Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Butler Yeats
Tytuł Głos róży
Pochodzenie Opowiadania o Hanrahanie Rudym; Tajemnicza róża; Rosa alchemica
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała Tajemnicza róża
Pobierz jako: Pobierz Cała Tajemnicza róża jako ePub Pobierz Cała Tajemnicza róża jako PDF Pobierz Cała Tajemnicza róża jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Głos Róży.

W pewien wieczór zimowy stary rycerz w pordzewiałej kolczudze jechał stępa po lesistym stoku południowym Benn Bulbenu, pozierając na słońce zachodzące nad morzem pośród szkarłatnych obłoków. Rumak jego był zziajany, jakgdyby po długiej podróży; sam zaś rycerz miał na szyszaku nie godła któregoś z sąsiednich włastów czy królów, lecz małą różę, utworzoną z rubinów, które co chwilę migotały jaskrawszym szkarłatem. Na ramiona opadały mu w rzadkich kędziorach białe włosy, a ich nieład przydawał smętku jego twarzy; była to twarz człeka, który jeno rzadko bywał w świecie i to zawsze na jego uprzykrzenie, jednego z tych marzycieli, którzy muszą czynić to, co marzą, i tych działaczy, którzy muszą marzyć o tem, co czynią.
Gdy już czas jakiś patrzał na słońce, opuścił wodze na kark koński i wyciągając ramiona ku wschodowi, przemówił:
— O Boska Różo Ognia Wewnętrznego, spraw, niech mi się nakoniec otworzą podwoje twej ciszy!
Nagle o kilkaset kroków dalej w lesie na zboczu górskiem rozległ się głośny kwik. Rycerz zatrzymał konia, nadsłuchując, i posłyszał za sobą tętent kroków i nawoływania.
— Biją je, ażeby weszły na wąską perć wedle przepaści! — rzekł ktoś, a za chwilę kilkunastu włościan, uzbrojonych w krótkie oszczepy, zrównało się z rycerzem. Ujrzawszy go, pozdejmowali niebieskie czapki i stanęli na uboczu.
— Gdzie tak dążycie z oszczepami? — zagadnął rycerz, a jeden z gromadki, który snadź był jej przywódcą, odrzekł:
— Zgraja kłusowników zeszła niedawno ze wzgórz i uprowadziła prosięta, należące do staruszka, co mieszka pod Glen Car Lough, wyruszyliśmy więc, by ich capnąć. Otóż ponieważ wiemy, że są czterykroć liczniejsi od nas, przeto idziemy za nimi, by nie stracić z oczu drogi, którą oni poszli, i natychmiast doniesiemy o całem zajściu panu De Courcey, a jeżeli ów nie udzieli nam pomocy, to panu Fitzgeraldowi — ponieważ De Courcey i Fitzgerald niedawno zawarli pokój i obecnie sami nie wiemy, komu jesteśmy poddani.
— Ale przez ten czas — rzecze rycerz — prosięta będą już zjedzone.
— Kilkunastu ludzi nie zdoła uczynić nic więcej, a byłoby nierozsądkiem, by mieszkańcy całej doliny mieli wyruszać i narażać życie dla dwu, a choćby i dwu tuzinów prosiaków.
— Powiedzcież mi, — rzecze rycerz — czy ów starzec, którego własnością są te prosięta, jest bogobojny i prawdomówny?
— Jest tak prawdomówny, jak każdy, a pobożniejszy od wszystkich, bo co dnia rano przed śniadaniem odmawia pacierz do któregoś ze świętych.
— Wobec tego dobrze byłoby walczyć w jego sprawie — powiada rycerz — a jeżeli chcecie walczyć z kłusownikami, to ja przyjmę na siebie główne natarcie w potyczce, a wiecie chyba, że człek w zbroi sprosta wielu takim, jak oni, kłusownikom, odzianym w sukno i skóry.
Przywódca zwrócił się do swych towarzyszy i zapytał, czy przyjmują ten układ, lecz oni wyrazili obawę, czy powrócą do swych chat.
— Czy kłusownicy są ludźmi wiarołomnymi i bezbożnymi?
— Są wiarołomni w każdem przedsięwzięciu, — rzekł jeden z wieśniaków — a nikt jeszcze nie widział, by się modlili.
