<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kamienica w Długim Rynku
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1868
Druk J. Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Z wielką niecierpliwością oczekiwał pułkownik odpowiedzi na list swój do Jana Alberta Paparony.
Był wszakże wyrozumialszym od Jakuba na opóźnienie się jéj, bo sam należał do tych ludzi, którzy pisać nie lubią, a odpisywać na listy nie cierpią. Jan Albert prawowierny szlachcic, nienawidził także papiéru i kałamarza. Atrament zwykle wysychał mu, a papiéru ostatecznie pożyczano z folwarku... I ten więc list gdy nadszedł, położył go na stoliku mówiąc: — Zobaczymy! będzie na to czas... a że się musiał rozwiedziéć się o spadek, namyśléć i doczekać chwili usposobienia do pisania tego nieszczęsnego listu, upłynął więc miesiąc bez odpowiedzi, a pułkownik pchnął drugi list na pocztę. Jan Albert odebrawszy go aż splunął. — A to gorączka kuzynek, kąpany w ukropie... Ale znowu list położył... i nie rychło się zebrał na odpowiedź. Była ona wcale niezadowalająca; w sprawie spadku po Opalińskich zaszły zmiany, scheda Paparony stawała się wątpliwą... trzeba było czekać szczęśliwszych okoliczności i rozwinięcia się pomyślniejszego procesu, który już trwał lat dwadzieścia a obiecywał potrwać drugie tyle. Nikt téż pretensyi wątpliwéj jeszcze nabywać nie chciał.
Pułkownik ostatecznie pogniéwał się, list zmiął i rzucił na klatkę z papugą, ta zaczęła wrzeszczéć.
— Nie mieliśmy téj sukcesyi, obchodziliśmy się bez niéj, no to ją liczemy za straconą i kwita.
Poszedł zaraz do Jakuba i oznajmił mu bez ogródki, że równie na obietnice Jana Alberta, jak na spadek rachować wcale nie należy. Jakub z góry to przewidział i przyjął obojętnie.
W sprawie sprzedaży willi szło opornie. Zgłaszali się kontrahenci, ale każdy nowy nabywca coraz mniéj ofiarował. Byłyto spottpreise, jak mówił plenipotent, niepodobna już oddać własności. Willa w istocie okazywała się nader trudną do sprzedania. Kapitał w nią włożony rentować nie mógł, jak się wyrażali kupcy, nabywcą byłby chyba któś dla fantazyi — dla przebycia kilku miesięcy w lecie, a że budowy choć kosztowne i ogromne były zruinowane, wymagały więc jeszcze znacznego nakładu.
Koniec końcem... położenie Paparonów z dniem każdym stawało się cięższém, pensya pułkownika na utrzymanie domu wystarczyć w żaden sposób nie mogła, dochodów nie mieli żadnych, willi sprzedać nie było można... groził prawie niedostatek, zapasów żadnych nie mieli...
Pocichu Wiktor radził z Jakubem, bo nie chcieli aby o tém Klara wiedziała, nie domyślając się wcale, iż ona także, ich oszczędzając troski, pracowała nad wynalezieniem środków do życia.
Z energią charakterowi swojemu właściwą, Klara w sobie ich szukała. Wychowanie jéj staranne, muzykalne ukształcenie wysokie, umiejętność języków, znajomość sztuki w ogóle były materyałem na którym cóś zbudować myślała.
Zrazu chciała pojechać do Berlina, Hamburga, Drezna i dać kilka koncertów, ale zastanowiwszy się nad trudnościami, nad współzawodnictwem, niepowodzeniem wielu artystów — cofnęła się... Dawanie lekcyj było możliwém bardzo, ani się go wstydzić mogła... ale w Niemczech znakomitości nawet biorą po talarze za godzinę, a początkujący często połową i jedną trzecią się zadowalają.
Gdyby więc nawet lekcye znaléźć się mogły obfite (o co znowu przy stosunkach teraźniejszych łatwo nie było) cały dzień pracy ledwieby dał całodzienne utrzymanie ubogie.
Nie bez zajęcia dla czytelników naszych być może, kilka słów o sztuce i żywocie artystycznym w Niemczech.
