Ksiądz Juliusz/Część pierwsza/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Octave Mirbeau
Tytuł Ksiądz Juliusz
Wydawca W. Podwiński
Data wyd. 1906
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L'Abbé Jules
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Domy Viantais pobudowane są na stoku niewielkiego pagórka po obu stronach drogi wiodącej do Mortagne, w odległości kilometra z lasu wysokopiennego się wyłaniającej. — Dworki były wszystkie czyste i wesołe kryte przeważnie łupkami o wysokich, spadzistych dachach i oknach zdobnych latem doniczkami kwiatów i pnącemi roślinami. Dokoła niektórych, widne ogrody, pocięte symetrycznie grządkami i rabatami, otoczone murami przez które się zwieszało wino. Wąskie ścieżki wprost na pole wiodące skąd wysoko wzrok może objąć horyzont spływały jak strumień w rzekę, w jedyną ulicę miasteczka, rozszerzającą się pośrodku jego w obszerny plac ze studnią. Potem ulica opadała wolnym spadkiem na równię, stawała się gościńcem i poprzez most z różowego granitu rzucony na rzekę wiła się dalej wśród łąk, pól uprawnych i sadów. Na grzbiecie wzgórza połączony z miasteczkiem szeroką aleją starych wiązów, kędy ulicznicy grywać zwykli w guziki, stał stary, wpadnięty w ziemię kościół ze śpiczastą wieżą podobną do włóczkowego czepka. Na prawo znajdywała się szkoła i nasz dom, na lewo plebania oddzielona od cmentarza napół rozwalonym, popękanym murem poprzez który widać było krzyże nadwerężone i groby pokryte zielskiem. W połowie alei wiązów wznosiła się kapliczka, z Chrystusem zbutwiałym od wilgoci z jedną już tylko ręką i nogą, co jednak nie przeszkadzało pobożnym, przychodzić tu mamrotać pacierzy.
W owym czasie Viantais liczyło dwa tysiące pięćset mieszkańców. Żyło tam ze dwadzieścia najwyżej rodzin mieszczańskich i urzędniczych. Ale nie składano sobie często wizyt, gdyż wszystkich rozdzielały wzajem od siebie, albo puste formułki próżności, albo różniły ciągle interesy i kwestye współzawodnictwa. Myśmy utrzymywali stosunki towarzyskie z Servierami, których stopa życiowa wprawiała jednak mych rodziców w pewne zakłopotanie, niepokoiła i wzbudzała w nich nieufność. Dalej bywał u nas proboszcz Sortais, starzec nader miły, miłosierny, poczciwy, a także kompromitujący, gdyż w prostocie, swej gołębiej duszy popadał ustawicznie w najstraszniejsze błędy i omyłki.
Wreszcie ścisłe stosunki łączyły mych rodziców z rodziną Robinów, z którymi zaprzyjaźnili się bardzo. Od czasu do czasu zjawiał się u nas kuzyn Debray, emerytowany kapitan piechoty, oryginał skończony, który marnował czas i pensyę na wypychaniu kun i łasic w pozycyach komicznych i wymuszonych. Ale niechętnie go widywano, gdyż klął co drugie słowo i jak mówiła moja matka, »cuchnął padliną«. Robinowie od samego swego przyjazdu do Viantais, to jest od czterech lat żyli w wielkiej z moimi rodzicami przyjaźni. Od pierwszego widzenia poczuli się ludźmi należącymi do jednej rasy, że zaś na przeszkodzie nie stały kwestye pieniężne, interesy i ambicya, a rodzice moi godzili się z nimi w upodobaniach, w instynktach i sposobie pojmowania życia, przyjaźń się utrwaliła. Była to zresztą przyjaźń oparta o wzajemne poszanowanie obustronnych egoizmów i nie byłaby przetrwała najlżejszego wstrząśnienia, poświęcenia, czy ofiary.