— Wobec tego — rzekł rycerz — dam po pięć koron za głowę każdego opryszka, zabitego przez nas w potyczce! — i poprosił przywódcę, by mu pokazał drogę.
Ruszyli wszyscy hurmem. Po pewnym czasie wyszli na bitą drogę, skręcającą w las; kierując się wedle niej, podążyli znów dawnym torem i zaczęli wdzierać się na lesiste zbocze górskie. Niebawem drożynka stała się wąska i spadzista, iż rycerz musiał zejść z konia i zostawić go przywiązanego do drzewa. Wiedzieli dobrze, że są na właściwym tropie, gdyż w miękkiej glinie widać było odciski długonosych trzewików i zmieszane z niemi ślady rozciętych ratek prosięcych. Wkrótce droga stała się jeszcze bardziej urwista, a po zakończeniach odciśniętych racic poznano, że rabusie ciągnęli tu prosięta. Raz wraz długa koleina, wyżłobiona w glinie, wskazywała, że w tem miejscu ześliznęło się jedno z prosiąt i zmitrężono nieco czasu na jego wyciąganie.
Szli już tak ze dwadzieścia pacierzy, gdy zmieszany gwar głosów oznajmił im, że natknęli się na rabusiów. Wtem głosy umilkły i wieśniacy zrozumieli, że usłyszano pościg. Jęli przeć naprzód pośpiesznie a ostrożnie i w jakie pięć pacierzy ktoś obaczył skórzany kaftan, nawpół przysłonięty leszczyną. Znienacka świsnęła strzała i ugodziła w kolczugę rycerza, lecz ześliznęła się, nie czyniąc mu szkody; wślad za nią pomknęła chmara strzał, brzęcząc koło uszu, niby wielkie pszczoły.
Chłopstwo ruszyło z kopyta przez górki i wądoły, nacierając na zbójników, którzy już byli wszyscy widoczni, stojąc wśród gąszczy z drgającemi jeszcze łukami w dłoniach; ponieważ bronią wieśniaków były jedynie oszczepy, więc musiało dojść do ręcznego starcia. Rycerz szedł naprzedzie i zwalił z nóg najpierw jednego, potem drugiego z opryszków. Wieśniacy, krzycząc, runęli ławą i gnali łotrzyków przed sobą, aż dostali się na połoninę górską, gdzie ujrzeli oba prosiaki, ryjące spokojnie chudą trawę; obiegli je więc kołem i jęli zapędzać z powrotem na wąską drożynę. Stary rycerz szedł teraz na samym ostatku i obalał zbója jednego za drugim; żaden z wieśniaków nie odniósł poważniejszej rany, gdyż ów wziął na siebie cały napór potyczki, jak można było snadnie wnosić z krwawych pręg na jego zbroicy. Gdy zaś doszli do wylotu wąskiej perci, nakazał im, by zegnali prosięta w dolinę, a on tu zostanie, by osłaniać ich powrót. Na chwilę pozostał sam, a ponieważ był wycieńczony upływem krwi, możeby go tu dokonali kłusownicy, których pobił, gdyby nie to, że wzięli nogi za pas ze strachu i zwiali z oczu.
Przeszła godzina, a oni nie powracali; rycerz nie mógł już dłużej wystać na straży, więc położył się na murawie. Upłynęło jeszcze pół godziny, dopiero na ścieżce poza nim ukazał się młody dryblas, który za kapeluszem miał pozatykanych sporo piór kogucich; jął się uwijać wśród poległych kłusowników i ucinać im głowy, następnie ułożył je wszystkie na stos przed rycerzem i ozwał się:
— Możny rycerzu, kazano mi tu przyjść i zażądać od was owych koron, któreście przyobiecowali za głowy — za każdą głowę po pięć koron. Kazali mi wam powiedzieć, że modlili się do Boga i Matki Boskiej, byście mieli długi żywot, ale sami są biednymi ludźmi i chcieliby dostać te pieniądze, zanim pomrzecie. Wykładali mi to po kilkakroć, bo się bali, żebym nie zapomniał i obiecali, że mnie zbiją, jak zapomnę.
Rycerz uniósł się na łokciu i otworzywszy kaletkę, wiszącą u pasa, wyliczył po pięć koron na głowę. Głów było ryczałtem trzydzieści.
— Możny rycerzu, — mówił dalej wyrostek, — oni mi to jeszcze kazali, bym się zajął wami pieczołowicie, bym skrzesał wam watrę i przyłożył maści do ran.
Uzbierał patyków i listowia, a uderzając krzesiwkiem o stal nad garstką suchych listków, rozpalił trzaskające ognisko; następnie zdejmując zeń kolczugę, począł opatrywać rany. Czynił to jednak niezręcznie, jak zwyczajnie człek, wykonywujący na domysł to, co mu opowiedziano; rycerz dał mu znak, by się zatrzymał, i rzecze:
— Wydaje mi się, że z ciebie chwat!
— Chciałbym was, panie, prosić o rzecz jedną.
— Jeszcze mam kilka koron — rzekł rycerz — chcesz, bym ci je darował?
— O nie! — rzekł chłopak. — Nic dobrego z nichby dla mnie nie wyszło. Jest tylko jedna rzecz, o którą się troszczę, a do tego niepotrzebne mi są pieniądze. Chodzę ode wsi do wsi i ode wzgórza do wzgórza, a gdy mi się uda nadybać ładnego koguta, to go pocichu zwędzę i hajda z nim w las! tam chowam go w kojcu, póki skądsi nie dychnę drugiego pięknego koguta, a wtedy zaprawiam je do walki. Ludziska powiadają, że jestem niebożątko i nie czynią mi krzywdy, ani też nie kazują mi nic wiela innego robić, jeno kiej niekiej wyprawiają na posyłki. Właśnie dlatego, żem niebożątko, wysłali mnie po korony — kto inny byłby im je ukradł; sami zaś nie odważyli się tu powracać, bo teraz gdy was niema przy nich, boją się kłusowników. Czyście słychali wielmożny panie, że gdy chrzcą kłusowników, to proszą wilków na kumów, a ich prawe ramiona to i wcale nie bywają chrzcone?
— Jeżeli nie chcesz przyjąć tych koron, mój poczciwy chłopcze, to boję się, że nie będę mógł dać ci niczego, chyba że chciałbyś posiadać tę starą kolczugę, której wnet nie będę już potrzebował.
— Cosi było, czego od was chciałem... — zamyślił się wyrostek. — Aha, jużem sobie przypomniał! Chciałem, byście mi ta powiedzieli, czemuście tak walczyli, niby jakoweś wielgoludy i osiłki z bajek, i to dla rzeczy tak błahej. Czyście wy są człek, jako my? A nuż jesteście starym czarnoksiężnikiem, co mieszka pośród tych wzgórków, a nagle zerwie się wichrzysko i rozsypie was w proch?
— Opowiem ci, kim jestem, — odpowiedział rycerz, — ponieważ ninie, będąc ostatnim z drużyny, mogę wszystko wyjawić i zaświadczyć przed Bogiem. Spojrzyj na Różę z rubinów na mym szłomie i przypatrz się wyobrażeniu mego życia i mej nadziei.
Poczem opowiedział chłopcu, co następuje, coraz częściej przerywając swą opowieść, a podczas gdy opowiadał, Róża połyskiwała barwą ciemnokrwistą w blaskach ogniska, zaś młokos pozatykał pióra kogucie w ziemię przed sobą i przesuwał je to w tę, to w ową stronę, niby lalki w jasełkach.
