George Sand (Wotowski)/Antrakt

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł George Sand
Podtytuł Aurora Dudevant. Kobieta nieposkromionych namiętności. Ostatnia miłość w życiu Chopina
Wydawca „Drukarnia Teatralna“ F. Syrewicza i S-ki
Data wyd. 1928
Druk „Drukarnia Teatralna“ F. Syrewicza i S-ki
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Julien-Léopold Boilly
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ANTRAKT

Życie George Sand nie byłoby splotem niezwykłych przygód sercowych i powikłań sentymentalnych gdyby autorka „Lelji“ i „Indjany“ po burzliwych przeżyciach z Mussetem poświęciła się wyłącznie pracy literackiej, lub powróciła w zacisze domowego ogniska.
Słusznie zauważył któryś z biografów, iż ciężko sądzić ludzi owej epoki miarą przeciętną naszych dusz. Rozegzaltowane, uniesione jakimś entuzjazmem nam zgoła nieznanym, wywyższone własnemi nieszczęściami, wzdychały wciąż za czemś niezwykłem, pożądały co raz to nowej miłości, namiętności... szału.
Tem właśnie różni się Sand od innych kobiet, których niezbyt budujące postępki notowała historja, że wybryki jej pochodziły nie ze zmysłów a z rozigranej wyobraźni. Gdy wyobraźnia stygła — ubóstwiany zmieniał się w uciążliwego kochanka.
Po Mussecie niezrażona George rozgląda się znów dokoła. Nikogo na bliższym czy dalszym horyzoncie godnego niema — postanawia czas jakiś zamieszkać — oh, w tym Nohant! — i zająć się nieco mężem.
Może tym razem przypływ serdeczny w stronę „dziwacznego“ barona Dudevant? Nie! Chodzi zgoła o coś innego i wręcz w odmiennym kierunku, mianowicie o całkowitą swobodę, o rozwód.
Zdawało się, że mimo pierwszych win, które ongi spowodowały ucieczkę George, nie może być męża chyba więcej pobłażliwego od barona. Toć siedział cicho i nie wtrącał się do przygód żony, o których nie mógł nie wiedzieć, bo mówiła o nich cała Francja.
Skoro jednak zamieszkała w Nohant — począł pokazywać rogi. On, który tak doskonale godził się i na Musseta a nawet posłał list zapraszający do doktora Pagello — ten mąż bez wszelkiej godności — teraz gwałtem usiłował podkreślić swe stanowisko w domu.
— Ja tu rządzę! Jam tu panem — powtarzał.
I znów zaczęły się awantury, jak na początku pożycia, znów tłuczenie butelek za stołem a usiłowania nakłonienia opornej połowicy do posłuszeństwa przy pomocy... kija!
Oczywiście zacne zamiary spełzły na niczem. George obić się nie dała, opisując całą przygodę w dowcipnych listach do przyjaciół, drapnęła z domu i wniosła skargę o rozwód.
Sprawa zapowiadała się istotnie sensacyjnie: z jednej strony mąż „uczynny“, pijak i brutal — z drugiej żona, spacerująca po męsku i wiodąca od lat sześciu żywot, któregoby się nie powstydził żaden uwodziciel zawodowy.
Rozpoczęty w 1835 r. proces zakończył się w kwietniu 1836 r. Na ten czas George przycichła i poczęła wieść żywot wzorowy. Co prawda i ten żywot nie pozbawiony był satelity, bo przy jej boku znalazł się dzielny doradca prawny, adwokat Michel z Bourges, jak go powszechnie nazywano. Jegomość nie stary, bo czterdziestoletni, ale oschły, zasuszony teoretyk, coś w rodzaju trybuna ludowego. O ile w życiu codziennem był beznadziejnie nudny, o tyle posiadał niezwykły dar wymowy a w czasie rozpraw porywał sędziów i tłumy. Ponoć i wcześniej miała się nim zachwycać, tak skora do zachwytów „towarzyszka“ Sand, tymbardziej, że zgadzali się ideowo, łączył ich republikanizm, idee demagogiczne, szczera nienawiść do panującego podówczas we Francji monarchistycznego ustroju.