Pan Robin był dawniej delegatem ministeryalnym do spraw cywilnych w Bayeux, teraz zaś został mianowany sędzią, pokoju w Viantais, dzięki poparciu jakiegoś senatora, o którym przy każdej sposobności wyrażał się z najwyższem uwielbieniem. Był to człowiek pięćdziesięcioletni, próżny, nadęty i beznadziejnie głupi. Z postaci przypominał małpę, do czego przyczyniała się zwłaszcza górna warga, szeroki kawał zwisającej, źle ogolonej skóry, która anormalnie zwiększała odległość pomiędzy płaskim nosem, a ustami rozdartemi od ucha do ucha. Mały był, gruby, miał twarz żółtą, otoczoną ramką powichrzonych, szpakowatych włosów, wydatny brzuch i kosmate ręce. Pozostała mu nawyczka wielkomiejskiego urzędnika, który dźwigał długo akty pod pachą i biegał z nimi po archiwach i trybunałach. Nosił zawsze cylinder, długi surdut z czarnego kaszmiru, białą krawatkę i... kalosze. Jedyna to była rzecz na którą zgodzić się musiał ze względów lokalnych. Nie wnikając w historyczne dowody, przypisywano mu nieprzedajność wprost barbarzyńską: — Stary Rzymianin — mówiono o panu Robin, choć w przeddzień rozpraw widywano chłopów wchodzących do jego domu z koszykami wychanymi drobiem i zwierzyną. Koszyki wracały puste, wypróżniła je snać swada jurydyczna pana Robin. Nawet przeciwnicy polityczni skłaniali głowy przed jego niezależnością i dostojnością, mimo, że ich skazywał zawsze z zasady na najwyższe kary, ilekroć trafiło im się nieszczęście stawania przed kratkami sądowemi. W reszcie żaden z profesorów prawa nie był tak biegły w kodeksie cywilnym. Pan Robin umiał na pamięć wyliczyć wszystkie jego paragrafy, w niezmąconym i nienaruszalnym porządku. Przynajmniej chełpił się tą nieprawdopodobną sztuką i choć zazwyczaj bardzo wstrzemięźliwy, w tym względzie nie znał granic i proponował szalone zakłady każdemu kto chciał i nie chciał, co wszystko razem wzięte zjednało mu sławę wprost niesłychanego znawcy prawa, jakiego drugiego niema w całym okręgu i poza jego nawet granicami. Ale pan Robin cierpiał na pewną wadę wymowy. Wymawiał literę t, jak g i literę k, jak t. Wynikały stąd nieraz ciekawe kombinacye, które zdumiewały ludzi na rozprawach. Pewnego dnia rzekł do ojca Provosta, który wikłał się w zeznaniach:
— Wszystko to niejasne za...ówno.
Nieborak Provost zarumieniwszy się odparł.
— Ależ panie sędzio, pan gada świństwa!
Nie szkodziło to jednak wcale ustalonej sławie pana Robin jako nieocenionego urzędnika i światowca nieposzlakowanego.
Czasem pan Robin zabierał mnie ze sobą na przechadzkę. Szliśmy drogą. Nagle zatrzymywał się, sapał chwilę, przeginał mocno w tył, ustawiał w pozycyi fotograficznej i z majestatycznymi gestami improwizował przemową krasomówczą:
— Panowie! — wołał. — I cóż rzec o tym młodzieńcu wychowanym po chrześcijaństu przez tatolictą godzinę, ttógego niste żądze tosgoszy pogwały na manowce zbgodni, ttógędy pgowadzi | scieżta pietelna, tędyś na samo dno upadtu i guiny!
Zapalał się, wzywał sprawiedliwości, czytał prawo, brał Boga na świadectwo. Rękami wymachiwał w powietrzu szybko jak wiatrak śmigami.
— Tat panowie! Tagdynalne zasady, na ttógych opagty jest nagód nasz i porządet społeczny, tagność obywatelsta...
Mówił coraz głośniej, wpadał we wrzask, małe ptaki zrywały się z drzew i uciekały wydając okrzyki przerażenia, sroki wylatywały na szczyty drzew, a w dali naszczekiwały psy.