— Pochodzę z krainy dalekiej i byłem jednym z Rycerzy św. Jana — mówił starzec; — lecz byłem w Zakonie jednym z tych, co zawsze rwali się do najtrudniejszych przedsięwzięć w służbie Najwyższego. Kiedyś przybył do nas pewien rycerz z Palestyny, któremu sam Bóg objawił najwyższą prawdę. Widział on był wielką Różę Ognistą, a głos jej powiedział mu, że ludzie odwrócą się od światłości serc własnych i pochylą czoła przed zewnętrznym zakonem i regułą, wtedy zaś światłość zagaśnie i nikt nie ujdzie klątwy, okrom prostodusznego człeczyny, co nie umie myśleć i porywczego nieszczęśliwca, który nie chce myśleć. Pozatem głos ów mówił mu, że uporczywa światłość serca opromieniała świat, coraz to słabszym blaskiem mającym go ożywiać, a gdy przyćmił się ów blask, straszna zaraza zepsucia nawiedziła gwiazdy, wzgórza, zioła i drzewa; zasię nikt z tych, co byli widzieli jasno prawdę i dawną drogę, nie wnijdzie do Królestwa Bożego, które jest w Ośrodku Róży, jeżeli będzie przebywał dobrowolnie w zepsutym świecie; przeto powinni dać dowód swej zawziętości przeciw Mocom Zepsucia, ginąc w służbie Boskiej Róży. Gdy rycerz z Palestyny opowiadał nam o tem wszystkiem, zdawało się nam, że postrzegamy w jasnowidzeniu szkarłatną Różę, rozwijającą się dokoła niego, tak iż wyglądało, jakby przemawiał z jej dna kwiatowego… całe zaś powietrze napełniło się jasnością. Przeto poznaliśmy, że przez usta rycerza przemawiał do nas głos samego Boga; obstąpiliśmy go więc i jęliśmy prosić, by był naszym kierownikiem we wszystkich sprawach i nauczył nas, jak mamy słuchać Głosu. Wtedy związał nas przysięgą, dał nam znaki i hasła, zapomocą których moglibyśmy się rozpoznać po wielu latach, naznaczył miejsca spotkania i rozesłał nas po świecie gromadkami, byśmy szukali cnych spraw i polegli, walcząc za nie. Zrazu zamierzaliśmy umrzeć prędzej, morząc się postem ku chwale któregoś ze świętych; atoli on nam wyjaśnił, że to myśl niedobra, gdyż czynilibyśmy to dla samej śmierci, a tem samem odbieralibyśmy Bogu prawo wybierania czasu i rodzaju naszej śmierci, ograniczając niejako Jego wszechmoc. Winniśmy obrać swą służbę dla jej wzniosłości i to jedynie dla niej, a Bogu dowoli pozostawić, jak i kiedy raczy nas wynagrodzić. Potem zaś polecił nam, byśmy jadali zawsze po dwóch przy stole i pilnowali jeden drugiego od niewłaściwego poszczenia, gdyż niektórzy z nas mówili, że gdyby kto pościł z uwielbienia cnoty świętych Pańskich a następnie umarł, śmierć jego będzie policzona w niebiesiech. Przemijały lata i jeden po drugim z mych druhów ginął to w Ziemi Świętej, to wojując przeciwko złym książętom ziemskim, to oczyszczając drogi z łotrzyków; pośród nich zmarł i rycerz z Palestyny, a nakoniec jam pozostał sam jeden. Walczyłem w każdej sprawie, gdzie garstka stawiała czoło liczebnej przewadze; włosy mi posiwiały i ogarnął mnie lęk ogromny, bym nie zginął w niełasce u Boga. Wkońcu przedsię, słysząc, że ta wyspa na zachodzie więcej doznawa wojen i grabieży niżeli inne kraje, przybyłem tutaj i znalazłem, czegom żądał... a oto patrz! przejęty jestem ogromną radością...
Zaczął nucić pieśń łacińską, a im dłużej śpiewał, tem słabszy i cichszy stawał się głos jego. Wtem zwarły mu powieki i wargi półotwarte znieruchomiały; chłopiec poznał, że rycerz nie żyje.
— Opowiedział-ci mi ładną baję, — rzekł, — bo było tam i o bitkach, ale po prawdzie tom ta wiela z tego nie rozumiał; a łeb trzebaby mieć mocny, żeby spamiętać tylachną opowieść!
I wziąwszy miecz rycerza, począł kopać grób w miękkiej glinie. Kopanie szło mu niesporo, to też ledwo uporał się z robotą, gdy blada poświata brzasku zaigrała mu na włosach... kędyś tam nisko w dolinie ozwało się pianie koguta.
— O, — krzyknął nieborak — muszę capnąć tego ptaka!
I co sił w nogach jął zbiegać wąską ścieżką ku dolinie.

∗             ∗




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Butler Yeats i tłumacza: Józef Birkenmajer.