Jak tam było, mniejsza z tem. Dość, że jeszcze przed procesem, a wkrótce po rozstaniu z Mussetem, nazwisko Michel’a nie schodzi z ust George i pielęgnuje go ona w czasie choroby, stałym swym zwyczajem — wszystkich bowiem do czasu ogromnie pielęgnować lubiła — później za jego namową i przy jego pomocy wszczyna proces.
Proces w ostatecznej instancji sądzony jest w mieście Bourges. Tłumy na rozprawy ściągają niebywałe, ludzie biją się o miejsca. Powszechnie oczekują, że ujrzą George Sand w męskim stroju i pistoletami za pasem. Ogólne rozczarowanie! Zjawia się wraz z obrońcą, oczywiście Michel’em, ubrana, jak pisano „w strój swej płci“, nie wyzywająca, oczy skromnie spuszczone ku ziemi.
Na rozprawie zachowuje się tak, jak gdyby nie o nią chodziło. „Sprawiało wrażenie — nadmienił któryś ze sprawozdawców, — że pani Sand przybyła wyłącznie do sądu, aby zebrać materjały do nowej powieści, mającej za treść perypetje rozwodowe“.
Sam nastrój dla niej niezbyt przychylny. Mimo, iż wszyscy wiedzą, co wart w rzeczy samej pan Kazimierz Dudevant, jednak uważają, że małżonka przekroczyła wszelkie granice dozwolone niewieście, że życiem rozpustnem wywołała taki skandal, iż odpokutować go winna, znosząc nawet wybryki brutalnego małżonka, a nie wyciągać brudy na światło dzienne, strojąc siebie w szaty prześladowanej ofiary. W samym procesie chodzi o dwie rzeczy: o kompletny podział majątkowy i przyznanie skarżącej Nohant, wniesionego w posagu, tudzież o przyznanie całkowite dzieci: syna Maurycego i córki Solange.
Pierwszy przemawia adwokat „obrażonego“ małżonka.
„Pan Dudevant — powiada — szczerze kochał swoją żonę i życie toczyło się bez chmurki aż do 1825 r., kiedy podczas pobytu w Bordeaux po raz pierwszy stwierdził jej niewierność, na co, jako dowód, przyłapany wtedy list wysokiemu sądowi przedkłada... (dowiadujemy się więc o pierwszym wybryku, choć nazwę partnera aż po dziś dzień przemilczała historja)... Mimo, iż na skutek łez i skruchy darował zdradę żonie, poczęła ona niezadługo objawiać taką nierówność humoru, takie kaprysy i fantazje, że doprowadziły one do wyjazdu z domu. Jakiem było dalsze życie pani Dudevant, pisującej pod pseudonimem Sand, zbytecznem jest nadmieniać, są to rzeczy powszechnie znane i sądzę, że nie zaprzecza im sama... I podobna kobieta rości sobie prawa do wychowania dzieci? Jaki przykład dać im może? Czy ze swego życia, czy ze swych książek? Życie jej przedstawia jeden brud! Książki przesiąknięte są ideami głęboko niemoralnemi, odzwierciadlającemi istotne przekonania pisarki! Jeszcze jedna dźwięczy w nich nuta: rozczarowania i zniechęcenia. Tak pani! To, co czyniłaś dotychczas nie dało zadowolenia ani wewnętrznego spokoju! Twoja dusza, wiecznie poszukująca szczęścia a nie potrafiąca go zdobyć — jest w rozterce! Szukasz drogi? Ja ci ją wskażę! Powróć na łono rodziny, stań się z powrotem żoną i matką! Wtedy zyskasz ogólny szacunek... i gdy zechcesz być naprawdę uczciwą kobietą... każdy z nas uchyli przed tobą czoła!“
Na tę mowę, replikował gwałtownie Michel z Bourges. Walczył podwójnie — jako obrońca i jako kochanek.
