Druga ojczyzna (Verne, 1901)/XXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Druga ojczyzna
Wydawca „Ziarno” (tygodnik)
Druk A.T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Helena S.
Tytuł orygin. Seconde Patrie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


XXVII.
Grota u stóp gór. — Powrót do przeszłości. — Poprzez las. — Antylopa. — Rzeka Montrose — Dolina Grünthal. — Noc w Eberfurt.

Grota, w której pan Wolston, Ernest i Jack przepędzili noc przed czterema miesiącami, podczas wycieczki w góry, w przeddzień zatknięcia flagi angielskiej na cyplu skały, napełniła się tego wieczora życiem i ruchem. Radość panowała w niej nieskończona. Po złożeniu modlitw dziękczynnych, kapitan Gould, Fritz, Frank, James, sternik, Jenny, Doll i Suzan Wolston nie chcieli ani minuty dłużej pozostawać na wierzchołku skały. Za dwie godziny noc miała dzień zastąpić, a czas ten powinien wystarczyć na zejście do stóp łańcucha gór.

W poszukiwaniu przejścia.

— Idźmy... idźmy!...
Taki był głos ogólny.
Podług zwyczaju Fritz stanął na czele, inni ugrupowali się tak samo jak dotąd. Szczęśliwy instynkt, prawdziwy dar oryentowania się, poprowadził ich drogą, którą pan Wolston, Ernest i Jack już przebywali.
Była zaledwie godzina ósma, kiedy znaleźli się na granicy dużego lasu.
Nie mniej szczęśliwym trafem, sternik odkrył grotę, w której przedtem pan Wolston i dwaj bracia znaleźli schronienie. Była ona nieco szczupła, wszyscy się jednak w niej pomieścili i, posiliwszy się, do snu ułożyli. Nazajutrz pod przewodnictwem Fritza, całe towarzystwo zapuściło się w las. Czekały ich jeszcze trudności nim dotrą do Ziemi Obiecanej, lecz o tem nikt nie chciał myśleć.
Co do odległości, można było ją uważać za ośmiomilową. Robiąc cztery mile dziennie, z odpoczynkiem od dwunastej godziny w południe do drugiej, i noclegiem, możliwe było stanąć w wąwozie Cluse w ciągu dwóch dni. Od tego wąwozu do Felsenheim lub Falkenhorst, to sprawa kilku godzin.
Wyruszyli z zamiarem nie zatrzymywania się aż w południe. Od czasu do czasu mężczyźni brali na ręce Boba, choć dziecko chciało koniecznie iść samo. Nie było zatem opóźnienia w przebyciu lasu. Kwestya żywności nawet została rozwiązana szczęśliwym trafem.
Około godziny jedenastej, Fritz idąc naprzód, dał znak, żeby się zatrzymano na brzegu małej polanki, przerzniętej wązkim strumykiem, w którym gasiło pragnienie zwierzę dosyć duże.
Była to antylopa. Gdyby można ją ująć jakimkolwiek sposobem. Jakież to byłoby pożywienie smaczne a posilne!... Najprościej było otoczyć polankę niepostrzeżenie, a gdy antylopa chciałaby uciekać, zastąpić jej drogę — potem złapać ją i zabić.
Jenny, Suzan, Doll i Bob ukryli się z boku za krzakiem. Fritz, Frank, kapitan Gould, i sternik, którzy za całą broń posiadali tylko noże, zaczęli okrążać polankę, kryjąc się poza gąszcze. Antylopa piła w dalszym ciągu, nie dając żadnego znaku niepokoju, kiedy Fritz wyskoczył nagle z wielkim krzykiem.
Zwierzę wyprostowało się, podniosło szyję i rzuciło się do lasu, w stronę, gdzie stał Frank i John Block z nożami w rękach. Antylopa skoczyła, lecz wymierzyła źle, upadła, przewróciła sternika, starała się podnieść i w las uciekać.
W tej chwili nadbiegł Fritz, rzucił się na antylopę i zagłębił jej nóż w wnętrzności. Lecz nie byłoby to wystarczającem, gdyby Harry Gould nie zadał jej ciosu w szyję.
Zwierzę padło bez ruchu pomiędzy gałęźmi; sternik podniósł się pomału.
Zabrano się do obdarcia skóry i do wybrania części jadalnych. Nie potrzebowano się już troszczyć o pożywienie aż do jutra wieczorem, to jest do przejścia wąwozu Cluse. Drugi ten odpoczynek odbywał się w tych samych warunkach jak pierwszy, w taki sposób, żeby zaoszczędzić sił Jenny, Doll i Suzan Wolston.