— Łtaj że nieboratu, łtaj ze stguchy! — krzyczał mi nad uchem pan Robin, padał na przydrożną ławkę, sapał długą chwilę, ocierając kroplisty pot z czoła. W duchu słyszał oklaski rozentuzyazmowanego audytoryum i widział jak się doń uśmiecha sam Berrier.
Przyszedłszy do siebie zalecał mi zazwyczaj:
— Pgacuj dziecko, pgacuj... idź na pgawa, albo medycynę,... gadzę ci wybgać się też przy otazyi do Pagyża... Tat, tat, całtiem to co innego Pagyź... ale gadzę ci gadzę szczegem segcem bądź goztgopny! Goztgopność dgogie dziecto to piegwszy wagunek,... geszta już w tem zawagta.
I poraz setny cytował przykład owego młodzieńca, któremu ojciec, bardzo bogaty przemysłowiec posyłał miesięcznie do Paryża dwa tysiące franków. Młodzian ów odmawiał sobie wszystkiego, ubierał się i jadł jak żebrak, nie wydalał się z domu, zużywał ledwie sto franków miesięcznie, a za oszczędzone, przechowywane w skarpetce pieniądze kupował akcye kolei żelaznych i obligacye renty państwowej.
— Goztgopny młodzieniec, ach, co za goztgopny człowiet... tak, tak... to niepogównane!... — i klepał mnie po policzkach. — Widzisz dziecto drogie... jeden ggosz to nic, drugi ggosz równie nieprawda? Ale dużo ggoszy gazem, to majątet... tat mówi moja żona... tat tat... gadzę ci dgogie dziecto! Ale to nie gacya jeszcze...
Tu wbijał zawadyacko kapelusz na głowę, machał laską, w powietrzu i kończył z zacięciem:
— Ale to nie gacya jeszcze, by młodość miała się twasić, to nie gacya. Tat moje dziecto, młodość ma swe pgawa, musi się wyszumić, wychylić czagę gozkoszy gadości!...
Mawiał potem, że zapoznaje mnie z wymaganiami życia, przyspasabia do walki o byt i wprowadza w świat.
Kibić sucha, kanciasta, długa, twarz czerwona z kruszącym się miejscami i zwijającym naskórkiem, pyrkatym nosem, rozwierconymi nozdżami, włosami zielonawo-blond, przylepionymi wąskiemi aksamitkami do zapadłych skroni... oto pani Eustachia Robin, »która wie wszystko«. Trudno byłoby wyszukać mniej powabną niewiastę.
Miała oprócz tego mnóstwo śmiesznych nawyczek i wydawało się, że niemi chce swą brzydotę przyrodzoną uwydatnić. Mówiąc, skrzypiąco świszczącym głosem oddzielała każdą zgłoskę, dychając między jedną a drugą jak miech, co drażniło, niby zgrzyt zwilżonego palca po szkle. Każdemu niemal słowu towarzyszył uśmieszek wyciśnięty jakby z ściągniętych warg, drganie całego ciała, ukłony różnorodne, skomplikowane, niezdarne gesty i pozy pretensyonalne. Wyglądała jak manekin poruszany mechanizmem, który wadliwie funkcyonuje. Miała pasyę zwracania bezustanku uwagi wszystkich na siebie, ciągle się skarżyła na jakieś niedomagania, to w głowie, to w brzuchu, to w piersiach, wzdychała, dmuchała i zawsze w końcu prosiła, by jej dozwolono rozpiąć gorset.
— Uf! — odsapywała. — Nie ciśnie mnie właściwie... przeciwnie... ale muszę państwu powiedzieć, że co wieczora, punktualnie o tej godzinie wzdyma mnie... wzdyma... do podwójnej objętości... To niepokoi... muszę państwu powiedzieć..! Cóż pan na to, panie Dervelle?
— Trochę dyspepsyi niezawodnie — mówił ojciec — żołądek przypuszczam funkcyonuje dobrze... regularnie?
