Flirt z Melpomeną/Mickiewicz, Dziady

<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Flirt z Melpomeną
Wydawca Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska“
Data wyd. 1920
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Teatr miejski im. Słowackiego: Dziady, sceny dramatyczne w 6 obrazach Adama Mickiewicza.

Dziady poznajemy po raz pierwszy, niestety, w szkole, to jest w owej atmosferze nudy, przymusu i bakałarskiego komentarza, w której sam bóg poezyi, gdyby zstąpił na ziemię, zmieniłby się w kawał marynowanej tektury. (Mówię, oczywiście, jedynie o szkole z moich czasów; przypuszczam że obecnie jest zupełnie inaczej). Później, poemat ten staje się dla nas jednym z wersetów wspaniałej mszy żałobnej, jaką kazaliśmy poezyi naszej odprawiać na grobie narodowych nadziei. To była rola, przeciw której Wyspiański targnął się zuchwale ustami Konrada w Wyzwoleniu. Mam uczucie, iż, z narodzinami wolnej Polski, wielka poezya nasza wchodzi w nową fazę; nie stanie się nam dalszą; przeciwnie, raczej bliższą! — ale inaczej: z zasunięciem się na drugi plan czynników dydaktyczno-narodowych, tem bardziej dotykalne staną się jej wartości ludzkie i artystyczne.
Wówczas, patrząc wzrokiem niezamglonym łzami, ujrzymy tem wyraźniej, iż Dziady Adama Mickiewicza są jednym z najśmielszych czynów poetyckich w literaturze świata. (Jest w tem pewna ironia losu, że świat nigdy się o tem nie dowie!). Nigdy chyba poeta swobodniejszą nogą nie stąpał po krainie rzeczywistości i fantazyi; nie brał śmielszą ręką, tuż obok siebie, najbliższych, realnych zdarzeń, aby je rozpinać w tak olbrzymie perspektywy. Jeżeli mamy zaliczyć Dziady do zakresu „romantyzmu”, to z pewnością nie w pojęciu jakiejś maniery czy szkoły literackiej, ale w znaczeniu powiewu swobody twórczej, burzącej wszelkie zapory jakie mogłyby się wznosić pomiędzy czuciem poety a bezpośrednim tego czucia wyrazem. Od uroczych naiwności lirycznych, aż do wściekłego politycznego pamfletu wlokącego przez rózgi żywe, współczesne osoby, aż do tego cudu wreszcie jakim jest Improwizacya — najwyższy chyba rzut mięknienia na jaki wogóle poezya zdobyć się może — wszystko tu płynie z czucia, z żywej prawdy, ze krwi, nic z poetyckiej konwencyi.
Tę przedziwną passyę ducha, który krzyżuje się za naród i bierze w siebie jego grzech i mękę, rozpoczyna poeta od tego, iż staje się człowiekiem. Nim wzrośnie w męża, staje się mężczyzną. Pierwszy raz odzywa się naprawdę w słowie polskiem ów ton, będący pra-dźwiękiem wszelkiej poezyi: miłość do kobiety. A odzywa się z taką siłą, z takim pierwotnym żarem, jakgdyby coś długo powstrzymywanego, zatamowanego przez całe wieki wybuchło nagle i runęło potokiem lawy. Bo też tak było. Może to będzie bluźnierstwo, ale cała nasza literatura przed-Mickiewiczowska przedstawia mi się jako wielka szkolna ława, w której mniej lub więcej zdolni i pilni uczniowie odrabiają pensa na tamaty dyktowane im przez Europę, ale przykrojone roztropnie ad usum scholarum: w dobie humanizmu odbywa się to z postępem celującym, w epoce saskiej niedostatecznym, później, w dobie Stanisławowskiej, znowuż z bardzo dobrym. Dlatego, mimo wszystkich wysiłków „pietyzmu“, zawsze piśmiennictwo to będzie dla nas jedynie zabytkiem: nikomu nie przyjdzie na myśl szukać w niem dla siebie ludzkiej treści.
I naraz, z tym posłusznym uczniem dzieje się coś dziwnego; jednego dnia, kiedy, jak zwykle, ujrzał towarzyszkę swoich zabaw dziecinnych, stanął jak wryty: spojrzał na nią jakgdyby innemi oczyma. I, pewnego wiosennego dnia, porzuca książki i kajety, idzie błądzić po polach i lasach, patrzy na świat jakby mu łuska z oczu spadła; wciąga w pierś powietrze, ale tę pierś wstrząsa niewytłómaczone łkanie; nuci piosenkę, ale jakimś nieswoim głosem: kocha!... Student jest studentem, panna panną na wydaniu; przychodzi chwila, że zjawia się odpowiedni konkurent, i panna wychodzi za mąż. „Kobieto, puchu marny!...