Dwadzieścia lat później/Tom II/Rozdział XXXVIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Dwadzieścia lat później
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1928
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Vingt ans après
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXVIII
TRZECH NAMIESTNIKÓW WODZA NACZELNEGO

Athos i Aramis, według poprzedniej umowy, prosto z hotelu pojechali do księcia de Bouillon. Noc była ciemna, godzina późna; lecz, zamiast ciszy, zwykłej o tej porze, tysiączne szmery, i odgłosy zdradzały, że miasto jest otoczone.
Co paręset kroków spotykali barykady, na rogach ulic łańcuchy pozaciągane, a na wszystkich placach ognie biwpkowe. Patrole krzyżowały się, zamieniając hasła, kurjerzy, roznoszący polecenia dowódców przeróżnych partji, snuli się po placach i rynkach, nie ujechali więc nawet stu kroków, ta już ich zatrzymała wanta przy barykadach, domagając się hasła. Nie znając go, oświadczyli, iż udają się do pana de Bouillon z bardzo ważnem i pilnem doniesieniem.

Uwierzono im niby, lecz pod pozorem wskazania drogi i ułatwienia przejścia, dodano przewodnika, aby ich miał na oku. Przewodnik ten pojechał przodem, wyśpiewując:

Walecznemu panu de Bouillon,
Podagra dokucza okrutnie...

Był to trjolet świeżo skomponowany, składający się z bardzo wielu kupletów, w których każdej z ówczesnych wyżej pozostawionych osobistości, łatkę przypięto.
Przed pałacem de Bouillon minęli nasi muszkieterowie trzech jeźdźców, którzy widocznie znali wszystkie hasła, ponieważ bez przewodnika i eskorty jechali śmiało.
Na tan widok, Athos i Aramis przystanęli.
— O! o! — rzekł Aramis, — czy widzisz, hrabio?
— Widzę — odparł Athos.
— Jak ci się zdaje, co to są za jedni?
— A ty co myślisz?
— Że to nasi znajomi.
— Nie omyliłeś się, poznałem pana de Flamarens.
— A ja pana de Chatillon.
— Ten trzeci zaś w szarym płaszczu...
— To kardynał.
— Tak, we własnej osobie.
— Skąd, u licha, przyszła mu ochota kręcić się koło pałacu de Bouillon? — zapytał Aramis.
Athos uśmiechnął się, lecz zostawił to zapytanie bez odpowiedzi. W pięć minut później kołatali do bramy pałacu książęcego.
Jak opiewał trjolet, książę de Bouillon cierpiał na podagrę i nie opuszczał łóżka. Pomimo jednak ciężkiej choroby, od czterech tygodni nie pozwalającej mu dosiąść konia, to jest właśnie od czasu gdy Paryż oblężono, kazał natychmiast prosić do siebie hrabiego de La Fére i kawalera d‘Herblay.
Wprowadzono tedy naszych przyjaciół do księcia. Chory pan leżał w swoim pokoju, otoczony przyborami wojennemi przeróżnego gatunku.
— O! panowie, — zawołał na widok przybyłych, a chcąc się podnieść, skrzywił się i jęknął straszliwie; — o! o! panowie jesteście bardzo szczęśliwi. Możecie dosiąść konia, jechać, dokąd wam się spodoba... możecie walczyć za sprawę ludu... A ja, jak sami widzicie, złożony chorobą, ruszyć się nie mogę. A! djabelska podagra! — dodał wykrzywiając się na nowo.
— Mości książę, — rzekł Athos, — przybywamy z Angiji, a pierwszem naszem staraniem, wstąpiwszy na ziemię francuską, jest złożyć uszanowanie i dowiedzieć się o zdrowiu pańskiem.
— Bardzo panom dziękuję! — odparł książę. — Słaby jestem, jak widzicie, słaby... Z Anglji więc przybywacie! król Karol zdrów jest, jak mi właśnie doniesiono?
— Król Karol nie żyje, szanowny panie — wyrzekł Aramis.
— Co słyszę? — zawołał książę.
— Ścięto go w naszych oczach.
— Cóż więc opowiadał mi pan de Flamarens?
— Pan de Famarens? — zawołał Aramis.
— Tak, tylko co wyszedł stąd.
Athos znów się uśmiechnął i zapytał:
— Z dwoma towarzyszami?
— Tak, z dwoma towarzyszami, — ciągnął książę. — Po chwili dodał zaniepokojony widocznie: — Czyście ich spotkali?
— Spotkaliśmy na ulicy, — rzekł Athos, i spojrzał, śmiejąc się na Aramisa, który patrzył na niego, nie mogąc wyjść z podziwienia.