Pani Robin spuszczała oczy i mówiła sznurując usta:
— Mój Boże... naturalnie... rozumie się... to jest, niemal zupełnie dobrze... Właściwie... ach jacyź ci lekarze! Jakież zadają pytania? To odziera życie z czaru poezyi... nie prawdaż droga pani?... Doprawdy za nic nie chciałabym być lekarzem... Należy z wyższego brać rzeczy stanowiska, a przytem ci chorzy!... Ach nienawidzę chorych... zdaje mi się, że patrzę na zwierzęta!...
Nie cierpiałem jej, gdyż nieraz dała mi się we znaki jej złośliwość. Pani Robin miała dwu synów. Jeden z nich, chłopak dwudziestotrzechletni służył wojskowo w Afryce. Unikano wzmianek o nim i nie przyjeżdżał nigdy do Viantais. Drugi, Jerzy, dwa lata młodszy odemnie, był biedną chorowitą, ułomną istotą. Matka nie pokazywała go prawie nigdy, wstydząc się jego pomarszczonej twarzyczki, małych, krzywych nóżek i wogóle słabowitego, wątłego dziecięcia, które za prędko na świat przyszło. W porównaniu do niego byłem piękny, zdrowy, silny i miałem tyle przewag nad biednym Jerzym, że czułem, iż mógłbym go serdecznie pokochać. Łagodny był, dobry i zrezygnowany. Radbym był mieć go za codziennego towarzysza zabaw, szczęśliwy czułbym się, mogąc ochraniać go i siłę swą oddać na usługi jego słabości. I on tego pragnął, widniało to z jego błagalnego wzroku, w który wkładał całą swą duszę trwożną, pełną skarg, wzroku więźnia łaknącego słońca i wolności. Zdawało się, jakby z tęsknotą spozierał przez szyby na polatujące ptaki, spragniony, by go na skrzydłach uniosły w bezmiary światłości i swobody... A pomiędzy nami stała zazdrośnie pani Robin, rzucając czarny cień swej długiej, sztywnej postaci, szorstkiej i kańciastej jak mur kamienny. Nie dopuszczała, by nas widziano razem, gdyż to podkreślało jeszcze bardziej brzydotę jej syna. Jako matka zarazem i jako kobieta czuła nienawiść do wszystkiego co młode, piękne i żywe, nienawidziła zaś szczególnie mnie, za to, iż miałem rumiane policzki, silne, zdrowe członki i że zdrowa, gorąca krew pulsowała we mnie. Zdawało jej się, że okradłem z tego wszystkiego jej syna i czyniła mnie odpowiedzialnym za swój zawód i cierpienie. Czasem deptała mię po nogach, a gdy ból wyciskał mi łzy z oczu, z najwyższą czułością przepraszała mnie za swą nieuwagę i obłudnie pieściła. Ile razy znalazła się ze mną sam na sam biła mnie po twarzy, kopała ile wlazło i okładała pięściami. Często ukradkiem, w kącie szczypała mnie po rękach i nogach do krwi, mówiąc równocześnie miodowym głosem: — Co za słodkie, anielskie dziecko! Jaki on śliczny!... — A po jej zawiędłych, ściągniętych nienawiścią wargach przewijał się straszny grymas wstrętu. Jednej niedzieli, gdyśmy podczas przechadzki szli grzbietem wysokiego nasypu, niepostrzeżonym ciosem łokcia strąciła mnie na dół, i wydobyto mnie z podrapanemi o ciernie do krwi rękami i twarzą, z całem ciałem okrytem sińcami. Nie skarżyłem się rodzicom, bo bałem się jeszcze gorszego prześladowania. Pani Robin wyrażała się o mnie zawsze z niewysłowioną słodyczą i podziwem, a matka kochała ją tem mocniej za to przywiązanie do mnie.
— No Albercie, bądź grzeczny dla pani Robin... ona taka dobra dla ciebie!
Do rozpaczy doprowadzały mnie te, ustawicznie powtarzane uwagi. Oburzała się moja dusza za tyle niesprawiedliwości. Ale cóż było robić? Gdybym nawet użalił się, niktby mi nie uwierzył... ukaranoby mnie niezawodnie i na tem by się skończyło.