Była to antylopa.

Nie zaszedł żaden wypadek i około czwartej po południu doszli do krańcu lasu.
Odtąd przedstawiało się żyzne pole; zielone łąki, kępy drzew, ciągnęły się aż do wejścia w dolinę Grünthal. Kilka stad jeleni, danieli, przebiegało w dali. Ujrzano także liczne gromady strusi. Kilkanaście słoni ukazało się niemniej.
O szóstej godzinie Fritz zarządził przystanek na nocleg. Przy ognisku, buchającem snopami ognia przygotowano posiłek wieczorny. Nocy tej nie spędzą w grocie, lecz po zmęczeniu, snu nikomu nie zabraknie. W każdym razie, przez ostrożność, Fritz, Frank i sternik postanowili czuwać kolejno.
Nazajutrz rozpoczęto pochód od wczesnego świtu, aby wąwóz Cluse przebyć po drugim odpoczynku. Droga nie przedstawiała trudności; przechodzili z lasku do lasku, co chroniło ich od promieni słonecznych.
Po obiedzie nad rzeką o szybkim biegu, szeroką na dziewięć do dziesięciu sążni, płynącą ku północy, poszli jej lewem wybrzeżem. Ani Fritz, ani Frank nie znali tej rzeki, nie wiedzieli, że otrzymała już nazwisko Montrose.
Po godzinie drogi, opuszczono wybrzeże Montrose, która zwracała się gwałtownie na wschód, a w dwie godziny, Fritz i Frank, którzy poszli naprzód, wstąpili nakoniec w okolicę im znaną.
— Dolina Grünthal! — wykrzyknęli i powitali ją głośnem „hura!“
W końcu granica północno-wschodnia doliny ukazała się przy murze skał, a Fritz skierował się w stronę wąwozu. Belki przy wejściu do wąwozu były na miejscu, umocowane pomiędzy rozpadlinami, aby mogły oprzeć się usiłowaniom najsilniejszych czworonogów.
— Oto nasza brama.. zawołał Fritz.
— Tak — rzekła Jenny — brama do Ziemi Obiecanej, gdzie żyją wszyscy, których kochamy.
Usunęli jedną tylko belkę, którą po przejściu umocowali napowrót. Przebyli nakoniec wąwóz i wszyscy doznali przyjemnego uczucia powrotu do własnej, dobrze znajomej siedziby. Około pół do ósmej, kiedy noc zapadała z szybkością, właściwą strefom podzwrotnikowym, całe towarzystwo nareszcie znalazło się wreszcie w Eberfurt.
Nikogo nie zastali. Dom był w dobrym stanie. Po otwarciu drzwi i okien, zabrano się do instalacyi. Eberfurt był zawsze zaopatrzony w żywność na tydzień, po owoce i jarzyny trzeba było tylko wejść do ogrodu.
W kuchni nie brakło naczyń. Rozpalono wesoły ogień, nastawiono kolacyę, i wszyscy z prawdziwem zadowoleniem zasiedli, nie brakowało nawet wina, aby wypić na cześć szczęśliwego powrotu. Po kolacyi udano się na spoczynek.
Noc ta przeszła w zupełnym spokoju i bezpieczeństwie, to też zmęczeni podróżnicy jednym tchem ją przespali.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy.