie niktby nie posądził tak spokojnie wyglądającego człowieka. Był to rewolwer, okrętowy, największego kalibru. Kiedy odwrócił go do światła, błysk miedzianych gilz naboji w bębenku pouczył, że był naładowany. Schował go szybko do kieszeni w tyle, ale nie mógł go już ukryć przed robotnikiem, który siedział na sąsiedniej ławce.
— Hallo, towarzyszu! — rzekł — Jesteś, jak się zdaje, gotowy i zaopatrzony.
Młody mężczyzna, uśmiechnął się zakłopotany.
— Tak jest — rzekł — W okolicach, skąd przybywam, to konieczne.
— A skądże jedziesz?
— Ostatnio z Chicago.
— Jesteś tu obcy?
— Tak jest.
— Przyda ci się to i tutaj — rzekł robotnik.
— Ach! czy być może? — Młody człowiek wydawał się zaciekawiony.
— Czyś nic nie słyszał, co się tu dzieje?
— Nic, przez całą drogę!
— Sądziłem jednak, że mówią o tem w całej okolicy. Usłyszysz niebawem. Co cię skłoniło do przyjazdu w te strony?
— Słyszałem, że nie brak tu roboty.
— Czy należysz do Związku.
— Rzecz prosta.
— Sądzę zatem, że dostaniesz jakąś robotę. Czy masz tu przyjaciół?
— Jeszcze nie, ale postaram się o nich.
— Jakto?
— Jestem Wolnomularzem. Nie ma miasta bez loży, a gdzie jest loża, będę miał i przyjaciół.
Słowa te wywarły na jego towarzyszu niezwykły efekt. Rozejrzał się podejrzliwie po wagonie. Górnicy wciąż jeszcze szeptali ze sobą. Obaj policjanci drzemali. Przeszedł przez wagon, usiadł przy młodym podróżnym i wyciągnął rękę.
— Daj dłoń! — rzekł.
Zamienili uścisk dłoni.
— Widzę, że mówisz prawdę. Ale muszę się upewnić.
Podniósł prawą rękę do prawego oka. Podróżny w tej chwili podniósł rękę lewą do swojego oka lewego.
— Ciemne noce nie są przyjemne — rzekł robotnik.
— Zwłaszcza do podróży — odpowiedział drugi.
— To wystarcza. Jestem brat Scanlan, z Loży 341, w Dolinie Vernissy. Cieszę się, że cię tu widzę.
— Dziękuję. Jestem brat Jan Mc. Murdo, z Loży 29, w Chicago, Mistrz J. H. Scott. Mam szczęście, że spotkałem się tak prędko z bratem.
— Jest nas tu wielu. Nigdzie, w całych Stanach Zjednoczonych, Zakon nie rozwinął się tak bardzo, jak tu właśnie w Dolinie Vernissy. Ludzie, tacy jak ty, przydadzą się nam. Nie rozumiem tylko, dlaczego człowiek tak dzielny i należący do Związku Robotniczego nie mógł znaleść pracy w Chicago?
— Pracy mi nie brakowało — rzekł Mc. Murdo.
— A zatem?...
Mc Murdo wskazał na policjantów i uśmiechnął się.
— Ucieszyliby się z pewnością, gdybym im powiedział — rzekł.
Scanlan chrząknął porozumiewawczo.
— W kłopocie? — zapytał szeptem.
— Ciężkim.
— Sprawa kryminalna.
— I tak dalej.
— Zabójstwo?
— Szkoda słów — rzekł Mc. Murdo z miną człowieka, który spostrzegł, że powiedział zbyt wiele. — Miałem swoje powody do opuszczenia Chicago i niech ci to wystarczy. Po co się o to pytasz?
Jego szare oczy błysnęły gniewnie poza okularami.
— Dobrze, towarzyszu. Nie chciałem cię obrazić. Chłopcy nasi nie będą zgorszeni. Ale gdzie jedziesz?
— Do Vernissy.
— To trzeci przystanek. A gdzie chcesz się zatrzymać?
Mc. Murdo wyjął kopertę i zbliżył ją do ciemno palącej się lampy naftowej.
— Oto adres. Jakób Shafter, Sheridan Street. Jest to gospoda, którą mi polecono w Chicago.
— Nie znam jej, ale Vernissa to nie mój rejon. Mieszkam w Hobson Patch, dokąd właśnie dojeżdżamy. Ale chciałbym ci przed pożegnaniem udzielić jednej rady. Jeśli będziesz w kłopocie w Vernissie, idź do Domu Związku i zobacz się z mistrzem Mc. Gintym. Jest on przewodniczącym Loży w Vernissie, i nic w tej okolicy nie dzieje się wbrew jego życzeniu. Do widzenia, towarzyszu! Może spotkamy się kiedy w loży wieczorem, Ale pamiętaj: jeśli będziesz w kłopocie, idź do Mistrza Mc. Ginty.
