<<< Dane tekstu >>>
Autor Taras Szewczenko
Tytuł Hajdamacy. Wstęp
Pochodzenie Poezje
Wydawca Ukraiński Instytut Naukowy
Data wyd. 1936
Druk Druk B-ci Drapczyńskich
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leonard Sowiński
Ilustrator Taras Szewczenko
Tytuł orygin. Гайдамаки. Ветуп і епілог.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały wybór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ГАЙДАМАКИ
Przełożył
Ветуп і епілог.
LEONARD SOWIŃSKI


HAJDAMACY
WSTĘP

Świat stoi, a wszystko i mija i ginie...
Lecz o tem, skąd idzie i kędy przepada, —
I dureń, i mądry nie wiedzieć co gada...
Ten żyje, ów kona... Owo się rozwinie,

A tamto zwiędnieje, na wieki zwiędnieje...

I liście pożółkłe gdzieś wicher rozwieje.
A świat tak i będzie, taki sam wschód słońca,
I gwiazdy tak samo popłyną bez końca,
I ty, jak i zwykle, o mój białolicy!

Po niebios błękitach w noc jasną przelecisz,
10 

Popatrzysz się w czyste zwierciadło krynicy
I w morze bez granic — i znowu zaświecisz,
Jak nad Babilonu wiszącym ogrodem,
Nad starą mogiłą i biednym jej rodem.

O wieczny mój! Z tobą, sam nie wiem dlaczego,
15 

Jak z bratem czy z siostrą, rozmawiam z ochotą
I dumkę ci śpiewam z natchnienia twojego...
Ach, radźże mi dzisiaj z tą krwawą tęsknotą!
Nie jestem samotny, nie jestem sierotą.

Mam dziatki, a nie wiem, co robić mam z niemi!
20 

Grzech ukryć je w sobie — te duchy żyjące,
Bo może to braci pocieszy na ziemi,
Gdy ujrzą te słowa i łzy te palące,
Któremi pieśń moja płakała nad niemi...

O, nie! Nie ukryję — wszak to duch żyjący!
25 

Jak błękit niebieski bez granic widnieje,
Tak duch bez początku i śmierci istnieje...
Lecz gdzieżto on będzie?... dźwięk przemijający!...
Ach! Dajcież przynajmniej choć pamięć mi swoją,

Bo ciężką jest piersi bezsławna mogiła.
30 

Kochała was ona, o kwiaty wy moje!
I dolę tę waszą opiewać lubiła.
Tymczasem do świtu zaśnijcie, me dzieci,
A ja wam watażki poszukam po świecie.

Hejże, zuchy, Hajdamacy!
35 

Świat wielki dowoli,
Lećcie, chłopcy, pohulajcie,
Poszukajcie doli.
Syny moje niedorosłe,

Nierozumne dzieci,
40 

Kto was szczerze, sierot biednych,
Przygarnie na świecie?
Syny moje, orły moje!
Hej, na Ukrainę!

Choć i licho tam się zdarzy,
45 

To pośród rodziny.
Tam znajdziecie dusze szczere,
Zginąć wam nie dadzą;
A tu... a tu... ciężko, dziatki!

Kiedy do dom zaprowadzą,
50 

Powitają was ze śmiechem,
Ten już zwyczaj mają —
Wszyscy wielcy, drukowani,
Słońce nawet łają:

„Nie z tej strony — mówią — wschodzi
55 

I niedobrze świeci,
Takby — mówią — należało...”
Co tu robić, dzieci!
Trzeba słuchać, któż wie? Może

Nie tak słońce wschodzi —
60 

Toć piśmienni wyczytali...
Rozum dziwa płodzi!
A cóż na was rzekną oni?
O, znam waszą sławę!

„Niech — powiedzą — spoczywają,
65 

Póki ojciec wstanie
I rozpowie po naszemu
O tym tam hetmanie!
Co tam kiep ten wygaduje

Zmarłemi słowami —
70 

I jakiegoś tam Jaremę
Prowadzi przed nami,
Odzianego w świtę szarą
I w łapcie łyczane...