Sztuka ze wszystkiemi swemi gałęziami, gra bezsprzecznie rolę niepoślednią w życiu naszych sąsiadów; Niemcy są muzykalni, lubią malarstwo i czytanie. Ale zaspokojenie tych potrzeb ducha obyczajem narodowym obrachowane jest na taką skalę, aby dla wszystkich niemal było przystępném. Piękne obrazy widzi się, ocenia, lubuje niemi po galeryach publicznych, najcelniejsze dzieła Haydn’a, Mozart’a, Mendelsohna, Schumanna, Schubert’a wykonywają się na publicznych koncertach do których wstęp kosztuje czasem półtrzecia grosza, naostatek najnowsze utwory Freytag’a, Auerbach’a, Halm’a, Mosen’a, Heysego i t. p. pożycza się w czytelni i zapoznaje z niemi bez kosztu. Książek prawie nie kupują prywatni. Wychowaniu starczą szkoły, tanie kursa publiczne, akademie... Z wyjątkiem bardzo niewielu rodzin bogatych, arystokratycznych, lub do najwyższéj finansowéj arystokracyi należących, wszyscy się kształcą i używają owoców sztuki u tych źródeł popularnych... a tanich... Piękna Klara mogła się po głębszym rozmyśle przekonać, jak jéj będzie trudno pracą do któréj się czuła usposobioną wyrobić życie niezależne. Ale zarazem miała tak nieprzełamaną wolą dokonania tego, iż ją trudności piérwsze odstręczyć nie mogły.
Jedna z jéj dawnych nauczycielek utrzymywała teraz pensyą. Były z sobą w przyjaźni od dawna, a pani Lamm okazywała jéj zawsze najgorętsze współczucie; oprócz tego znała ona lepiéj niż ktokolwiekbądź talenta Klary, jéj rozwinięcie i charakter... Na nią, jak się zdawało mogła z pewnością rachować że jéj w pomoc przyjdzie.
Wybrawszy poobiednią godzinę, Klara ukradkiem prawie się wymknęła do dawnéj przyjaciółki.
Adelina Lamm była osobą dobrą, światłą, miłą, łagodną — ale miała czworo dzieci, była matką, a troska o rodzinę czyniła ją bojaźliwą o chléb powszedni. Mąż jéj, nieznana wcale figura, posłuszny kobiécie któréj wielką wyższość uznawał, nie mieszał się do niczego. Służył on w magistracie, miał maleńką pensyjkę, utrzymywał się z niéj a w domu dostawał mieszkanie i stół, dając godziny kaligrafii i arytmetyki... Pensya pani Lamm szła wcale nie źle, eksternów było dosyć... kilka panienek na stole... Ale rok każdy nową trwogą napawał nieszczęśliwą Adelinę... czy będą uczennice? ile? a jeśli ich zabraknie, z czego się utrzymać? i t. p.
Po piérwszém serdeczném przywitaniu, po pytaniach o zdrowie i rodzinę, biedna Klara musiała mimo wstrętu... przystąpić do interesu który ją sprowadzał.
— Moja droga Adelino — rzekła biorąc jéj rękę, przychodzę do ciebie w imię dawnéj naszéj przyjaźni z prośbą...
Pani Lamm z ciekawością się do niéj przybliżyła, z dobrze rokującém zajęciem. — Mów, moja droga, jeśli ci czém służyć mogę.
— Możesz, byleś chciała zrobić mi największą w świecie przysługę, odpowiedziała Klara. Nic przed tobą taić nie chcę, jesteśmy chwilowo w położeniu najprzykrzejszém... ojciec mój uznał stosowném porzucić posadę jaką miał u Fiszera, nie łatwo o inną. Miarkować możesz iż chciałabym moją pracą być mu użyteczną... Wiész co umiem i czy umiem co takiego, coby ci się przydać mogło? Możesz mi, krótko mówiąc — dać u siebie zatrudnienie, lekcye i zarobek?
Pani Lamm ze współczuciem pochyliła się ku niéj.
— Biédne dziecko! zawołała, ty! dawać lekcye! mój Boże...
— Bądź pewna, że potrafię, że będę pracować...
— O! nie wątpię — ale ile cię to kosztować będzie!