Codziennie, z wyjątkiem czwartków Robinowie przychodzili do nas wieczorem. Matka moja i pani Robin brały do ręki robotę i rozmawiały o sprawach gospodarskich... lamentowały, że mięso ciągle drożeje...
A chleb... już niema nań teraz taksy!... To nikczemność!... Naturalnie, nic dziwnego, że na grzbiecie piekarki pani Chaumier widzimy szal na jaki nawet żadną z nas nie stać!... Mój Boże!... i to za nasze pieniądze! To słowo: pieniądze... pojawiało się ciągle na jej ustach i drażniło mnie jakby jakiś cyniczny wyraz.
Ojciec mój z panem Robin grali w pikieta. Obaj poważni byli, zamyśleni i w ciszy głębokiej a wrogiej, knuli wzajem na siebie spiski ważąc śmiertelne ciosy, licząc lewy. Czasem rozmawiali o polityce, wzdrygając się na wspomnienie krwawego roku 1848, rozpływając się nad geniuszem i zasługami pana de la Gueromiere i przyrównując Juliusza Favra do Marata.
— Gaz przyjechał na gozpgawę do Bayeux — mówił pan Robin. — Ach mój dgogi przyjacielu, mówię ci, to stgaszny człowiet!... fogmalnie stgaszny! Ae to me gacya... bądźmy spgawiedliwi... przemawia wybognie!
W niedzielę zasiadano gremialnie do partyi »borra«, w którym brał udział także proboszcz Sortais. Chociaż stawki stanowiły jeno skromne ziarnka fasoli, pani Robin zacietrzewiała się, stawała wprost dziką i zachłanną. Żądała unieważnienia wszelkiego, choćby najlżej nieformalnego pociągnięcia, powołując się na dosłowne brzmienie regulaminu gry. Pan Robin nawykły do odcyfrowywania zagmatwanych spraw sądowych i egzegezy jurydycznej podejmował się wyjaśnień, dyskusyj i wyroków.
— »Bog« — zapewniał przybierając pozę prezydenta trybunału — góźni się znacznie od todetsu... to pgawda, ale nie ulega twestyi, że i tu natgafiamy na pewne otoliczności, ttóre czynią go pgawie podobnym do pgawodawstwa.
W rezultacie, rozstrzygał zawsze kwestyę sporną na korzyść żony.
Robinowie prowizorycznie zajmowali pierwsze piętro domu, będącego własnością dwu bogatych dewotek, starych panien nazwiskiem Lejars. Obie były grube, chód miały chwiejny, jednakie zawsze suknie i ogromne wola na szyjach, co należało już do osobliwości Viantais. Robinowie pozostawili swe meble i urządzenie w Bayeux pod dozorem jakiejś ciotki, gdyż byli tego mniemania, że w Viantais godnego ich urządzenia pomieszkania znaleść niepodobna. Zajmowane przez nich ubikacye smutne były, ciasne, a mebli było jeno tyle, ile najniezbędniej potrzeba. Nie mieli też służącej i nie przyjmowali u siebie.
— Jakże pan chcesz — mówiła pani Robin — byśmy zmuszali naszych przyjaciół do duszenia się w takim kurniku?... Ach, gdy będziemy mieli już mieszkanie przyzwoite, gdy sprowadzimy meble!... Ach wtedy!...
Te kropki po wykrzyku, spojrzenia, chwianie głową, kryły w sobie tysiące obietnic, wizyj, uczt bez końca, obiadów nieprawdopodobnie wystawnych, o których żaden z mieszkańców miasteczka ni wyobrażenia mieć nie mógł. W owych wyrazach: »gdy sprowadzimy nasze meble« wypowiadanych głosem tajemniczym, kuszącym, drgały tęczowe barwy i połyski oślepiające kryształów, sreber, porcelany, czerwieniły się rubiny win najrzadszych, krążyły dania najsmakowitsze, piętrzyły się wonne gmachy biszkoptów i nugatu, zwieszały się z naczyń krystalicznych kiście winogron, woniały złote owoce. Mieszkańcy Viantais mawiali:
— Ach ci Robinowie... zdaje się, że nikt tak przyjmować nie umie, jak oni.. Co też to będzie, gdy sprowadzą swe meble...