Ej, napróżno widać w szkole
75 

Łatano ci boki!
Po Kozactwie, po Hetmaństwie
Mogiły wysokie,
Nic się więcej nie zostało,

I te — rozkopane.
80 

Próżna praca, panie bracie!
Jeśli chcesz mieć grosze,
A w dodatku sławę próżną,
Śpiewaj nam Matrioszę,

Lub Nataszę, radość naszą,
85 

Sułtan, parkiet, szpory —
Ot gdzie sława!... a on śpiewa
Hraje synie more” —
I sam płacze, za nim szlocha

Siermiężna gromada...”
90 

Prawda, prawda, mędrce moi!
Dzięki — i to rada!
Kożuch dobry, szkoda tylko,
Że nie na mnie szyty,

A rozumne słowo wasze
95 

Łgarstwami podbito.
Wybaczajcie — dla słów takich
Uszu niema u mnie.
Nie zaproszę was do siebie, —

Wy bardzo rozumni,
100 

A ja dureń; wolę sobie
W kącie mojej chatki
Sam zaśpiewać i zapłakać,
Jak dziecię bez matki.

Oj, zaśpiewam — igra morze,
105 

Wichry powiewają,
Step czernieje i mogiły
Z wiatrem rozmawiają.
Oj, zaśpiewam — rozwarły się

Mogiły wysokie,
110 

Zaporoże aż po morze
Kryje step szeroki,
Atamani na bachmatach
Poprzed buńczukami

Przelatują, a porohy
115 

Między sitowiami
Ryczą, jęczą — gniewają się,
Nucą coś strasznego.
Przysłucham się, rozżalę się,

Zapytam którego:
120 

„Czemu, starzy, smutni tacy?”
— „Synu, zła godzina...
Dniepr się na nas gniewa czegoś,
Płacze Ukraina!”

I ja płaczę... A tymczasem
125 

Świetnemi pocztami
Występują atamani,
Setnicy z panami
I hetmani, — każdy w złocie,

Chatki mej nie minie...
130 

Weszli, kupią się koło mnie
I o Ukrainie
Rozmawiają — wspominają:
Jak Sicz budowali,

Jak kozacy na bajdakach
135 

Porohy mijali,
Jak po morzu buszowali,
Grzali się w Skutarze —
I jak, lulki zapaliwszy

W Polsce na pożarze,
140 

Znów witali Ukrainę,
Jak bankietowali...
„Rżnij, kobzarzu, lej, szynkarzu!” —
Kozacy hukali!

Dziad nalewa, nie poziewa,
145 

Nie odpocznie, rwie się.
Kobzarz uciął, a kozacy —
Aż Chortyca gnie się...
Metelicę i hopaki

Hurtem odcinają,
150 

Kufle chodzą i przechodzą,
Tak i wysychają.
„Hulaj, panie, nie w żupanie,
Wichrze, pośród pola!

Graj, kobzarzu, lej szynkarzu,
155 

Póki wstanie dola!”
W bok się wziąwszy, na przysiadki
Parobcy z dziad?mi.
„Ot tak, chłopcy, dobrze dziatki,

Będziecie panami!”
160 

Atamani wpośród uczty,
Niby jaka rada,
Chodzą sobie, rozmawiają..
Wielmożna gromada

Nie wytrzyma — i tupnęła
165 

Staremi nogami...
A ja patrzę, wpatruję się
I śmieję się łzami, —
Ach, śmieję się, patrzę, zalewam się łzami, —

Nie jestem sam jeden, jest z kim żyć na świecie;
170 

Wśród domku mojego, jak w stepie gdzieś przecie,
Kozacy hulają, gaj szumi drzewami,
Mogiła śni dumki smutne żałobą
I morze gra sine, topola powiewa,

Cichuteńko dziewczę Hrycia sobie śpiewa,
175 

Nie jestem sam jeden, — jest żyć z kim do grobu.
Ot gdzie dobro moje, grosze
I sława poczciwa,
A za radę dziękuję wam,

Bo rada zdradliwa!
180 

Póki życia, poprzestanę
Na martwem tem słowie,
By wylewać łzy i smutek...
Bywajcie mi zdrowi!

Czas mi w drogę już wyprawiać
185 

Dziatki serca mego,
Niech ruszają, może znajdą
Kozaka starego,
Co powita syny swoje

Sędziwemi łzami —
190 

Dość mi tego, raz więc jeszcze:
Pan ja nad panami!

1841.7.IV
Petersburg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Taras Szewczenko i tłumacza: Leonard Sowiński.