Scanlan wysiadł i Mc. Murdo pozostał znowu sam ze swojemi myślami. Noc zapadła już, a płomienie licznych pieców strzelały i huczały w ciemnościach. Na czerwonawem tle ich widać było pochylające i prostujące się, kręcące się i poruszające postacie w rytmie ustawicznego stukotu i ryku.
— Sądzę, że tak musi wyglądać piekło — rzekł jakiś głos.
Mc. Murdo odwrócił się i ujrzał, że jeden z policjantów wstał z miejsca i patrzał w przestrzeń, oświetloną ogniami.
— Pod tym względem — rzekł drugi policjant — masz racje. Tak musi wyglądać piekło. Jeśli djabli w niem są gorsi, niż pewni ludzie, których znamy, musi być ono straszliwe. Sądzę, że jesteś tu obcym, młody człowieku?
— I cóż z tego? — odparł kwaśnym tonem Mc. Murdo.
— Radziłbym ci tylko troskliwie dobierać przyjaciół. Nie zaczynałbym na twojem miejscu od Mike Scanlana i jego paczki.
— Cóż, u djabła, obchodzą was moi przyjaciele? — wrzasnął Mc. Murdo takim tonem, że zwróciły się ku niemu wszystkie głowy w wagonie. — Czy prosiłem was o radę i czy wyglądam na takiego dzieciaka, że się bez niej nie ruszę. Mówcie, kiedy do was mówią; ja nie mam z wami nic do czynienia!
Spojrzał na strażników z miną warczącego psa.
Obaj policjanci, ludzie ociężali i dobroduszni, cofnęli się, zdumieni niezwykłą opryskliwością, z jaką przyjęto ich życzliwą radę.
— Nie ma się o co obrażać — rzekł jeden z nich. Ostrzegaliśmy was dla waszego dobra, widząc, że jesteście tu zupełnie obcym.
— Jestem obcym, ale znam was i wam podobnych — zawołał Mc. Murdo rozwścieczony. Wszędzie wścibiacie nos swój, chociaż was o to nikt nie prosi.
— Kto wie, czy się wkrótce bliżej nie poznamy, — rzekł z uśmiechem jeden ze strażników. — Dobry z ciebie ptaszek, jeśli się nie mylę.
— I ja tak sadzę — zauważył drugi. — Myślę, że się jeszcze spotkamy.
— Nie boję się was — zawołał Mc. Murdo. — Nazywam się Jan Mc. Murdo. Znajdziecie mnie w każdej chwili u Jakóba Shaftera, na Sheridan Street w Vernissie. Nie mam zamiaru ukrywać przed wami. Czy w dzień, czy w nocy, spojrzę wam w twarze. O tem możecie być przekonani.
Miedzy górnikami, obserwującymi śmiałe zachowanie się przybysza, rozległ się szmer podziwu i sympatji. Dwaj policjanci wzruszyli ramionami i zaczęli znów z sobą rozmawiać.
W kilka minut później pociąg zajechał na źle oświetloną stację. Wszyscy zaczęli wysiadać, gdyż Vernissa była największą osadą na tej linji. Mc. Murdo podniósł swoją skórzaną podręczną walizkę i miał zniknąć w ciemności, kiedy zaczepił go jeden z górników.
— Daję słowo, towarzyszu, umiecie przemawiać do tej bandy — rzekł głosem pełnym uznania. — Serce radowało się, kiedy was słuchałem. Wezmę waszą walizkę i pokażę wam drogę. Przechodzę koło Shaftera w drodze do domu.
Kiedy schodzili z platformy, pożegnał ich znów przyjemny „Dobranoc“ z ust innych górników. Jeszcze przed wejściem do Vernissy niespokojny Mc. Murdo zdobył sobie uznanie w tem mieście.
Okolica jego budziła grozę, ale samo miasto wywoływało jeszcze przykrzejsze wrażenie. Długa dolina miała przynajmniej coś z groźnej wielkości w swoich potężnych ogniskach i chmurach unoszącego się ku niebu dymu, podczas gdy o sile i przedsiębiorczości człowieka świadczyły monumentalne wzgórza, spiętrzone obok potwornych dołów. Ale miasto utrzymywało się wyłącznie na poziomie brzydoty i brudu. Szeroka ulica zmienioną została dzięki panującemu na niej ruchowi w pooraną kołami masę pomieszanego z błotem śniegu. Chodniki były wąskie i pełne wyrw. Liczne lampy gazowe uwydatniały tylko niezwykły brud i zaniedbanie długiego szeregu domów drewnianych, z werendami zwróconemi do ulicy. Kiedy znaleźli się w środku miasta, oświetliło scenę kilka jasnych wystaw sklepowych i mnóstwo szynkowni oraz domów gry, gdzie górnicy trwonili swój ciężko zapracowany, ale dobry zarobek.