“ Młodzieniec cierpi; w tej męce serdecznej, z wyrostka stał się mężczyzną. I dzieje się dalej, iż, w straszliwie ciężkiej próbie życia, ten nieugaszony żar, raz rozniecony w sercu poety, zmieni przedmiot swojej miłości: z kobiety przeniesie się, z tą samą namiętnością, z tą samą pełnią wibracyi, na naród. Raz zbudzona energia czucia zmieniła łożysko; ale początkiem jej była płeć; jakgdyby na potwierdzenie słów, któremi zaczyna swoje „Dziady“ — Totenmesse — Stanisław Przybyszewski: Am Anfang war das Geschlecht. I, doprawdy, trudno powiedzieć, kto spełnił donioślejszy, bardziej brzemienny w następstwa dla rozwoju duszy polskiej czyn: czy płomienny Konrad, który samemu Bogu rzucił wyzwanie za naszą sprawę, czy naiwny a gorący „kochanek“ Maryli, Gustaw, który nauczył nas w pulsie własnej krwi szukać źródeł piękna i prawdy.
Czy utwór ten, mimo iż nie pisany przez poetę dla teatru, powinien był się w teatrze znaleźć? Chyba że tak. Wszelka poezya przeznaczona jest na to, aby była głośno mówiona; jeżeli zatem kształtowała się w fantazyi poety w formie scen, tem samem ma prawo na scenie szukać miejsca. Tylko, trzeba się z tem pogodzić, iż nie może tu być mowy o owem jednolitem, potężnem wrażeniu, jakie dają wielkie koncepcye naprawdę poczęte w kształcie dramatycznym. Gra czystej wyobraźni, wtłoczona w ramę techniki scenicznej, ileż traci ze swej zwiewnej lekkości! Uznajemy konieczność skróceń; a jednak, jakże drażniąco działają one nieraz w utworze którego zna się i pamięta niemal każde słowo! Konieczność skróceń z jednej strony, z drugiej zaś obciążenie pewnych momentów przez materyalizacyę fantazyi, wpływają równie na niepożądane przesunięcie proporcyj: kiedy n. p. czytamy Dziady, scena wywoływania duchów w kaplicy jest niby lekkiem, zamglonem preludyum do sceny Gustawa z Księdzem: na scenie, rozrasta się ona z konieczności do niestosunkowych rozmiarów. Dość powiedzieć, iż epizod Dziedzica żartego przez ptactwo lub też aniołków „lecących do mamy“, zajmuje znacznie więcej miejsca niż — Improwizacyja Konrada! Ale to są — zdaje się — rzeczy nieuniknione.
We wczorajszem przedstawieniu zachowano inscenizacyę Wyspiańskiego, w jakiej po raz pierwszy odegrano Dziady na scenie krakowskiej 31 października 1901; z tą odmianą, iż opuszczono, z przyczyn technicznych, scenę piątą, Widzenie senatora, oraz cały epizod balowy w scenie szóstej. Z usunięciem Widzenia senatora łatwiej się można zgodzić; natomiast ta druga operacya musi budzić poważne zastrzeżenia. Akt „w mieszkaniu senatora“ jest, w całych Dziadach, jedyną częścią naprawdę, w całej pełni dramatyczną; owa zaś scena balowa doprowadza, w mistrzowskich efektach, dramatyczność tę do najwyższego napięcia. Bez tego tła, drugie zjawienie się pani Rollison traci nieskończenie wiele ze swojej straszliwej grozy; efekt piorunu przepada w próżni; zamiar artystyczny poety ulega zasadniczemu okaleczeniu. A wreszcie, akt ten tak zrośnięty jest w naszej wyobraźni i pamięci z melodyą, rytmem Mozartowskiego menueta! Dobre wystawienie tej sceny przedstawia zadanie niełatwe, ale jakże powabne dla reżyseryi; o ileż bardziej jeszcze, niż pasterka Zosia „w swoich niezrównanych produkcyach na linie“! Jeżeli kierownictwo teatru miało poczucie iż może dać jedynie parodyę owej sceny, zapewne, lepiej uczyniło skreślając ją; fakt jednakże iż była grana a że dziś przyszło ją usunąć, że z raz zdobytego terenu trzeba było ustąpić, budzi przykre podejrzenia, iż teatr nasz, w zakresie możliwości scenicznych, nie postępuje naprzód — jak to byłoby naturalnem — ale się cofa. (Jeśli chodziło o czas trwania widowiska, raczej możnaby poświęcić ostatnią scenę na cmentarzu!)

Pozatem, przedstawienie Dziadów, mimo iż dość dalekie (zwłaszcza w drobniejszych rolach) od owego święta mowy polskiej jakiem być powinno, było poprawne. Z dawnych wykonawców, pozostał, od pierwszego przedstawienia, przy swej roli p. Sosnowski, dając potężną w swej prostocie postać ks. Piotra. P. Nowakowski włożył w postać Konrada cały swój młodzieńczy ogień i wysoką inteligencyę artystyczną; stworzył kreacyę dużej miary, jednolicie obrzynaną od początku aż do końca.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.