George Sand (Wotowski)/Klasztor w Valdemosie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł George Sand
Podtytuł Aurora Dudevant. Kobieta nieposkromionych namiętności. Ostatnia miłość w życiu Chopina
Wydawca „Drukarnia Teatralna“ F. Syrewicza i S-ki
Data wyd. 1928
Druk „Drukarnia Teatralna“ F. Syrewicza i S-ki
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Julien-Léopold Boilly
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


KLASZTOR W VALDEMOSIE.

Majorka, przepiękna hiszpańska wyspa, tonąca śród zieleni i egzotycznego kwiecia...
A George znów siedzi zamyślona i smutna.
Po paru tygodniach pogody nastał okres deszczów. Chopin zaziębił się, począł pluć krwią, leży w ostatnim, najmniej wilgotnym pokoju wynajętego domku „Son Vento“.
„Son Vento“ znaczy „dom wietrzny“; istotnie jest to dom wietrzny, bo nie daje zabezpieczenia od przenikliwego chłodu a od nieustannej słoty ściany i wapno, któremi były tynkowane, wzdęły się jak gąbka...
— Nie martw się Chip (tak zdrobniale nazywa Chopina) — lada dzień będziesz zdrów, wszystko minie!...
— Dałby Bóg... odpowiada jej szeptem, spalonemi od gorączki ustami.
Sand pociesza, lecz w gruncie czuje przygnębienie. Zawezwani lekarze nie wiele pomóc mogą, krwotoki zaś Fryderyka zgrozą napełniają domowników, mających zabobonny lęk przed suchotnikami. Nikt choremu usługiwać nie chce, służba ucieka, senor Gomez, właściciel willi, wymówił mieszkanie, każąc lokatorom wybielić je na swój koszt, spalić rzeczy i pościel. Zatargi i szykany stają się tak dokuczliwe, że aż musiał interwenjować konsul francuski, w obronie nieszczęsnych podróżnych. Trzeba koniecznie wyszukać inne locum.
— Skoro ci tylko się polepszy, natychmiast się przenosimy od tych złych ludzi... mówi.
— Dokąd? — pyta Chopin
— Wynalazłam znakomite schronienie. Tam prześladowania ustaną. W opuszczonym klasztorze po Karmelitach w Valdemosie są trzy wielkie cele. Urządzimy je zakupionemi na miejscu meblami... Prawdziwie romantyczne gniazdko! Zdala od wszystkich!... Ty będziesz grał, fortepian „Pleyel’a“ z Paryża już przybył, ja pocznę tworzyć...
— Świetny pomysł! Muszę ozdrowieć... i uciekniemy z „Son Vento“!
Istotnie w połowie grudnia zdrowie Chopina poprawia się na tyle, że przeprowadzka może się odbyć bez przeszkód.


∗                    ∗

Klasztor w Valdemosie, oddalony o parę kilometrów od Palmy, stolicy Majorki, gdzie dotąd przebywali, jest istotnie romantyczny i z zagrobowym posmakiem. Długie, rzekłbyś bez końca, mroczne kurytarze, ciemne cele, pełno tajemniczych zakamarków. Klasztor sprawia na tyle niesamowite wrażenie, że bynajmniej nie przeczulona i nerwowa pani Sand, przyznaje sama, iż nigdy wieczorem nie mogła przejść kurytarzami, by nie dostawała dreszczu nieokreślonego lęku, z czem jednak się nie zdradzała, nie chcąc wpajać obawy w swe dzieci.
— Słyszysz? — szepce kiedyś wieczorem pobladły Fryderyk.
— Nic nie słyszę!
— Posłuchaj uważnie!
George słucha i z kolei blednie. Jakiś niewytłomaczony dźwięk dobiega z zewnątrz. Jakby dźwięk setek orzechów, toczących się po schodach. Nie mogąc znieść niepewności wybiegają z celi.
— Kto to? Co tam?
Kurytarz ciemny i pusty, ale dziwne odgłosy są coraz bliżej. Wkrótce słaby blask rozświetla sklepienia a w świetle ukazuje się piekielna sarabanda. Maszkary, potwory, djabliki, korowód prowadzi czart z czerwonemi rogami, we własnej osobie.
— Et! — śmieje się Sand.
To tylko wiejskie dziewczęta i chłopaki poprzebierali się w maskaradowe stroje, aby dorocznym zwyczajem, w odnajętych sąsiednich celach, urządzić swój tradycyjny bal... Dźwięki poprzedzające ich — to był odgłos kastanjet, wtórujących do skocznej „coplity“.
Wszystkie jednak podobne emocje, nie mogły oddziaływać dobrze na zdrowie Chopina. Po chwilowem polepszeniu przyszło dziwne podniecenie nerwowe, skłonność do halucynacji. W takich momentach tworzy i ból przeżyć odzwierciadla się w twórczości całkowicie.
Najbardziej bodaj charakterystyczną jest geneza t.zw. „preludjum ze spadającemi kroplami“.
Pewnego razu George Sand, uważając, że dnia tego Chopin miewa się lepiej, udała się wraz z dziećmi po jakieś zakupy do Palmy. Miała powrócić niezadługo. Mija tymczasem godzina, dwie, trzy... kochanki niema a zrywa się straszliwa burza, później trwa ulewa... zapada noc...
Chopin przez szereg godzin jest jak oszalały. Przechodzi tortury trwogi, oczekiwania najgorszych przypuszczeń... w końcu siada do pianina, poczyna tworzyć, zapomina o rzeczywistości. Gra a łzy mu płyną po twarzy...
Gdy po upływie sześciu godzin, przybywa koło północy pani Sand z dziećmi, przemoczona i bosa, śród potopu ledwie dobrnęła do domu — spoziera na nią nieprzytomnym wzrokiem.
Nagle wstaje, wydając niezrozumiały okrzyk, woła:
— Wiedziałem, że umarliście... i zemdlał.
Skoro przyszedł do przytomności, mówił:
— Więc spotkaliśmy się w krainie umarłych.
— Ależ spójrz na mnie, zawołała, przecież ja żyję!
— A mnie się wydało, że utonęliście śród powodzi i leżycie w głębi jeziora. Wydało mi się, że wraz z wami umarłem a krople wody wolno spadają na moją pierś...
W taki sen na jawie zapadł Chopin przy fortepianie.
Istnieje różnica zdań, które z preludjów jest owem „ze spadającemi kroplami“. Według większości historyków i biografów ma niem być — oznaczone № 6.
Trawiony ciągłemi wizjami, niepokojem, chorobą, Chopin znienawidził Majorkę. Marzył tylko o tem, aby wydostać się z przeklętej wyspy, ale z powodu złej pogody powrót został odcięty.
Nareszcie koło połowy lutego wichry zimowe ustają i „El Mallorquin“, jedyny żaglowiec, kursujący pomiędzy Palmą i Barceloną po dwumiesięcznym pobycie — zabiera na swój pokład zniechęconych i rozgoryczonych podróżników. Na statku Chopin dostaje krwotoku. Dają mu najgorszy leżak, mówiąc, że trzeba go będzie potem spalić. Dopiero konsul francuski, na wieść o ich przybyciu do Barcelony, zaprasza na pokład wojennego brick’u „Meleagre“, gdzie doktór nakoniec zatrzymuje krwotok.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.