Radzono się ich też w kwestyach etykiety, informowano »co wypada«, a co »nie wypada«, dopytywano się o symboliczne znaczenie deseru, co jest sprawą ważną i interesującą. Ilekroć przychodzili do nas na obiad pan Robin wykrzykiwał:
— Ach, ileż to obiadów dłuźniśmy już łastawym państwu! To dopgawdy aż przytge... bagdzo przytge!... może sto lub więcej! Ale niechno przyjdą nasze meble...
Mówiono wiele o tych słynnych meblach, dla których domy Viantais były zawsze za małe, albo za wielkie, za ciemne, albo za jasne, zbyt suche, lub za wilgotne. Pani Robin bajki opowiadała o wspaniałości urządzenia swej sypialni, z niebieskiego rypsu, i mebli jadalni z żółtego adamaszku. Rozwodziła się też nad swą bielizną haftowaną różowym jedwabiem, szkłem o złotym rąbku, o chińskim serwisie do kawy, którego nigdy nie używano, gdyż był za delikatny i skutkiem tego stać musiał w szafce fantazyjnej z mahoniu, będącej w połowie bufetem, a w połowie biblioteką. Pan Robin ze swej strony rozwodził się szeroko nad swoją piwnicą pełną napojów wyśmienitych, gdzie była »stgytta na cygaga«, i nad rzeźbionem biurkiem dębowem, gdzie również były przeróżne »stgytti«.
— Zgesztą — dodał — obaczycie to państwo sami skogo tylto spgowadzimy nasze meble.
Ale sprawa miała się w gruncie rzeczy inaczej. Robinowie, ufni w poparcie swego senatora spodziewali się ciągle awansu i przeniesienia i nie chcieli płacić dwa razy przewozu mebli. Przeczekali w ten sposób w domu panien Lejars dwanaście lat i przez cały czas przy każdym proszonym obiedzie tłumaczyli się w jeden i ten sani sposób:
— Ileż to obiadów dłużniśmy już łastaw ym państwu! To dopgawdy aż przykge... ale niechno tylto przyjdą nasze meble!...
Matka nie omyliła się. Zadzwonili do bramy Robinowie... Weszli, Robin zadyszany, z twarzą ukrytą w długim, trzy razy około szyi okręconym szalu w czarno białe kraty, żona jego z pod różowego, zdobnego czarną wstążką kapturka strojąc miny zaraz od progu.
— Co za czas, dgodzy państw o! — wykrzyknął pan Robin parskając niby koń dychawiczny — co za czas!... a bagometg spada jeszcze ciągle!
Pani Robin ściągnęła usta, przybrała pełną słodyczy, a oburzoną minę.
— Mówiliśmy przed chwilą... ja i mąż — rzekła. — Oby tylko zastać tego biednego Dervella! Może był zmuszony iść do chorych... i to na taki psi czas... Ach co za straszny zawód... noc taka ciemna!...
— To prawda — odparł ojciec, pogoda nie zbyt zachęca do spaceru... Ale cóż państwo chcecie?... Jak trzeba, to trzeba... najgorsze, że nie zawszę jest się pewnym zapłaty... Oto rzecz smutna! Zwłaszcza ci biedacy... jakie to wszystko wymagające!...
— To pgawda! — wykrzyknął pan Robin —...i cóż ich obchodzi stgata czyja... he he he!
Matka pomagała pani Robin zdjąć kapturek płaszcz.
— A mały Jurek? — spytała — zostawiła go pani znowu w domu?
— Ach na taki czas!... Jakżebym mogła... zresztą jest nieco cierpiący... kaszle bardzo... Niech sobie tylko pani pomyśli... nawet robótki nie przyniosłam... ta słota rozleniwia mnie... jak rozleniwia... ach!
