Józef Balsamo/Tom IX/Rozdział CXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Wydawca Wende i spółka
Data wyd. 1925
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IX
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
CXVI
ROMANS GILBERTA

Gilbert był śmiertelnie blady i drżał całem ciałem.
Andrea, na widok nieznajomego mężczyzny, otarła co prędzej oczy.
Młody ogrodnik nie tak prędko przyszedł do siebie.
— Ach! to pan Gilbert — rzekła Andrea tym pańskim tonem, jakim zwykle przemawiała do niego.
Chłopak był tak zmieniony, iż nawet dumna dziewczyna musiała to zauważyć.
— Co ci się stało, panie Gilbercie? — spytała — musisz mieć jakieś zmartwienie.
— Chcę je właśnie pani wyjawić! — odparł melancholijnie zapytany, który w tych spokojnych napozór słowach odczuł jednakże ironję.
— Ta-a-a-k?
— Martwię się, widząc, że pani cierpi.
— Któż panu mówił, że ja cierpię?
— Widzę to, proszę pani.
— Mylisz się zatem, mój panie, nie mam żadnego zmartwienia.
— Panienko — odparł Gilbert, przeczuwając burzę — słyszałem pani skargę.
— Podsłuchiwałeś mnie?!
— Przepraszam panią, ale to doprawdy przypadkiem.
— Przypadek! Zrozpaczona jestem, mój panie, że przypadek zawsze stawia pana na mojej drodze Zresztą, co pana zasmuca?...
— Nie mogę znieść widoku płaczącej kobiety — odpowiedział Gilbert, tonem, który się bardzo nie podobał dumnej baronównie.
— Nie cierpię litości, mój panie, a twojej nie potrzebuję zupełnie.
— Wyrządzasz mi, pani, krzywdę, postępując ze mną w ten sposób — odrzekł obrażony do żywego — słyszałem, że panienka skarżyła się przed panem Filipem na swą samotność i opuszczenie. To nieprawda!... Panna de Taverney nie będzie nigdy opuszczona, dopóki ja żyć będę na świecie, dopóki serce moje bije, a głowa myśli!
Młody chłopak wypowiedział te słowa z taką godnością i z takim zapałem, że wzruszyłby był każdego. Na nieszczęście biedny Gilbert bardzo nie podobał się Andrei; w każdem jego słowie, a nawet spojrzeniu, widziała obrazę dla siebie.
Pierwszą jej myślą było wstać i odejść, ale była zanadto zdenerwowaną; zresztą pomyślała, iż gdyby wstała mógłby ją ktokolwiek spotkać w towarzystwie Gilberta! Pozostała więc na miejscu, chcąc zdeptać tego robaka i pozbyć się go raz na zawsze.
— Zdaje mi się, iż mówiłam ci już kiedyś, mój panie, że ton, jakim się odzywasz, bardzo mi się nie podoba. Wogóle nie podoba mi się całe zachowanie twoje, panie Gilbercie. Co to znaczy to narzucanie mi się ze swoją osobą?
— Sądzę — odrzekł blady, jak chusta, Gilbert — sądzę, że sympatja, okazywana uczciwej kobiecie, nie powinna jej obrażać.
Jesteś pani takim samym człowiekiem jak ja, którego nie po ludzku traktujesz, chociaż więcej może, niż każdy inny, zasługuję na względy pani.
Andrea oburzyła się na serjo i spojrzała wielkiemi swemi oczyma, tak impertynencko, jak tylko wielkie damy patrzeć umieją.
— Sympatja? Pan masz dla mnie sympatję, panie Gilbercie? Szalony jesteś, mój ogrodniku.
— Nie jestem szalonym — odezwał się dumnie chłopak — nie jesteś pani niczem wyższem ode mnie, a przytem przypadek uczynił cię moją dłużniczką.
— Znowu przypadek? — powtórzyła ironicznie Andrea.
— Opatrzność, chciałem powiedzieć. Nie wspominałbym nigdy o tem, gdybyś pani nie obraziła mnie ciężko.
— Jestem zatem pańską dłużniczką?! Czy ja się nie przesłyszałam, mój panie?
— Wstydzę się za panią, bo jesteś niewdzięczną; Bóg obdarzył cię olśniewającą urodą, ale wad przeróżnych wcale ci nie poskąpił.
Andrea zerwała się z miejsca.
— Przepraszam panią, zapomniałem się dlatego tylko, iż mnie pani podrażniła swem postępowaniem.
Baronówna wybuchnęła głośnym, ironicznym, raniącym wszelkie uczucia, śmiechem, to też Gilbert rozjątrzony był do najwyższego stopnia, lubo nie dał tego poznać po sobie. Skrzyżował ręce na piersiach i czekał.
— Niech mi pani raczy odpowiedzieć na jedno tylko pytanie:
Czy szanuje pani swego ojca?