— Oto Dom Związku! — rzekł przewodnik, wskazując na lokal, który można było podnieść nawet do godności hotelu. — Jan Mc. Ginty jest tu przewodniczącym.
— Co to za człowiek? — zapytał Mc. Murdo.
— Co? Nie słyszeliście nigdy o przewodniczącym?
— Jakżeż o nim mogłem słyszeć, kiedy jestem obcy w tych stronach?
— Sądziłem, że nazwisko jego znanem jest w całym Związku. Wspominały o nim często gazety.
— Z jakiego powodu?
— Z powodu?
— Wielki Boże, jesteś pan naiwnym, jeśli się tak mogę wyrazić. Okolica ta słynną jest tylko z jednego powodu. Dzięki węglarzom.
— Czytałem, zdaje się o węglarzach w Chicago. To banda morderców, nieprawdaż?
— Cicho, jeśli wam życie miłe! — zawołał górnik i przystanął zaniepokojony, spoglądając ze zdumieniem na towarzysza. — Człowieku, nie długo pożyjesz, jeśli tu będziesz odzywał się na ulicach w podobny sposób! Niejednego zatłuczono kijami za niniejsze przewiny.
— Dobrze. Nie wiem nic o nich. TO czytałem tylko.
— Nie mówię, abyście czytali kłamstwa — Rozglądał się nerwowo, kiedy mówił, wpatrując się w ciemności, jakby lękał się jakiegoś niebezpieczeństwa. — Jeśli zabijanie jest morderstwem, to tutaj morderstw nie braknie. Ale strzeż się wypowiedzieć nazwisko Jana Mc Ginty w związku z niemi, gdyż każdy szept dochodzi do jego uszu, a on nie zapomina nigdy. Oto dom, którego szukacie — ten nieco w tyle. Stary Jakób Shafter, który jest jego właścicielem, to jeden z najuczciwszych ludzi w mieście.
— Dziękuję — rzekł Mc. Murdo i uścisnąwszy dłoń swojego nowego znajomego, powlókł się, z walizką w ręku, drogą prowadzącą do gospody, do której drzwi głośno zapukał. Otworzyła mu osoba, której się nie spodziewał.
Była to kobieta młoda i niezwykle piękna, typowa Szwedka, blondynka o ładnych włosach, tworzących dziwny kontrast z parą cudownych, czarnych oczu; spoglądały one na obcego ze zdziwieniem i uroczem zakłopotaniem, które zabarwiło rumieńcem jej blade lica. W jasnem świetle otwartych drzwi wydała się Mc’owi Murdo najpiękniejszym w świecie obrazem jeszcze bardziej pociągającym ze względu na ponure i ciemne otoczenie. Uroczy fijołek rosnący na zwałach żużli przy kopalni nie przyprawiłby go o większe zdziwienie. Był tak onieśmielony, że patrzał na nią bez słowa. Ona pierwsza przerwała milczenie.
— Sądziłem, że to ojciec — rzekła z przyjemnym akcentem szwedzkim. Czy pan chce się z nim zobaczyć? Jest w mieście, ale oczekuję go lada minuta.
Mc. Murdo przyglądał się jej wciąż z tak niekłamanym zachwytem, że spuściła oczy zakłopotana.
— Nie, miss — rzekł w końcu; nie spieszy mi się zobaczyć go. Ale polecono mi ten dom. Myślałem, że mógłbym tu zamieszkać, i widzę, że będzie mi odpowiadał.
— Pan decyduje się bardzo szybko — rzekła z uśmiechem.
— Musiałbym chyba być ślepym, gdyby mi się tu nie podobało.
Roześmiała się na ten komplement.
— Proszę wejść, sir — rzekła. — Jestem mis Ettie Shafter, córka Mr. Shaftera. Matka moja nie żyje; zarządzam domem sama. Może pan zaczekać przy piecu w frontowym pokoju, dopóki ojciec nie przyjdzie. Ach! otóż on. Może pan zatem przystąpić odrazu do interesu.
Ociężały, starszy mężczyzna szedł wolnym krokiem w stronę domu. W kilku słowach wyjaśnił mu Mc. Murdo o co chodzi. Człowiek nazwiskiem Murphy podał mu jego adres w Chicago. Miał go od jakiejś drugiej osoby. Stary Shafter zdecydował się prędko. Obcy nie targował się i przyjął odrazu wszystkie warunki; widocznie pieniędzy mu nie brakowało. Zgodził się płacić za mieszkanie i utrzymanie tygodniowo i uiścił je z góry. W taki to sposób, Mc. Murdo, uciekający, jak się sam przyznał przed sprawiedliwością, znalazł schronienie pod dachem Shafterów, stawiając równocześnie pierwszy krok na drodze straszliwych przygód, których zakończenie wypadło w kraju dalekim.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Conan Doyle i tłumacza: Anonim.