Spostrzegła mnie, podbiegła wyciągając obie ręce.
— Słodkie maleństwo... W pierwszej chwili nie zauważyłam... jak zawsze śliczniutki i grzeczny... pocałuj mnie dziecinko!
Nadstawiła mi swe usta, ohydne, zwiędłe, blade usta, wstrętniejsze dla mnie od paszczy dzikiego zwierza.
Gdy wszyscy usadowili się dokoła okrągłego stolika przed kominkiem, ojciec rzekł głosem poważnym:
— Moi drodzy państwo, mam wam powiedzieć ważną nowinę.
Robinowie podnieśli głowy zaciekawieni, uważni.
— Oto nie mniej ni więcej... jeno.... ksiądz Juliusz powraca do Viantais.
Sędzia podskoczył na krześle, otwarł usta i siedział tak chwilę z otwartą szeroko ze zdziwienia paszczą. W reszcie krzyknął:
— Tsiądz Juliusz!... pgoszę... pgoszę... co też pan pgawi!
— Odebrałem dziś rano list — ciągnął dalej ojciec ... Parę słów tylko... oczekujemy go z dnia na dzień... nie znamy zresztą jego zamiarów.
— Ale wgeszcie może wiadomo państwu choć, czy wgaca na czas dłuższy... na stałe, czy może tylko w odwiedziny przyjeżdża?
— Zdaje się, że na stałe... tak przynajmniej domyślamy się z listu... Naturalnie, o tem co robił w Paryżu ni słowa... Ach, zawsze jest jeszcze tylko prostym księdzem.
Ojciec jak mi się wydawało śledził wzrokiem wyraz twarzy sędziego, szukając w niej rady, pomocy. Wszystkie wątpliwości i obawy opanowały go na nowo i pewny jestem, że w tej chwili brat przedstawiał mu się w postaci księdza apostaty, z długą brodą świecką, w czarnym surducie.
— No, no — ozwał się pan Robin — więc wgeszcie ujrzymy owego słynnego tsiędza Juliusza!
— Będziemy mieli w niedzielę o jedne mszę więcej, — rzekła z ukontentowaniem pani Robin. — To bardzo mnie cieszy!... Od czasu, gdy wikary, ksiądz Desroches został kapelanem pana de Blande, służba boża jest rzeczywiście tak niedostateczną... tak skąpą!...
I zwracając się do matki spytała:
— Ksiądz proboszcz niewątpliwie wie o tem... i cóż on na to... Co mówi?
— Ach... — odparła matka — ksiądz proboszcz jest zachwycony... Ale on wszystkiem się zachwyca, to rzecz znana... nie dostrzega nigdzie ni cienia złego... A jednak powinienby znać księdza Juliusza... Nie mówię zresztą już o trudnościach i scysyach w łonie rodziny... ładnie to będzie, niema co mówić.
— Ale w jakim chagatterze będzie tu tsiądz Juliusz, czy jato witagy?
— Nie wiemy... zapewne jako ksiądz prywatny!
I dodała głosem, w którym brzmiała cała uraza i żal do księdza.
— On księdzem prywatnym... ten człowiek, który mógł zostać biskupem, gdyby był tylko chciał i uczynić tyle dobrego rodzinie!... Bylibyśmy pchnęli Alberta na drogę karyery kościelnej... zamiast tego wszystkiego, cóż nas spotyka?
Pani Robin poruszyła się na krześle, zachwiała suchym biustem i grymas złośliwy wykrzywił jej wargi.
— Ależ droga pani — pocieszała — niech się pani nie martwi... Trudno, stało się i tego zmienić nie można... ważną jest dla państwa rzeczą to, że powraca... powinniście się z tego radować...
Matka wzruszyła ramionami.
— Z pewnych względów... tak... z innych nie... Nie znasz go droga pani Robin.
— Wiem tylko jedno — odparła — wiem, że jest księdzem!... Zresztą zawsze to dobrze mieć przy sobie krewnego... pielęgnuje się go... czuwa... wie się co robi... i zawsze jest się na miejscu, gdy trzeba działać, gdy rzeczy zbaczają z właściwej drogi...