— Przeklęta podagra! — syknął de Bouillon, czując się w fałszywem położeniu.
— Mości książę, — odezwał się Athos — potrzeba wielkiego poświęcenia z jego strony dla sprawy paryżan, ażeby trwać przy dowództwie armji, znosząc takie katusze z powodu choroby. Ja i pan d‘Herblay podziwiamy wytrwałość księcia.
— Cóż chcecie, panowie? to obowiązek święty, trzeba wiernie i wytrwale służyć sprawie dobra publicznego. To też, jak widzicie, poświęcam się, lecz, co prawda, sił mi już braknie. Serce mam dobre, głowę niezłą, tylko ta nieszczęśliwa podagra zabija mnie... Muszę przyznać, że, gdyby dwór uwzględnił moje żądania, bardzo słuszne zresztą, ponieważ wymagam jedynie indeminizacji za odebrane mi księstwo Sedanu; (indemnizacji, przyrzeczonej solennie przez byłego kardynała). Gdyby mi przyznano posiadłość ziemską równej wartości i zwrócono dochody, nie pobierane z księstwa przez czas nieużywalności, to jest przez osiem lat, gdyby tytuł książęcy nadany został całej rodzinie mojej, a bratu mojemu Turenjuszowi przywrócono dowódctwo, wtedy usunąłbym się niezwłocznie do dóbr moich, a dwór i parlament niech by się układali, jakby im się żywnie spodobało.
— Postąpiłbyś bardzo racjonalnie, mości książę, — rzekł Athos.
— Takie jest twoje zdanie, wszak prawda, hrabio de La Fére.
— Najzupełniej.
— A pan co na to, kawalerze d‘Herblay?
— Uznaję to za bardzo słuszne.
— Otóż upewniam was, panowie, — ciągnął książę — że prawdopodobnie uczynię według tego, co mówiłem. Dwór robił mi obecnie propozycje, odemnie tylko zależy przyjąć je...
— Przyjmij, książę, przyjmij, — rzekł Athos.
— Na honor, zrobię tak... Żałuję nawet, że dziś wieczór tego nie zrobiłem... lecz jutro będą narady, a wtedy zobaczymy...
Athos i Aramis pożegnali księcia.
— Idźcie, panowie, — rzekł tenże — musicie być okrutnie zmęczeni podróżą. Biedny król Karol! Trzeba jednak przyznać, że sam trochę temu winien; to jedno powinno nas pocieszać, że Francja nie ma sobie nic do wyrzucenia w całym tym smutnym dramacie i że robiła, co mogła, ażeby go ocalić.
— O co do tego, — rzekł Aramis — jesteśmy najlepszymi świadkami; pan Mazarini przedewszystkiem...
— Bardzo rad jestem, że mu oddajecie sprawiedliwość. Ma on dużo dobrego ten nasz kardynał, i gdyby nie był cudzoziemcem... z pewnością znalazłby uznanie. Aj! aj! znów ta piekielna podagra!...
Wyszli nareszcie; do samego przedsionka towarzyszyły im jęki pana de Bouillon; nie ulegało wątpliwości, że biedny książę cierpiał jak potępieniec.
Gdy wyszli na ulicę:
— No cóż, co myślisz? — zapytał Aramis.
— Mój przyjacielu, myślę to, co śpiewał nasz przewodnik:

Walecznemu panu de Bouillon,
Podagra dokucza okrutnie...

— To też — rzekł Aramis, — uważałeś, nie pisnąłem słówkiem o tem, co nas tu sprowadziło.
— Bardzo rozsądnie postąpiłeś: byłby dostał nowego ataku podagry.
— Chodźmy do pana de Beaufort.
Dwaj przyjaciele zawrócili w stronę pałacu Vemdôme.
Dziesiąta biła w chwili, gdy stanęli u celu.
Pałac Vendôme nie mniej był strzeżony i nie mniej wojenny miał wygląd, jak pałac de Bouillon.
Dwóch jeźdźców wyjeżdżało z bramy, tak, że Athos i Aramis musieli cofnąć konie, chcąc wjechać.
— Oho! panowie — rzekł Aramis, stanowczo noc dzisiejsza przeznaczona na spotkania, przyznaję, że czułbym się bardzo nieszczęśliwym, gdybyśmy po tylokrotnych spotkaniach wieczorem, nie znaleźli sposobności spotkania się jutro rano.