— Co to, pan Gilbert śmie mi stawiać pytania?! — zawołała Andrea z wyższością.
— Kochasz pani swego ojca, wiem dobrze o tem ciągnął chłopak — i to dlatego jedynie że dał pani życie, — szanujesz go i kochasz. Z jakiej przyczyny obrażasz mnie, pani, i dlaczego szydzisz ze mnie? Ze mnie, który uratowałem ci życie?
— Jam panu winna życie?!
— Nie wiesz pani o tem, lub może nie pamiętasz; nic dziwnego, rok już upłynął od tego czasu.
Dowiedz-że się, panno Taverney, iż uratowałem cię od śmierci, narażając swoje życie.
— Przynajmniej bądź pan łaskaw wytłumaczyć mi gdzie i kiedy to było? — spytała drżąc Andrea.
— Było to tego dnia, gdy sto tysięcy osób biło się i mordowało na placu...
— A! trzydziestego pierwszego maja.
— Tak jest, proszę pani.
Baronówna odetchnęła.
— To wtedy mi pan Gilbert uratował życie?
— Wtedy, szanowna pani.
— Pan jesteś zatem baronem Balsamo, przepraszam, ale nic o tem nie wiedziałam.
— Nie, ja nie jestem baronem Balsamo — zawołał gorąco Gilbert — jestem biednem dzieckiem ludu i jestem tak szalonym, głupim i nieszczęśliwym, iż kocham panią; to ja wśród tysiąca głosów poznałem twój głos rozpaczny, wołający ratunku, ja nie bałem się wynieść ciebie z pośród trupów i szaleńców, którzy tratowali wszystkich po drodze. Oddałem cię pani w opiekę potężniejszemu od siebie, baronowi Balsamo, aby cię gdzie ukrył, a czas był nato najwyższy; uderzony w głowę, padłem na ziemię, przyciskając do ust szarfę twoją, która pozostała mi w ręku. Nawet w tej chwili nie pamiętałem o sobie, dziękowałem Bogu, iż uratowałem panią.
Gilbert mówił z zapałem młodości, z naiwnością i całą miłością, jaka mu przepełniała serce.
Andrea, spojrzała nań ze zdumieniem, niecierpiała go jednakże do tego stopnia, że nie chciała uwierzyć jego słowom; coś nakształt walki toczyło się w jej umyśle i sercu.
Gilbert, rozgniewany tem zimnem milczeniem, odezwał się pierwszy.
— Zatem, panno Andreo, nie masz pani prawa lekceważyć mnie, byłaby to już nie niesprawiedliwość, ale niewdzięczność!
Dumna baronówna podniosła głowę i spytała pogardliwie:
— Jak długo, panie Gilbercie, mieszkałeś u pana Rousseau?
— Zdaje mi się, że trzy miesiące — odrzekł naiwnie Gilbert — no i przez czas choroby mojej.
— Choroba pańska wcale mnie nie obchodzi — przerwała nielitościwie Andrea — chciałam panu tylko powiedzieć, iż przez trzy miesiące bardzo dużo skorzystałeś u mistrza, komponujesz romanse, które pod względem fantazji przewyższają dzieła pana Rousseau.
Chłopak rzucił się naprzód jak lew raniony.
— Romanse! — wykrzyknął boleśnie — pani nazywasz moje opowiadanie romansem?
— Tak, mój panie, romansem, powtarzam ten wyraz, który zdaje się dziwić pana Gilberta.
— Czy to wszystko, co mi pani miała powiedzieć? — szepnął ze ściśniętem sercem.
— Nie mam ani chęci, ani potrzeby wdawać się z panem w dłuższą rozmowę, zresztą Nicolina mnie poszukuje. Podniosła się z ławeczki.
Nicolina szukała rzeczywiście swej pani i ze zdumieniem poznała w towarzyszu baronówny, Gilberta.
— Czego chcesz, moje dziecko? — spytała słodko Andrea, jakby chcąc dać uczuć biednemu ogrodnikowi, że tylko do niego odzywa się tak surowo.
— Pan baron de Taverney i książę de Richelieu są u panienki.
— Chodźmy więc.
Odeszły, zostawiając wściekłego Gilberta; chłopak zacisnął zęby i mruknął, grożąc nieprzyjaciółce:
— Istoto bez serca i duszy, uratowałem ci życie, boś dla mnie była świętą jak Madonna. Teraz poznałem kim jesteś: zwykłą kobietą, jak ja mężczyzną...
Przyjdzie czas, że zemszczę się na tobie, dumna arystokratko! zemszczę się nad tobą, przeklęta baronówno de Taverney! dwa razy byłaś na mej łasce, dwa razy uszanowałem twą godność. Baczność, panno Andreo, po raz trzeci nie radzę ci zależeć od Gilberta!! Dowidzenia, Andreo!!
I z krwią zaszłemi źrenicami rzucił się w ogród jak wilk zraniony.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.