— Tak, ma pani słuszność — odparła matka... Jest w tem pewna korzyść...
— Podczas, gdy z oddalenia! Mój Boże.. można się spodziewać wszystkiego... to jest nie można liczyć na nic... Ileż dzisiaj ludzi podstępnych, chciwych... a zresztą zważ pani tylko... nie można niczego z góry przesądzać... może on się zmienił ten ksiądz Juliusz!... Może powraca z majątkiem...?
Błyskawica mignęła w oczach matki, ale rychło zagasła. Potrząsnęła smutnie głową i rzekła:
— Pragnę tego dla niego samego! Ale ksiądz Juliusz, to nie człowiek po temu... Jeśli się zmienił, to chyba na gorsze... oto moje przeczucie. Może będziemy musieli w dodatku do wszystkiego żywić go, utrzymywać... Paryż taki wielki, tak pełen ponęt, pokus... dzieje się tam tyle rzeczy i tylu tam złych ludzi!
— Zbytet, zbytet! — wykrzyknął pan Robin... — W Pagyżu zbytet gubi ludzi!... wszyscy silą się tylto, by coś wynaleść, na co by można magnować pieniądze... wyobgaście sobie państwo naprzytład, u senatoga w przedpotoju stoją dwaj murzyni z bgonzu, dwa gazy tat wielcy jat ja, a w gętach mają złocone latagnie... Tgudno pojąć... pgawda?... Ajednat widziałem to na własne oczy!...
— Ja znowu — począł ojciec — byłem raz w teatrze... Pokazywano George Sand... wiecie przebrana była za mężczyznę!... Zdaje mi się, że Julek też musiał przebierać się za mężczyznę,.. He he! Nie zniszczył on zdaje mi się, wielu sutann... Ale wracając do George Sand... widziało się bardzo dobrze, że to kobieta... widziało się zbyt dobrze nawet...
— Ohyda! — wyjękła z obrzydzeniem pani Robin. Odwróciła głowę i machała rękami, jakby odpędzała natrętną muchę.
Ojciec chciał zapuścić się w opis szczegółowy spektaklu, ale matka powstrzymała go wskazując na mnie oczyma. Poza medycyną, w mojej obecności starannie i z wielką surowością dobierano słów.
Rozmawiano dalej o księdzu Juliuszu, a ojciec mój opowiadał całe jego życie od młodości, aż do wyjazdu do Paryża. Bardzo byłem tego wieczoru śpiący i nie zapamiętałem wiele z tego opowiadania; mimo, że wypadki same tak ważne i obecność nieznośnej pani Robin podniecały mnie. W pamięci utkwiły mi tylko wykrzyki oburzenia wydawane przez gości przy każdym ciekawszym epizodzie.
— Mój Boże czy to możliwe?... Ksiądz!?...
Pamiętam też, że była mowa o jakiejś pani Boulucere, zmarłej w połogu. Ojciec mówił:
— Rozumiecie państwo... oto uterus, czyli macica... jeśli się wam lepiej podoba... jestto niby balon... Cześć wydęta jest u góry... nieprawdaż? A więc to cięży...
Potem wrócono do księdza Juliusza. O pół do jedenastej Robinowie zaczęli się wybierać do domu.
— Proszę się dobrze zastanowić droga pani! — mówiła obrzydła pani Robin do matki, wdziewając swój kapturek — Nie radzę działać porywczo... nie wiadomo nigdy co może nastąpić... a zresztą gdybyśmy się mogli na coś przydać... proszę, bardzo proszę, bez ceregieli!... Tak serdecznie kocham łaskawą panią, tak mi się serce wyrywa do małego Albertka!...
Ojciec półgłosem rozmawiał z panem Robin.
— A może to z gacyi tobiet?
— Nie... nie!... odparł ojciec... W tem musi tkwić coś innego! Co on też u licha mógł zmajstrować w Paryżu?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Octave Mirbeau i tłumacza: Franciszek Mirandola.