— O! co do tego, — odpowiedział Chantillon (albowiem to on z Flamarens‘em wyjeżdżali od księcia de Beaufort) — możesz pan być spokojny, jeżeli spotykamy się w nocy, nie pragnąc tego, z pewnością znajdziemy się pośród dnia, szukając się wzajemnie.
— Mam nadzieję — rzekł Aramis.
— A ja, pewien jestem, — odparł Chatillon.
Panowie Flamarens i Chatillon odjechali, Athos i Aramis zsiedli z koni.
Zaledwie oddali lejce służącym i pozbyli się płaszczów, gdy mężczyzna jakiś podszedł do nich, i, popatrzywszy przez chwilę przy bladem świetle latarni, zawieszonej w pośrodku dziedzińca, wydał okrzyk zdziwienia i jął ich witać i ściskać w objęciach.
— Hrabia de la Fére, — wołał — kawaler d‘Herblay! Jakim sposobem dostaliście się do Paryża?
— Rochefort! — odezwali się jednocześnie dwaj przyjaciele. \ — Tak, ja sam. Przybyliśmy tu z księciem już od pięciu dni i gotujemv się zalać sadła za skórę Mazariniemu. Należycie do naszej partji, jak zawsze, spodziewam się?
— Bardziej niż kiedykolwiek.
— A książę?
— Wściekły jest na kardynała. Wiecie pewno o powodzeniach naszego kochanego księcia! został prawdziwym królem Paryża; nie może się pokazać na ulicy, bo go zaraz otaczają, i nieomal duszą!...
— Tem lepiej — rzekł Aramis; — lecz powiedz no mi, wszak to Flamarens i Chatillon stąd wyjechali?
— Tak, mieli właśnie audjencję u księcia, Mazarini z pewnością ich przysłał, lecz omylił się; trafił swój na swego, zaręczam...
— Cieszy mnie to! — rzekł Aramis. — Czy moglibyśmy dostąpić zaszczytu widzenia się z księciem bezzwłocznie?
— A jakże! w tej chwili. Wiecie, że dla was jest zawsze widzialny. Chodźcie za mną, chcę mieć szczęście osobiście was przedstawić.
Rochefort poszedł naprzód. Wszystkie drzwi z kolei otwierały się przed przybyłymi. Zastali pana de Beaufort, siadającego do stołu. Tysiączne zajęcia tego wieczoru opóźniły kolację aż do tej godziny. Lecz pomimo ważności położenia, jak tylko książę usłyszał nazwiska, wymówione przez Rocheforta, zerwał się z krzesła, z którem się właśnie do stołu przysuwał i pobiegł żywo naprzeciw dwóch przyjaciół:
— A! przebóg! witajcie mi, panowie. Zjemy razem kolację, dobrze? Boisjoli, uprzedź Noinmonta o przybyciu dwóch współbiesiadników.
— Miłościwy książę, — przemówił Athos — nie czyń kłopotu swemu znakomitemu kuchmistrzowi, którego zdolności w różnych kierunkach znane nam są wybornie. Za pozwoleniem waszej książęcej mości, dzisiaj będziemy mieli jedynie zaszczyt zapytać o jego zdrowie i odebrać jego rozkazy.
— O! zdrów jestem zupełnie, jak to panowie sami widzicie. Zdrowie, które wytrzymało pięć lat Bastylji z dodatkiem miłego Chavigny, zdolne jest wszystko przetrwać. Co się tyczy rozkazów, na honor, przyznaję, że byłbym w wielkim kłopocie, jakie mianowicie być mają. Trzeba panom wiedzieć, że tu wszyscy rozkazują, i jeżeli to potrwa dłużej, ja skończę na tem, że wcale rozkazywać nie będę.
— Doprawdy? — rzekł Athos — ja sądziłem jednak, że parlament rachował na związek z księciem?
— A! tak, śliczny ten nasz związek. Z księciem de Bouillon to ujdzie jeszcze, chory na podagrę, więc leży w łóżku, można go zatem zastać i z nim się porozumieć; lecz z panem d‘Elbeuf i jego synami, ogromnymi jak słonie... nie, tych nigdy niema tam, gdzie są potrzebni!
Z koadjutorem jeszcze gorsza sprawa. Niech Bóg zachowa od prałatów swarliwych, a nadewszystko takich co noszą pancerz pod sutanną. Zamiast siedzieć cicho w pałacu biskupim, zamiast śpiewać „Te Deum“ za zwycięstwa, w których jesteśmy pobici, wiecież co on robi?
— Nie.
— Formuje pułk nowy i nazywa cieniem swej djecezji: „pułk Koryncki“. Mianuje poruczników, kapitanów, ni mniej ni więcej, jak marszałek Francji, a pułkowników jak sam król...
