<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 42. z d. 21. lutego r. 1869
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wyd. 1874
Druk A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
58.
Rozprawa nad „obocnem położeniem”, przeznaczona tylko dla cierpliwszych czytelników, w której można wyczytać nieco o polityce, o pudlach, o torysach,. wigach i osłach, jakoteż o innych ciekawych i pouczających rzeczach. — Klęczące wesele i jego prawdopodobne następstwa.

Czy się jest mężem stanu, czy prostym kronikarzem, potrzeba koniecznie od czasu do czasu zastanowić się nad ogólną sytuacją wszystkich spraw swoich, ażeby dokładnie rozważyć zmianę, jakie w nich czas porobił. Sądzę, że nadeszła właśnie dla „Kroniki lwowskiej“ chwila do takich poważnych rozpamiętywań, i upraszam przeto łaskawego czytelnika o chwilkę cierpliwości, namaszczenia i wyższego umysłowego nastroju, ażeby mógł wraz ze mną poświęcić baczną uwagę ważnym kwestjom, w których rozpatrzyć się mamy.
Kilka miesięcy temu trwały w Galicji jeszcze takzwane „polskie rządy“. Dlaczego je tak nazywano, nie wiem, ale wiem, że nazwę tę dawali im kochani sąsiedzi nasi, Moskale, i że kochanych tych sąsiadów gniewało niezmiernie to wszystko, co się wtenczas u nas działo. Ściśle biorąc, cala „polskość“ owych rządów polegała na tem, że wyżsi i niżsi urzędnicy różnych c. k. administracyjnych i sądowych władz i urzędów przyznawali się nieraz jawnie, że są Polakami, i że czynili to bez najmniejszej obawy przed jakiemkolwiek prześladowaniem ze strony przełożonych. Niektórzy z nich pisywali nawet referaty po polsku, i gdyby „polskie rządy“ potrwńły były nieco dłużej, byłby się język polski powoli i nieznacznie stał językiem urzędowym de facto, nimbyśmy dla niego wywalczyli ten charakter de jure. Jednocześnie dała się czuć mieszkańcom niektórych okolic ta znaczna ulga, że z szkół i urzędów poznikały pewne figury, których jedyną czynnością było dawniej wzniecać i jątrzyć różne narodowościowe i wyznaniowe spory. W skutek tego wszystkiego zmniejszyła się nagle liczba wyznawców różnych nowowynalezionych narodowości tak dalece, że wschodnia część kraju zaczęła już była wyglądać, jak gdyby była tem, czem jest w istocie, t. j. ziemią polską. To też zrodziło prawdopodobnie nazwę „polskie rządy“.
Nie potrzebuje wspominać, że kronika niniejsza była wielką zwolenniczką tego stanu rzeczy, podczas gdy importowane von Draussen dwunożne... towary, jakoteż kochani sąsiedzi nasi Moskale stanowili opozycję, i to prawie opozycję z zasady. Była przytem jeszcze i druga opozycja, która była sobie podobno opozycją ot tak, z figlów, prawiła wiele i od rzeczy, usiłowała nadać sobie minę stronnictwa politycznego i robiła na każdym kroku najpocieszniejsze fiasko. Ponieważ w każdem wesołem towarzystwie potrzebny jest koniecznie jeden błazen, któryby bawił drugich kosztem swojej osoby, więc pojawienie się tej drugiej „opozycji“ było dla nas wielce pożądanem — dawaliśmy nieraz w fejletonach naszych gościnę jej komicznym popisom politycznym, literackim i artystycznym, i było nam przytem bardzo wesoło. Tem weselej, że poczciwe nasze błazenki brały swoją rolę na serjo, i że zdawało im się na prawdę, iż są ważnemi figurami, skoro tak często uwaga publiczna jest na nich zwróconą. Nadymało się to nieraz w majestacie swojej komiczności tak, że obydwa naftą i wódką płynące królestwa Galicji i Lodomerji pękały od śmiechu, a nawet poważny Kraków uśmiechał się nieraz i zasłaniał sobie oczy Czasem, by go kto nie złapał na tej pustocie.
Ale wszystko musi się skończyć, nawet śmiech tego rodzaju, bo niewyczerpane zasoby głupstwa ludzkiego mają to do siebie, że bawią czas jakiś, a potem nudzą. Otóż właśnie w chwili, gdyśmy się już zaczynali nudzić podrygami owej opozycji, nastąpiła na naszym widnokręgu politycznym wielka zmiana dekoracji. Die polnische Regierung hat aufgehört. Niektórzy ze wzmiankowanych powyżej urzędników znowu boją się przyznać, iż są Polakami, boją się referować po polsku; system policyjny, na chwilę wyrugowany ze szkół i urzędów, włazi napowrót przez okna i kominy — co chwila daje nam się czuć bardziej to, że pozory naszej autonomii są tylko pozorami. Kochani..... sąsiedzi zacierają ręce i czekają,  rychło-li będą powołani do czynniejszego udziału w uszczęśliwianiu naszego kraju.
Jestto stan rzeczy, który każdemu uczciwemu człowiekowi musi wydać się smutnym. Zdrowy rozsądek powiada, że nawet owe, jakkolwiek nominalne tylko, „polskie rządy“ były lepszemi od dzisiejszych, i że powinniśmy wszyscy wziąć się za ręce, by sprowadzić zmianę. Wszyscy, to znaczy, nawet ci, co dotychczas tylko błaznowali. Mamy przykład na trefnisiu króla Leara i na Niku w „Marji Stuart“ Słowackiego, że w poważnych chwilach, błazeństwo nie wyklucza możności objawienia szlachetnych uczuć; przywiązania do Sprawy, wiernego pełnienia świętych obowiązków. Nawet uczony pudel, który na oko nie umie nic, jak tylko stać na dwóch łapach i skakać przez laskę, w danym razie gotów jest dać się roszarpać za swego pana. Ale snąć inną jest natura u trefnisiów w tragedjach i uczonych pudlów, a inną u rzeczywistych błaznów i dwunożnych, nieuczonych pudlów galicyjskich. Skoro tylko zabrzmiało hasło: die polnische Regierung hat aufgehört! wraz z panami von Draussen i z kochanymi sąsiadami...... odetchnęła i nasza opozycja, i powiedziała sobie: Nunc  est saltandum, nunc pedo libero pulsanda tellus!
To uderzenie na ostatnią epokę rządów hr. Gołuchowskiego, o którem powyżej nadmieniłem, i które rozpoczęło się na dobre dopiero wtenczas, gdy hr. Gołuchowski ustąpił, mogłoby komu przypomnieć bajkę o lwie i o ośle, ale porównanie takie byłoby z gruntu nietrafnem. Najprzód hrabia Gołuchowski nie jest konającym lwem, a potem — natura nie wydaje tak wielkich osłów, jak te, których kopyta czynne są w tej sprawie.