— O! nic a nic — dopełnię świętego obowiązku...
— Dobrze więc, posłuchaj mnie teraz i wierz iż to co ci powiem, będzie szczérą, poczciwą prawdą. Od lat kilku mam nauczycielki i nauczycieli... bez powodu rozstać się z nimi niepodobna. Zważ i to że dla ciebie może chwilowo tylko, i spodziéwam się na niedługo potrzeba tych lekcyj. Jeśli przyjmę twoję ofiarę, usunę kogoś innego, obrażę, jakże do niego potém powrócę?
— To prawda, odpowiedziała Klara, ale przecież jakoś w życiu pracę się poczyna, radź mi!
— Wiész jak się poczyna, westchnęła pani Lamm — oto wchodzi się na maleńką jakąś posadę, i powoli dobija lepszego położenia, gdy śmierć, słabość, wypadek miejsce opróżnią. Musiałabyś więc poczynać od tak mało przynoszącéj pracy...
— Ale zacznę od najmniejszéj... byle mi przyniosła nadzieję... odpowiedziała Klara.
— Nie zapomniałaś muzyki? spytała przyjaciołka.
— O! nie, uczę się, pracuję, zawołała wstając z krzesła przybyła, chcesz bym ci zagrała co?
— Nie! nie, przecież egzaminu słuchać cię nie będę, śmiejąc się odparła przyjaciołka... Ale początki! gammy, egzercyzye! Zniesieszże ty to, ty co jesteś w duszy artystką?
— Zniosę... nawet a, b, c, początkujących... westchnęła Klara... ale weź mnie, weź proszę.
— A wiészże co my po pensyach płacimy za taką godzinę?
— Nie mam wyobrażenia.
— Dziesięć groszy...
— Dziesięć groszy! powtórzyła smutnie Klara... a starsze uczennice?
— Do starszych uczennic gdybym nie wzięła pana Caroli, który tu używa reputacyi piérwszego wirtuoza, rodziceby mi córki poodbiérali. Każda z nich musi się pochwalić że brała lekcye u pana Caroli.
Klara westchnęła.
— Caroli gra tak... tak niesumiennie!
— Dodaj tak bezecnie, cicho szepnęła Lamm, i tak mnie zdziéra! ale Caroli grą nieznawców zachwyca, bo ich bałamuci, ma wielbicieli, stosunki, klikę, partyą, protektorów... Spisek na mnie zrobiwszy, pensyąby zdyskredytował. Muszę go strzedz jak oberwanego palca... chuchać, pieścić, szanować, uśmiéchać mu się... inaczéj...
Klara westchnęła powtórnie.
— O moja droga, rzekła — tyle mówiemy, piszemy, tak kochamy wszyscy sztukę, a jak ona w ogóle źle pojęta i nizko stoi... jak w tym świecie sztuki, któryby powinien być czysty i święty, brudno i smutno, gdy się zajrzy do głębi...
Po tym wykrzykniku mimowolnym prawie, Klara podniosła głowę z weselszym wyrazem, który sobie nadać usiłowała.
— A więc, rzekła — lekcye po groszy dziesięć i gammy? Kiedyż mam przychodzić? i ile tych godzin dasz mi moja najdroższa?
Na tę rezygnacyą spokojną pani Lamm rzuciła się jéj na szyję.
— Czekaj, rzekła — moja Francuzica stara, na kilka miesięcy podobno skazana do łóżka, ja ją zastępuję sama, ale mi czasu brak... Odstępuję ci lekcyj języka francuzkiego w dwóch wyższych klasach. Chcesz?
— Droga moja! Jam przyszła po jałmużnę pracy — wezmę co mi dasz i uwielbiam cię za to.
Pozostawało tylko umówić się już o godziny, co nastąpiło łatwo. Klara wyszła uradowana, szczęśliwa spełnieniem obowiązku, z pewną dumą iż cóś przysporzyć może o swych siłach dla ojca i domu. Pragnęła tylko żeby ojciec i stryj nie rychło się o tém dowiedzieli a w początkach nie stanęli jéj na przeszkodzie. Postanowiła więc wymykać się pod różnemi pozorami i zataić swoję z panią Lamm umowę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.