— No tak — rzekł Aramis — lecz, jak trzeba wystąpić do boju, spodziewam się, że wtedy siedzi w pałacu?
— O, wcale nie, mylisz się pan, kochany d‘Herblay! Jak trzeba się bić, to i on się bije. Książę de Conti jest generałem malowanym i jeszcze jak malowanym! Książę garbaty! widział to kto? O! wszystko źle idzie, moi panowie, bardzo źle!...
— A zatem wasza wysokość jest niezadowolony? — rzekł Athos, zamieniając spojrzenie z Aramisem.
— Niezadowolony, hrabio! powiedz raczej, że moja wysokość jest wściekła. Do tego stopnia, (mówię to wam, nikomu innemu nie powiedziałbym) do tego stopnia, że gdyby królowa uznała niesprawiedliwość swoją względem mej osoby, pozwoliła wrócić mej matce z wygnania a mnie dała prawo objęcia admiralstwa, które było własnością mego ojca — a które mi przyrzeczono po jego śmierci, otóż powiadam, możebym jeszcze wytresował psa i nauczył go mówić, iż są we Francji daleko więksi złodzieje, niż Mazarini...
— Mości książę — rzekł Athos, — wiemy, co chcieliśmy wiedzieć! Przychodząc o tej godzinie do Waszej wysokości, mieliśmy jedynie na celu dowieść naszego oddania i zapewnić, że zawsze jesteśmy na rozkazy, jako najwierniejsi jego słudzy.
— Jako najwierniejsi moi przyjaciele, panowie, jako przyjaciele! dowiedliście mi tego... I ja pozostanę na zawsze waszym przyjacielem, tak samo jak i tamtych panów; jakże u djabła się nazywają... d‘Artagnan i Porthos?
— Tak, d‘Artagnan i Porthos.
Athos i Aramis skłonili się i wyszli.
— Kochany Athosie — rzekł Aramis, — niech mi Bóg wybaczy, jeżeli się mylę! lecz zdaje mi się, że tylko dla tego zgodziłeś się towarzyszyć mi w tych odwiedzinach, ażeby mi dać nauczkę?
— Zaczekaj, mój drogi, — odparł Athos, — będziesz miał dość czasu na spostrzeżenia, gdy wyjdziemy od koadjutora.
— Chodźmy zatem do rezydencji biskupiej, — rzekł Aramis.
I obaj pojechali ku staremu miastu. Pałac arcybiskupi, wodą oblany, z masą łodzi poprzyczepianych dokoła robił wrażenie Wenecji a nie Paryża. Nasi przyjaciele prześlizgnęli się pomiędzy nagromadzonemi statkami i przybili do brzegu. Cały dół pałacu arcybiskupiego woda zabrała: urządzono rodzaj schodów tymczasowych, przytwierdzonych do murów. Zamiast drzwiami, wchodzono do pałacu oknami. Takim też sposobem Athos i Aramis znaleźli się w przedpokoju prałata. Przedpokój ten zapełniony był lokajami różnej liberji, gdyż co najmniej tuzin dygnitarzy oczekiwało na posłuchanie w sali przyjęć.
— O! naprawdę, — zawołał nagle Aramis, — czy mnie wzrok nie myli... tak... nie... ależ tak, Bazin; chodź no tu, hultaju!
Bazin, odziany w suknie kościelne, szedł z powagą przez pokój, i odwrócił się z brwią namarszczoną, chcąc zobaczyć, co to za impertynent ośmielił się nazwać go w ten sposób. Poznał Aramisa, w jednej chwili z lamparta stał się barankiem, i podszedł co prędzej do niego.
— Jakto, — rzekł, — to pan, panie kawalerze! o!.. i pan hrabia! Oh! co za radość, że was mogę oglądać!
— Dobrze już, dobrze, mości Bazin, — rzekł Aramis; dosyć tych komplementów. Chcemy widzieć się z panem koadjutorem, lecz spieszno nam, nie mamy czasu; potrzeba, aby nas w tej chwili przyjął.
— A jakże, — rzekł Bazin, — natychmiast. Tylko, że teraz ma naradę sekretną z panem de Bruy.
— De Bruy?... — wykrzyknęli razem Athos i Aramis.
— Tak, sam go wprowadziłem i pamiętam doskonale nazwisko. Czy pan go zna? — dodał Bazin, zwracając się do Aramisa.
— Zdaje mi się, że znam.
— Idę zaanonsować panów, — rzekł Bazin.
— Nie potrzeba już, — rzekł Aramis, — zrzekamy się widzenia koadiutora dziś wieczorem; prawda, Athosie?