Oto jest tedy zwięzłe résumé obecnego położenia. My z natury rzeczy, jesteśmy opozycją, a „oni“ próbują, czy nie potrafiliby być stronnictwem guwernementalnem. Tym sposobem otworzyli nam „oni“ nowe, niewyczerpane źródło komicznych zawikłań, z którego od czasu do czasu nieomieszkam skorzystać według możności, gdy okaże się potrzeba urozmaicenia niemiłych i posępnych tematów codziennych jakim okazem owej zarozumiałej, kamiennej, na ogień i na wilgoć trwałej głupoty, W której „oni“ z dawien dawna doszli do niezrównanego mistrzostwa.

Było wesele. Patrjarchalnym obyczajem wielkich polskich rodzin, dostojna gospodyni domu wyprawiała ucztę weselną dla swojej panny służącej, która wychodziła za mąż za urzędnika. Między zaproszonymi było wielu kolegów pana młodego, a między tymi wielu Niemców. Goście siedzieli, jak zwykle, przy długim stole, państwo młodzi na pierwszym miejscu, a pani domu wraz z familią siedziała opodal na kanapie, aby obecnością swoją uświetnić ucztę i pełnić miłe obowiązki gościnności. Wypito zdrowie państwa młodych. W tem wstaje Ż... K... aby wznieść zdrowie przezacnej gospodyni domu, i w kwiecistej przemowie podnieść (wielkie w istocie i wszelkiego uznania godne) zasługi rodziny, pod której dachem ucztowano. Przy tej sposobności Ż... K..., demokrata, uważał za stosowne wystąpić parę kroków naprzód, i zwracając się ku kanapie, ku pani domu i jej familii, a kielich wznosząc w górę, ugiąć swoje demokratyczne kolana przed splendorem pomienionej rodziny, przed kanapą i siedzącemi na niej dostojnemi damami. Niewiadomo mi, który artykuł statutów Towarzystwa narodowo-demokratycznego zaleca członkom oddanie czołobitności tego rodzaju, jeżeli mają zaszczyt znajdować się na weselu w domu książęcym, lecz mniemam, że Ż... K... ze względu na osobistą zacność czcigodnej matrony, siedzącej na kanapie, mógł uczynić to, co uczynił, nie jako demokrata, ale jako człowiek i Ż... K..„ przeświadczony o własnej swojej godności i wartości. Ale na tem nie koniec. Gdy Ż... K... ukląkł, Niemcy, znajdujący się między zaproszonymi, spojrzeli po sobie, i po krótkiej, niemej naradzie powiedzieli sobie, że to musi być jakiś obyczaj narodowy. A ponieważ w razach Wątpliwych lepiej jest być nadto, niż za mało grzecznym, więc poklękali także, co widząc inni goście i służba, i wnosząc z namaszczenia Ż... K... iż zanosi się na jakiś akt sakramentalny, rzucili się swoją drogą na kolana i zostali w tej pozycji, póki nie wysechł potok krasomówczej weny Ż... K..., — co trwało zapewne dość długo, jeżeli uwzględnimy, iż mistrzem i wzorem tego znakomitego demokraty co do wymowy jest pan Widman.
Za kilka albo kilkanaście lat, będziemy w Gartenlaube podziwiać rysunek i artykuł p. t. Ein sonderbarer Hochzeitsgebrauch bei den Polen — opisujący to zdarzenie, wobei der anch ais Pomolog und Kunstkenner rubmlichst bekannte Z... K... — einer der bedeutendsten polnischen Schriftsteller, in erschöpfender Weise die Bedeutung dieses aus den Zeiten der Leibeigenschaft und feudalen Adelswirihschaft herrührenden Aktes darlegte. Poczem jakiś przyszłościowy prawie guwernementalny wig dowiedzie jak na dłoni, że temu wszystkiemu nikt inny nie był winien, jak tylko hr. Gołuchowski i Gazeta Narodowa.

(Gazeta Narodowa, Nr. 42. z d. 21. lutego r. 1869.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.