„A któż — wołał z emfazą — jest winien niewłaściwościom, jeśli nie mąż! Mężczyzna urabia kobietę i taką się ona staje jaką on wychowa! Toć oddaną mu została jako dziecko niemal! Z jakiej strony życie jej pokazał? Ze strony winnych oparów i rozpusty ze służebnemi dziewczynami! Kto ją pozbawił dachu nad głową a brutalnem postępowaniem wygonił niemal z domu? Jakie prawa rościć sobie może obecnie do niej, skoro go nie ciekawiło przez lat sześć, co czyni pędząc życie sama? Toć przez cały ten czas jej postępowaniem nie czuł się dotknięty! Teraz, gdy pani Dudevant nie chce znosić ponownie grubiańskiego obchodzenia — teraz dopiero przypomina sobie o zdradach! O, jaki dziwny mąż!
Nie! Panie szanowny! Skoro chce się rządzić kobietą — należy na to posiadać jakąkolwiek wartość duchową! Skoro tej wartości niema — kobieta władzy nie uzna. A cóż o panu, panie Dudevant, powiedzieć można i o pańskich ważkich argumentach? Wiele słów ciśnie się na usta... lecz milczenie będzie równie wymowne!
Panowie Sędziowie! Gdy chodzi o George Sand nie można do niej przykładać miarki zwykłej kobiety. To nie żona cudzołożna, jak ją usiłuje przedstawić pan Dudevant! Przed nami stoi nietylko nieszczęśliwa, pragnąca się wyzbyć ciążących więzów — ale jedna z najświetniejszych gwiazd naszej literatury, chluba Francji! Można się z nią zgadzać lub nie — podziwiać ją trzeba! Staje przed wami i prosi abyście jej zapewnili spokojny kąt do pracy, by nadal mogła tworzyć dla nas! W imię naszej starej kultury — tego żądam od was, panowie sędziowie!“
Mowa uczyniła wrażenie wielkie, ale nie zdołała rozbić wszelkich uprzedzeń. Zbyt zakorzenione były stare przesądy... by nad „nieco ekscentrycznem“ postępowaniem pani Sand, ot tak, przejść do porządku dziennego — zaś działalność jej literacką, w prowincjonalnem i zapadłem Bourges — poczytywano raczej za sui generis zgorszenie.
Głosy sędziowskie podzieliły się, wobec czego wyznaczono nowy termin rozpraw z udziałem innych ławników.
Lecz obie strony wolały nie oczekiwać na dość niepewną sentencję Temidy — spór zakończono polubownie. W myśl układu pani Sand otrzymywała ukochane Nohant, zobowiązując się pokrzywdzonemu małżonkowi wypłacać dość znaczną roczną rentę. Dzieci pozostały przy niej.
Mimo umowy, niesnaski między stronami trwały czas jakiś: musiała siłą odbierać córkę Solange, podstępnie wykradzioną przez ojca, pragnącego snać podwyżki renty. — W 1841 r. dopominał się on gwałtownie o „piętnaście słoików konfitur i piecyk żelazny wartości piętnastu franków“.
Przyznać trzeba, że był gentlemanem o szerokim geście!
Pozbywszy się ostatecznie małżonka, Sand szybko pozbyła się wszelkich więzów innych, bo jak fama głosi — równie szybko udzieliła „dymisji“ — „temu poczciwemu“ Michel’owi z Bourges!
Murzyn uczynił swoje — murzyn mógł odejść! Już to zbytnią wdzięcznością nie odznaczała się nigdy, chyba w mowach wielce sławnego swego obrońcy Michel’a.
Zapewne i on ostatecznie doszedł do podobnego przekonania.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.