— Jak chcesz, — odparł Athos.
Przebili się przez zastęp lokajów, wyszli z pałacu w towarzystwie Bazina, który chcąc okazać ich znaczenie, nie ustawał w niskich ukłonach.
— No cóż, — zapytał Athos Aramisa, gdy już siedzieli w łodzi, — wierzysz teraz, kochany przyjacielu, że aresztując Mazariniego, wypłatalibyśmy niemiłego figla tym wszystkim panom?
— Athos, ty jesteś mądrością wcieloną, — odrzekł Aramis.
Dwaj przyjaciele naznaczyli sobie schadzkę nazajutrz o dziesiątej rano, pomimo bowiem spóźnionej pory, Aramis utrzymywał, że ma w mieście ważną wizytę do złożenia, i u drzwi hotelu pożegnał Athosa.
Nazajutrz punkt o dziesiątej byli już razem.
— Czy masz jakie nowiny?... — zapytał Athos.
— Żadnych; nie widziano nigdzie d‘Artagnana, Porthos także się nie pokazał. A ty?...
— Nic nie wiem. D‘Artagnan spodziewał się, jeżeli sobie przypominasz, być tutaj piątego dnia od rozstania się naszego.
— A dziś mamy siódmego lutego. Dziś wieczorem oznaczony termin upływa.
— Co myślisz przedsięwziąć — zapytał Athos — jeśli dziś wieczorem nie będziemy mieli żadnej wiadomości?...
— Ależ, na Boga!... zacząć poszukiwania.
— Dobrze — odrzekł Athos. — A co poczniemy aż do wieczora?... Nie mamy nic a nic do roboty.
— Zapominasz, przyjacielu, że mamy gotowe zajęcie.
— A to gdzie?...
— Koło Charenton, do licha!... Będzie tam za chwilę gwarno.
— Przypuszczam — rzekł Athos — iż konferencje nocne ochłodzą nieco zapędy wojownicze...
— No tak, z pewnością, lecz bić się będą, choćby dla odwrócenia uwagi od tych konferencji...
— Biedni ludzie — rzekł Athos ze smutkiem — idą na rzeź, ażeby oddano Sedan panu de Bouillon, admiralstwo panu de Beaufort, a koadjutorowi kapelusz kardynalski!...
— Przyznaj, kochany Athosie, iż nie bawiłbyś się w filozofa, gdyby twój Raul nie należał do tych rozruchów.
— Może to i prawda, drogi Aramisie.
— Spieszmy więc tam, gdzie się biją, najpewniejszy to sposób odszukania d‘Artagnana, Porthosa, a może nawet Raula. Patrz na tych dzielnych mieszczan, na ich marsowe miny; doprawdy, to zachęcające!... Widzisz kapitana?... wygląda nieomal, jak prawdziwy wojak!...
— Wychodzą z Ulicy Barana...
— Dobosze na czele, zupełnie jak rzeczywista armja; spojrzyj na tego zucha, jak się kołysze, jak się przepina!...
— Hm!... — mruknął Grimaud.
— Co?... — zapytał Athos.
— Planchet, panie.
— Wczorajszy porucznik — rzekł Aramis — dzisiaj kapitanem, a jutro z pewnością będzie pułkownikiem; za tydzień najdalej nasz zuch zostanie generałem.
Athos i Aramis w tę samą stronę dążyli, pojechali zatem razem z Planchetem.
Planchet wcale zręcznie manewrował swoim oddziałem na placu i ustawił go za długą linją mieszczan, zgromadzonych na ulicach przedmieścia Ś-go Antoniego i oczekujących wezwania do boju.
— Gorący będziemy mieli dzień — odezwał się Planchet wyzywająco.
— Z pewnością — odparł Athos — tylko strasznie jakoś daleko od nieprzyjaciela stoicie.
— O, panie!... zbliżymy się — rzekł jeden z dziesiętników.
Aramis salutował po rycersku i zwrócił się do Athosa.
— Nie myślę wcale obozować na placu, razem z tą hołotą; czy zgodzisz się wysunąć trochę naprzód?... zobaczymy przynajmniej, co się dzieje.
— A wreszcie, pan de Chatillon nie przyjdzie szukać cię na Placu Królewskim, wszak prawda?... Ruszajmy zatem, mój przyjacielu.
Athos dał ostrogę koniowi i pomknął ku Charenton, jadąc wzdłuż przedmieścia, potem doliną Fécamp, pokrytą czarną masą zbrojnego mieszczaństwa. Aramis nie pozostał w tyle.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.